Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty

21.01.2011

O NIEWYKORZYSTANYM POTENCJALE



Sri Lanka to fantastyczny kraj. Ma do zaoferowania wszystko, czego turysta (nawet z tych bardziej rozkapryszonych) może tylko zapragnąć; piękną i dziką przyrodę, zabytki z listy światowego dziedzictwa UNESCO, szerokie rajskie plaże nad ciepłym oceanem, bogatą kulturę, sok prosto z kokosa, słonie, małpki, leopardy, curry, góry, jogę, ajurwedę, surfing i pyszną herbatę. Ma też przemiłych, wiecznie uśmiechniętych mieszkańców, którzy niekoniecznie traktują białasów, jak chodzące bankomaty (choć tacy też się oczywiście zdarzają). Ma transport publiczny i drogi (co wcale nie wszędzie jest normą), więc podróżowanie na własną rękę jest jak najbardziej możliwe, a nawet w miarę proste. Sri Lanka naprawdę ma potencjał. Olbrzymi i mocno niewykorzystany.

Fakt, że kraj jest biedny i nie ma środków na infrastrukturę, że niespełna 60 lat niepodległości mogło nie wystarczyć na jej właściwy rozwój, że wojna domowa uniemożliwiła bądź zahamowała wiele inicjatyw gospodarczych, a tsunami dokonało zniszczeń na skalę, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Mimo wszystko jednak, podróżując po Sri Lance ma się wrażenie, że wiele rzeczy nie zostało zrobionych, choć ich realizacja nie wymagałaby wcale zachodu. 


Lankijczycy mają chyba trochę tendencje do przyjmowania wszystkiego takim, jakie jest i nieingerowania za bardzo w zastany stan rzeczy. Jak przechyla im się chata, to podpierają ją drągiem, jak coś odpada od samochodu – przywiązują sznurkiem. Nie widzą potrzeby malowania całej ściany, skoro farba zeszła tylko miejscami. Jak długo zachowana jest funkcja użytkowa, względy estetyczne nie mają znaczenia. Takie Kandy na przykład, to duże, dynamiczne miasto, ale jego zabudowa wygląda tak, jakby od czasów kolonialnych nie powstał tu ani jeden nowy budynek. Wszystko jest jakoś dosztukowane, doklejone, przybudowane, a nieodnowione fasady zasłaniają tylko kolorowe szyldy supermarketów. Galle mogłoby być spokojnie azjatyckim Dubrovnikiem. Zamiast tego sypie się niemal na oczach zachwyconych turystów, którzy mogliby tu przecież zostawiać dużo więcej kasy. I miasto mogłoby rozkwitać.


Z zostawianiem na Sri Lance pieniędzy czasami bywa tak, że mimo najszczerszych chęci, zwyczajnie nie ma ich gdzie zostawić. Nawet w miejscach z założenia nastawionych na turystów, jak parki narodowe, muzea czy skanseny, brakuje tego wszystkiego, na czym przemysł turystyczny zwykle zarabia dodatkowe i często znaczące grosze: sklepiku z pamiątkami, stoiska z pocztówkami, kawiarenki. Prowiant zawsze należy mieć ze sobą, pojęcie suweniru ze Sri Lanki praktycznie nie istnieje. Czasem nie istnieje też sposób dotarcia na miejsce żadnym publicznym środkiem transportu.Czasem można dotrzeć, ale nie można trafić, bo światowej klasy zabytki czy inne atrakcje turystyczne nie są nawet oznakowane. To może zniechęcać mniej zdeterminowanych.

Nie piszemy o tym bynajmniej, by dać wyraz rozczarowaniu. Dla nas, im mniej turystów, tym lepiej, im mniej komercyjnie, tym atrakcyjniej, im trudniej dotrzeć, tym większa radocha. Jak najdalsi jesteśmy od promowania masowego przemysłu turystycznego, przez który najbardziej urokliwe zakątki świata stają się jedynie przekolorowanymi fotografiami w katalogach biur podróży. Żałujemy jedynie, że w kraju, dla którego turystyka mogłaby być potężnym motorem napędowym, marnuje się wielki potencjał.

18.01.2011

O MIRISSIE


Po traumatycznych przeżyciach w Kolombo, Mirissa wydaje nam się rajem na ziemi. Mała, cicha, nieprzeludniona i bez kurortu. Na nasze szczęście, większość kurortów wybetonowano na zachodnim wybrzeżu. Południowe, przynajmniej to w Mirissie, wciąż jeszcze wolne jest od zorganizowanej plagi turystycznej first i last minute. Nic tu w zasadzie nie ma i nic się nie dzieje, i to nam się bardzo podoba. 


Ludzie są za to – a raczej właśnie dlatego – uśmiechnięci, wyluzowani i szczerze gościnni. Niezmęczeni jeszcze obecnością turystów, chcą pokazać siebie i wioskę, a przez to całą Sri Lankę, z jak najlepszej strony. Wystarczy przystanąć na chwilę przed chatą, żeby przeczekać deszcz lub zawiązać buta, a już częstują herbatką. Nie chcesz herbaty? To przyniosą ci chociaż plastikowe krzesełko, żebyś mógł sobie usiąść. Nieważne, że tylko na pięć minut.

Dzieciaki w Mirissie nie biegają za tobą, powtarzając jak zepsute automaty: „Sweet, bon bon, money, school pen!”. Podchodzą, bo uczą się w szkole angielskiego i chcą pogadać o tych wszystkich ważnych rzeczach w ich życiu; że mają trzy siostry i brata, że woda znowu przełamała falochron z gruzu i zalało im chatę, że kraby tu chodzą, a najstarsza siostra właśnie urodziła baby i musisz koniecznie zajrzeć na podwórko, i zobaczyć baby. Nie, nie proszą o kasę. Największą frajdę sprawia im oglądanie siebie na wyświetlaczu twojego aparatu i fakt, że ich zdjęcie pojedzie aż do Europy.

17.01.2011

O KOLOMBO


Czy to przez zmęczenie długą jazdą TATĄ, czy przez nagłe uderzenie dużej dawki smogu i upału w jednym, w każdym razie wystarczyło 10 minut spaceru z dworca, byśmy z całą stanowczością stwierdzili, że Kolombo nam się nie podoba. Stolica Sri Lanki jest tak chaotyczna, głośna i tłoczna, a przy tym tak duszna, że taki Istambuł, na przykład, może przy niej uchodzić za oazę spokoju. 


Na dodatek wszędzie checkpointy. Na każdym rogu, przy każdej ulicy, co krok żołnierze w rynsztunku jak na wojnę. Patrolują, zatrzymują, legitymują, rewidują. Ludzi, samochody i riksze. Wszystko co się porusza, a nie ma szczęścia być bezpańskim psem, może w każdej chwili zostać zatrzymane i poddane rutynowej kontroli w celu zachowania bezpieczeństwa.

W tym samym celu duża część miasta jest wyludniona, zamknięta i nie da się jej zwiedzić. Tam mieszka Pan Prezydent. Ze swojej bezludnej dzielnicy za zasiekami i kordonami uzbrojonych po zęby mundurowych, rządzi narodem, który nachwalić się go nie może. Co i rusz zaczepiają nas na ulicy jakieś dziadki , żeby podzielić się refleksją nad tym, jaki to z Rajapksy świetny prezydent i jak się teraz bezpiecznie żyje w Kolombo, i jak dawno nie wybuchła żadna bomba w mieście. 

Cieszymy się ich szczęściem, ale nawet to nie wystarczy, by zatrzymać nas w tym hałaśliwym, zaspalinionym molochu dłużej niż jedną noc. Przed snem zaliczamy jeszcze nasz przydziałowy checkpoint z szybką rewizją, a nazajutrz uciekamy stąd do Mirissy.


Zanim jednak ruszymy w drogę, udajemy się na śniadanie w naszym mega-tanim i mega-obskurnym schronisku YMCA. Mają bufet. Bufet jest akurat super i jedzą w nim sami lokalsi. Czytam jadłospis na ścianie, wielki jak w PRL-owskich barach mlecznych i oczom nie wierzę, bo jest ryż na mleku. Wreszcie śniadanie na słodko, nie w curry, nie z chilli, nie na ostro. Mój ślinotok robi się tak obfity, że zepsułby wszystkie statystyki Pawłowa. Aż mi się gęba cieszy, gdy dobijam do lady i proszę pomocnego pana nalewacza o ryżyk na mleku. Spodziewam się czegoś w stylu Belriso firmy Zott, a dostaję równiutko przycięty, zbity w suchy blok ryżowy sześcian. Myślę sobie: „To tylko forma” i pytam pana o jakiś sos na słodko. Pan mówi, że ten żółty jest na słodko i nakłada mi czubatą chochlę, wygarniając przy okazji z dna gara wielkie zielone chilli...

Pogrążona w żałobie zjadam więc swoje śniadanie na ostro i idę na stragan kupić kilka z tych najmniejszych i najsłodszych bananów świata, którymi obżeramy się tu niemal bez umiaru.

14.01.2011

O MNICHACH I ŚWIĄTYNIACH



Generalnie buddyjskie świątynie na Sri Lance nigdy nie są stricte buddyjskie. Buddyzm jest tu tak silnie powiązany w hinduizmem, że nikt chyba nie wyobraża sobie obarczania wszystkimi modlitwami wyłącznie biednego Buddy, który jest w końcu tylko jeden. W zanadrzu kręci się przecież sporo ściśle wyspecjalizowanych bogów, którym można z powodzeniem powierzyć swoje intencje. Nie doprowadzą oni co prawda do samej nirwany, ale dysponują mocami w zupełności wystarczającymi, by zapewnić szczęśliwe pożycie małżeńskie czy pomóc rozkręcić biznes.


Tak więc w każdej buddyjskiej świątyni, obok ołtarzy poświęconych Buddzie, znajdują się kapliczki bóstw hinduistycznych, do których chodzi się z konkretnymi problemami. W malutkich przydrożnych chramikach natomiast, pod jednym dachem posążki Buddy siedzą zwykle ramię w ramię ze słoniogłowym Ganeszą lub jadącym na pawiu Kataragamą i żaden z nich wydaje się nie mieć nic przeciwko tamu wyznaniowemu eklektyzmowi.


Jeśli chodzi o posągi samego Buddy, to ogólnie panuje chyba przekonanie, że tym skuteczniejsza modlitwa, im więcej Buddów zgromadzono na metr kwadratowy powierzchni lub im Budda większych rozmiarów. Trochę jak z Polsce z Jezusami.


Pośród tych niezliczonych posągów, w świątyniach można czasem napotkać mnichów. Jaki mnich buddyjski jest, każdy pewnie kiedyś widział. Łysy, bosy, w pomarańczowych szatach, uosobienie spokoju i ubóstwa, personifikacja wycofania z doczesnego świata. Na Sri Lance tacy też na pewno istnieją, ale z szerszej perspektywy sprawa ma się troszeczkę inaczej. 


Buddyjscy mnisi dzierżą tu realną władzę polityczną, która bynajmniej nie ogranicza się do posiadania wyznaczonych miejsc, wyłącznie na własny użytek, w środkach komunikacji publicznej. Mnisi zasiadają bowiem w lankijskim parlamencie, gdzie tworzą ultra-nacjonalistyczne ugrupowanie. Skrajnie prawicowi jego członkowie należą do tzw. Kręgu Singaleskiej Siły, gdzie wyznaje się wyższość syngaleskiej rasy i religii oraz pozdrawia współtowarzyszy, dobrze nam znanym z nazistowkich kronik filmowych, wyciągnięciem ręki.  O tym jak silny jest wpływ „duchowych przywódców” na politykę państwa, może świadczyć choćby fakt, że w 1959 premier Sri Lanki został zastrzelony właśnie przez mnicha. Warto też wspomnieć, że zakończony zaledwie rok temu długotrwały konflikt syngalesko-tamilski, został tak bezwzględnie i krwawo rozwiązany przez władze państwowe głównie z powodu nacisków buddyjskich mnichów, którzy zdecydowanie odrzucali możliwość jakichkolwiek negocjacji.

12.01.2011

O ZDOBYCIU ADAM'S PEAK


O 5:00 rano dzwoni budzik. Wciąż leje. Lało przez całą noc i nie przestało ani na chwilę od 15:00 poprzedniego dnia, dokładnie od momentu, w którym postawiliśmy pierwszy krok na dalhouskiej ziemi, wysiadając z busa. Przestawiamy budzik na 6:00. Zaczyna świtać, ale w kwestii opadowej nic się nie zmienia. Przestawiamy na 7:00 – znów to samo. Wstajemy, ubieramy się, zjadamy po bułce i odczekujemy do 8:00. Przestało lać jak z cebra, zaczęło padać normalnie. Postanawiamy, że idziemy.

Pół godziny po wyjściu na szlak tryb deszczu przełącza się ponownie na ekstremalny. Nasz super-hiper-trekkingowy sprzęt przemaka w kilkanaście minut. Buty trzymają się tylko trochę dłużej. W końcu też nie wytrzymują hektolitrów lejącej się po nas wody. Chwilę później praktycznie tracimy widoczność. Chmury są tak nisko, że osławione panoramy, jakie można podziwiać w drodze na szczyt, rozciągają się dla nas nie dalej niż na wyciągnięcie ramienia. Przed nami pięć i pół tysiąca stopni w górę do kapliczki z najsłynniejszym (i największym) odciskiem stopy na Sri Lance.


Początkowo wydaje nam się, że jesteśmy dziś na szlaku sami. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że wcale nie. Co i rusz, z rosnącą częstotliwością  zaczynają mijać nas panowie z workami żwiru lub bambusowymi rusztowaniami na głowach. Idą na bosaka. Dwóch ma japonki.

Jak się później okaże, tuż pod szczytem trwa remont schodów i panowie donoszą surowce. Cały dzień zasuwają w tych monsunowych strugach w górę i w dół, po ponad pięciu tysiącach makabrycznie stromych i śliskich jak odwłok ślimaka stopni z dziesiątkami kilogramów na karku. I to bez butów. Kiedy mijamy miejsce robót, żartują w języku migowym, że piękne i rozległe widoki rozciącają się dzisiaj z góry. 


Nas jednak migany sarkazm nie zraża i przemy dalej, chociaż im wyżej, tym wiatr silniejszy i w przemoczonych ubraniach robi się naprawdę niemiło. Kilka razy w całą religijną gorliwością na jaką nas stać, dziękujemy też Buddzie i Samanowi oraz kilku innym bogom i ludziom za metalowe poręcze, dzięki którym udało nam się nie zostać zdmuchniętym w malowniczą ponoć, choć niewidoczną dla nas dolinę.

Tu też idzie z nami pies. Jakiś pies zawsze z nami idzie, dokądkolwiek byśmy nie szli.

Gdy docieramy wreszcie na szczyt, chmury są już tak gęste, że przez pewien czas kręcimy się w kółko w poszukiwaniu dzwonków, w które zwyczajowo uderza się na znak, iż kolejny pielgrzym dotarł na wierzchołek świętej góry. W końcu trafiamy na nie po omacku i dzwonimy. Mission accomplished.


Sama kapliczka ze śladem jest wyjatkowo nieimponujących gabarytów, coś jak nasza komoda. Przyklejamy się plecami do jej ściany, żeby utrzymać postawę stojącą i uniknąć zwiania. Chcemy zajrzeć do środka – zamknięta, przecież sezon dopiero za dwa tygodnie. Z wnętrza dolatują tylko dwa męskie głosy i jadowity zapach farby olejnej. Pewnie malują ślad Buddy na złoto przed nadchodzącym boomem pielgrzymkowym...

*   *   *

Wieść gminna niesie, że Adam’s Peak wygląda tak:

Źródło: fhm.com

My spędziliśmy u jego stóp dwa dni, dwie noce i poranek, i jedyny widok jaki zapamiętamy wygląda tak:

7.01.2011

DALHOUSIE POZA SEZONEM



Na szczycie Adam’s Peak, na wysokości 2243 m n.p.m. mieszka bóg Saman. Odrodził się tam wieki temu i postanowił zostać, pewnie ze względu na świetne widoki. Chyba czuł się tam jednak odrobinę samotny, bo każdemu było do niego daleko i nikt go nie odwiedzał. Pogadał więc z Buddą, żeby ten na wierzchołku góry odcisnął swą stopę i to rozwiązało problem boskiej samotności. Nagle każdego roku do Samana zaczęły wpadać z wizytą setki tysięcy pielgrzymów. My też postanowiliśmy wpaść, szlakiem z Dalhousie.

Dalhousie poza sezonem wygląda jak jedna  z tych wymarłych wiosek w starych westernach. Droga przez środek, po obu stronach rzędy rozpadających się domów z zabitymi dechami drzwiami i oknami, a w centrum kadru smutny, samotny pies idący powoli ze spuszczonym ogonem.

Sezon pielgrzymkowy zaczyna się dopiero za dwa tygodnie i wygląda na to, że teraz wioska nabiera sił przed najazdem, hibernując głęboko. Gdzie podziewają się wszyscy jej mieszkańcy, nie mamy pojęcia. Z żywych dusz widzimy tylko trzech panów z obsługi pensjonatu, jedną niemiecką turystkę, która ma pokój obok nas i po dwóch sprzedawców na każdy z dwóch otwartych w wiosce sklepików, z których jeden wydaje się sprzedawać tylko wielką kiść bananów.


Leje jak z cebra, ale idziemy przez martwą wioskę, zobaczyć skąd wychodzi szlak. Mijamy gigantycznego, jaskrawo pomarańczowego Buddę, przechodzimy przez mostek nad wzburzoną rzeczką i odnajdujemy początek szlaku. Odnajdujemy też jeszcze jeden sklepik, którego asortyment również nie powala, ale udaje nam się zaopatrzyć w butelkę wody i sześć z siedmiu bułek, jakimi dysponuje sprzedawczyni.

Jutro wstajemy o piątej rano, żeby wrócić z góry zanim chmury opadną i znowu lunie deszcz.

6.01.2011

O HORTON PLAINS


Jedynym sposobem na dotarcie do Parku Narodowego Horton Plains z Nuwara Eliya jest wynajęcie samochodu z kierowcą. Z Heputale, po drugiej stronie parku, można by na upartego próbować pociągiem, ale potem trzeba by przejść z buta jeszcze 15km. Zważywszy jednak, że w nocy pociągi nie kursują, a w Horton Plains powinno się być krótko po wschodzie słońca, żeby mieć szanse coś zobaczyć, zanim cały płaskowyż zaleje gęsta mgła, w praktyce jest to nie do zrobienia.

Jedziemy tam więc jak wielmoże z naszym własnym kierowcą, który co i rusz ułamkami równoważników zdań opowiada nam o nowozelandzkich krowach na farmie i o rododendronie, że go właśnie mijamy, i o bawołach. Droga jest tak stroma i kręta, że wydaje się niemożliwe, by samochód mógł pod nią podjechać. Ale podjeżdża.

Wjazd do Parku Narodowego strzeżony jest przez szlaban i budkę, gdzie uiścić należy wszelkie opłaty i uzyskać wymagane pozwolenia. Strażnicy przyrody wyglądają tu jak komandosi z Wietnamu i są podobnie uzbrojeni, więc nikt nie ma z uiszczaniem i uzyskiwaniem najmniejszego problemu, choć krew się po cichu burzy, że jako cudzoziemcy uiścić musimy kilkakrotnie więcej niż miejscowi.

Formalności zostają załatwione i dostajemy największy bilet świata, w formacie prawie A3. Składamy go na dziesięć, żeby zmieścił się w kieszeni  i ruszamy dalej, jeszcze 4km do miejsca, skąd wychodzą szlaki.


Kiedy dojeżdżamy, nasz przemiły kierowca pokazuje nam tablicę ze schematyczną mapą parku i mówi, że czekać tu będzie na nas trzy godziny, czyli tyle, ile potrzeba na przejście ogólnoturystycznej dziewięciokilometrowej rundki Mały Koniec Świata – Duży Koniec Świata – Wodospad Bakera. My kiwamy głowami, że piękny to szlak zaiste, ale możemy nie zdażyć w trzy godziny, bo idziemy jeszcze na ten drugi, w kierunku szczytu Kirigalpota. Pan odgrywa, mało przekonująco, rolę zaskoczonego, że niby nic nie wiedział, że robi dziś jakieś nadgodziny i jeszcze raz nam tłumaczy, że się idzie tu i tu, i się zwiedza Koniec Świata. I że wszyscy tak robią. Trochę nas to zaczyna drażnić, bo tracimy czas, więc przypominamy mu tylko naszą umowę z panią kierowniczką i idziemy na szlak. Pan się obraża i idzie do vana.

Horton Plains są ładne, ale nie porażająco piękne (jak choćby chorwackie Plitvice). Odbębniamy więc nasze obowiązkowe kółko, strzelamy fotki na Końcu Świata, który na żywo okazuje się troszkę mniej spektakularny niż w fotoreportażach National Geographic, po czym mówimy strażnikom, że ruszamy w stronę Kirigalpoty. Strażnicy sa bardzo przychylni, ale ostrzegają, że szlak może być trudny i wąski, bo nikt tamtędy nie chodzi. Zapominają jednak dodać, że miejscami w ogóle go nie ma, że zarosła go dżungla albo przecinający potok zamienił się aktualnie w szerokie rozlewisko. Brniemy więc w błocie powyżej kostek, przedzieramy się przez dzikie ostępy prekambryjskich rozmiarów skrzypów i paproci, ale idziemy i jest fajnie. Nie wiadomo przecież, kiedy znów będziemy mieli okazję, chodzić po lesie deszczowym.


Idzie z nami pies. Mała suczka tutejszej jedynej rasy – skrzyżowanie pinczera z dingo. Nie wiemy skąd się wzięła i czemu z nami idzie, ale mówimy na nią Liska. Liska parę razy się bardzo przydaje, bo pokazuje nam szlak, który praktycznie nie istnieje, jakby znała to miejsce od podszewki. Poza tym straszy małpy, które uciekają po wierzchołkach drzew, wydając bitewne okrzyki i zjada nam połowę prowiantu (ale oddajemy jej po dobroci). Tylko raz, już w drodze powrotnej musimy ją przenieść przez rzekę, która strasznie szumi  i tak wezbrała w czasie ulewy, że Liska się boi przeskoczyć. 

Liska wygląda tak.

Po  półtorej godziny marszu, las robi się deszczowy nie tylko z nazwy. Zaczyna padać, a gdy na Sri Lance zaczyna padać, należy rzucić wszystko i jak najszybciej znaleźć sobie schronienie. Nasze najbliższe schronienie to van oddalony o półtorej godziny drogi i kiedy w końcu do niego docieramy, nie ma już na nas suchej nitki. Mimo tak opłakanego stanu, chwalimy jeszcze Liskę (która gdzieś się ulotniła) przed strażnikami, że taki mądry pies i świetnie zna szlaki, pytamy czy w parku urodzona i wychowana. Strażnicy słuchają, patrzą po sobie, przekrzywiają głowy i mówią, że żadnego psa o nakreślonym przez nas rysopisie nie znają. A w ogóle, to psów na teren parku narodowego wprowadzać nie wolno – dodaje surowym głosem jeden z nich, więc uznajemy za stosowne jak najszybciej zamkąć temat. Grzecznie się żegnamy i wycofujemy na parking w nadziei, że nasz samochód i kierowca wciąż tam jeszcze są.

Pan czekał, ale ma trochę focha. Wracamy więc do Nuwara Eliya w milczeniu, tym razem bez opowieści o życiu krów i bawołów, serpentyną zalaną gęstą jak śmietana kremówka mgłą.

5.01.2011

O HERBACIE


Z czym bardziej kojarzy się Cejlon, niż z herbatą? Cała centralna część wyspy (tzw. Hill Country) stanowi w rzeczywistości jedną wielką – zatrudniającą około miliona osób – plantację, z której 95% produktu (w tym nasze ulubione Dilmah i Lipton) eksportowane jest niemal na cały świat.

Herbata na Sri Lance jest sprawą tak oczywistą, że mało kto zdaje sobie sprawę, iż wcale nie wyrosła tu sama. Pierwsze jej nasiona posadzono na cejlońskiej ziemii dopiero w drugiej dekadzie XIX wieku i to w ogrodzie botanicznym. O uprawie na skalę przemysłową pomyślano ponad  40 lat później tylko dlatego, że szybko rozprzestrzeniająca się choroba wyniszczyła wszystkie plantacje lankijskiej kawy. Herbaciane krzaczki sprawdziły się świetnie w tutejszym klimacie, a że lubią rosnąć na dużych wysokościach, żeby mieć chłodno i wilgotno, karczowano pod ich uprawę coraz większe obszary górskich dżungli, na zawsze zmieniając środowisko naturalne wyspy. W rezultacie, dzisiaj cały region Hill Country, choć piękny i zjadliwie zielony, jest niepokojąco jednorodną herbacianą monokulturą, której krajobraz często nie zmienia się ani o jotę przez dziesiątki kilometrów.


Działanie plantacji niewiele zmieniło się od czasów wiktoriańskich. Proces produkcji bardzo trudno zmodernizować, głównie ze względu na rygorystyczne zasady zbioru. Maszyn rolniczych niestety nie udało się do tej pory nauczyć, by z każdego krzaka obrywały tylko trzy szczytowe liście, z których środkowy musi być jeszcze zwinięty w rurkę. Tak więc zbiór herbaty wciąż wymaga ogromnego nakładu pracy ludzkich rąk.


Ludzkie ręce, zbierające cejlońską herbatę, należą w blisko 100% do tamilskich kobiet. Każdego dnia rano wspinają się one na wzgórza należące do plantacji i schodzą z nich dopiero, gdy worek na ich głowie waży 10kg. Wtedy biorą drugi worek i wracają na wzgórza. I tak przez cały dzień, za 13PLN dziennie.

4.01.2011

SUPERBUSEM Z KANDY DO NUWARA ELIYA


Znaleźć właściwy autobus na dworcu w Kandy nie jest rzeczą łatwą. Pomijając nawet milczeniem odwiecznie panujący tam chaos, już sama ilość pojazdów zgromadzonych na stosunkowo niedużym prostokącie błotnistego placu manewrowego sprawia, że można się pogubić. Nie tylko w domysłach, ale i całkiem fizycznie.

W myśl zasady „kto pyta, nie błądzi (albo błądzi trochę krócej)”, chodzimy i pytamy. W końcu kierują nas w najdalszy kąt dworca. Idziemy. Autobusy do Nuwara Eliya stoją dwa; jeden normalny, czyli biały, drugi intercity – mały, klimatyzowany busik, o jakich czytaliśmy w przewodnikach, a na jakie nie udało nam się wcześniej natknąć w naturze. Źródła pisane podają, że jazda takim superbusem jest niezwykle komfortowa, gdyż z uwagi na wysokie opłaty biletowe, ten środek lokomocji nie cieszy się szczególną popularnością. Pytamy o cenę – 170 rupii (niecałe 5 zeta). Wsiadamy. 

W środku faktycznie luksus. Klima chodzi, kierowca ma buty, każdy siedzi na swoim miejscu, nikt nikomu nie siedzi na kolanach, nie zwisa nad głową, nie leży na ramieniu. Jechać, nie umierać.

Prujemy przestrzeń. 

W jednej trzeciej drogi nasz busik nagle staje. Kierowca z konduktorem otwierają klapę w podłodze, pociągają coś w środku, pompują, stukają. Ruszamy. Jedziemy chwilę i znowu to samo. Za trzecim razem zatrzymujemy się przy przydrożnej lepiance. 

Jakiś półnagi pan usypuje sobie na podwórku kupki czarnego żwiru. Kierowca i konduktor wyskakują z superbusa, biegną do pana i wszyscy trzej zaczynają latać wkoło lepianki, przewalając graty i puste worki po cemencie. Dzwonią gdzieś z komórki, a chwilę później przyjeżdża tuk-tukiem dwóch innych panów z półką. Wkładają półkę do autobusu i idą pomóc. Teraz już w pięciu krzątają się po podwórku. Co jakiś czas któryś z nich bezskutecznie próbuje odpalić nieżywy silnik. 

W pewnym momencie znikają pod wiatą, po czym wracają z lejkiem i małym kanistrem benzyny. Lejek się nie nadaje, bo jest opiaszczony, więc na prędce konstruują wlew paliwa z gumowej wycieraczki (która też jest opiaszczona, ale mniej). Tankują. Ruszamy i jedziemy dalej. Z półką. 

Busik ledwo ciągnie pod górkę, ale udaje mu się dotrwać do najbliższego miasteczka, gdzie... staje dwa metry przed stacją benzynową. Obsługa ochoczo i bez większego zaskoczenia dopycha go do pierwszego z brzegu dystrybutora, a po chwili, napojony odżywczą etyliną, znowu mknie jak strzała przez zielone wzgórza herbacianych plantacji, przez Lebukale do Nuwara Eliya.

30.12.2010

O TRÓJKĄCIE KULTURALNYM


Trójkąt Kulturalny to obszar pomiędzy trzema historycznymi stolicami Sri Lanki: Anuradhapurą, Polonnaruwą i Kandy. To w nim mieszczą się najważniejsze i najokazalsze skarby dziedzictwa kulturowego kraju: starożytne miasta, zabytkowe świątynie, górskie twierdze i inne nieocenionej wartości budowle. 

Na Trójkąt Kulturalny potrzeba dużo czasu, którym my dysponowaliśmy niestety w ograniczonym wymiarze. Chcąc, nie chcąc, wyselekcjonowaliśmy więc nasze subiektywne Top 3 Trójkąta (poza Kandy), w skład którego weszły Polonnaruwa, Dambulla i Sigiriya.

POLONNARUWA

Polonnaruwa została oficjalną stolicą Sri Lanki w X wieku, czyli mniej więcej wtedy, kiedy Gniezno zostało stolicą Polski. Trzy wieki później, po zaciętych, trwających bez końca walkach wewnętrznych i przynajmniej czterech wyniszczających najazdach indyjskich, zrujnowane miasto zostało opuszczone i stopniowo pochłoniete przez dżunglę. Kiedy po ponad 700 latach odkryto je ponownie i „odbito”przyrodzie, okazało się, że część ceglanych budowli przetrwała niemal bez uszczerbku. 





DAMBULLA

Najważniejszym miejscem w Dambulli jest pięć grot, w których w I w.p.n.e. zdetronizowany przez Tamilów król Vattagamini ukrywał się przez czternaście lat, zanim odzyskał królestwo. Po powrocie na tron, z wdzięczności za udzielone schronienie, ozłocił jaskinie, pokrył ich ściany świętymi malowidłami, a całą skałę przekształcił w miejsce religijnego kultu.


Dambulla ma też całkiem nowoczesną Złotą Świątynię, która pełni jednocześnie rolę Muzeum Buddyzmu. Złota Świątynia stanowić może pewne wyzwanie dla co wrażliwszej, nawykłej do skromniejszych standardów estetycznych psychiki. Trudne przeżycia mogą zostać złagodzone przez wcześniejsze przestrojenie się na standardy licheńsko-świebodzińskie.


SIGIRIYA

Dawno, dawno temu, bo przed szesnastoma wiekami, Sri Lanką rządził król Dhatusena. Miał on dwóch synów, Kassapę oraz Mogallanę, który był prawowitym następcą tronu. Zazdrosny Kassapa nie chciał się jednak pogodzić z faktem, iż to jego brat odziedziczy królestwo. Zebrał więc oddział rebeliantów, ojca zamurował żywcem w komnacie, Mogallanę wypędził aż do Indii, a sam siebie ogłosił nowym władcą.

Mogallana jednak, stworzywszy na wygnaniu armię tamilskich najemników, szykował się do walki o swoje dziedzictwo. Kiedy Kassapa dowiedział się o tym, na 200-metrowej skale zbudował niezdobytą twierdzę, w której żył odtąd opływając w luksusy i rozkosze wraz ze swoimi sześćdziesięcioma konkubinami. Twierdzę nazwano Sigiriya, co znaczy Lwia Skała, a u jej stóp wyrosło potężne miasto.



W roku 491, armia Mogallany zjawiła się wreszcie na równinie pod twierdzą. Pewny siebie Kassapa, zamiast bronić się zza cyklopowych murów na szczycie skały, osiodłał bojowego słonia i poszarżował przeciwko bratu na czele swych oddziałów. Niestety w ferworze walki słoń samozwańczego króla spłoszył się i przebiegł galopem przez zwarty szyk wroga. Żołnierze Kassapy pomyśleli, że ich dowódca ucieka z pola walki i zdezorientowani podali tyły. Kassapa widząc, że został odcięty od swojej twierdzy i armii, popełnił samobójstwo.

Po odzyskaniu królestwa, Mogallana oddał Lwią Skałę mnichom, by od tej pory służyła już tylko zbożnym celom.

29.12.2010

O FAUNIE MIEJSKIEJ KANDY


Jak pisaliśmy wcześniej, w samym centrum Kandy znajduje się sztuczne jezioro. Biorąc pod uwagę jego skromne rozmiary, stopień zasyfienia i obetonowania, jest ono habitatem dla porażającej wręcz ilości i rozmaitości zwierząt. Nie będziemy się tu rozwodzić nad obecnością najbardziej oczywistych w tym środowisku przedstawicieli fauny, takich jak gigantyczny karp śmieciolubny czy pies bezpański przyjeziorny. Skupimy się natomiast na gatunkach bardziej charakterystycznych dla ekosystemu kandyjskiego.

Najbardziej narzucającym się (dosłownie i w przenośni) elementem tegoż ekosystemu są ptaki. Główną tego przyczyną jest prawdopodobnie fakt, iż miasto leży na granicy rezerwatu Udawattakele, znanego przede wszystkim ze swej bujnej ptasiej populacji. Wygląda jednak na to, że zamiast rozkoszować się spokojem zielonego santuarium, wszystkie ptaki rezerwatu przesiadują raczej na drzewach wokół miejskiego stawu. Przejście pod nimi deptakiem przebiega więc w stresującej atmosferze ustawicznego zagrożenia bombardowaniem ptasią kupą i powinno się odbywać możliwie jak najszybciej, zwłaszcza rano i wieczorem. W tych dwóch porach doby przemarsz brzegiem jeziora jest dodatkowo wzbogacony o niezbyt przyjemne doznania zapachowe i słuchowe. Pierwsze spowodowane są nagromadzeniem niewyobrażalnej ilości ptasich odchodów i mokrego pierza na chodniku, drugie – straszliwym jazgotem tysiący dziobów, które w pojedynkę wydają może słodkie trele, wszytkie razem jednak powodują chaos dźwiękowy, skutecznie uniemożliwiający komunikowanie się z osobą idącą tuż obok.

Oprócz ptaków, drzewa okupują także nietoperze. Nie takie skrzydlate myszy, jakie z rzadka przemykają w bladym świetle latarni europejskich miast. W Kandy z gałęzi zwisają latające lisy. Zwisają tak gęsto, że my - nieświadomi niczego turyści z dalekiego Północo-Zachodu, - w wieczornym półmroku długo braliśmy je za liście. 



Latające lisy są wielkie i ciężkie. Latają powoli, ospale machając błoniastymi skrzydłami, przez co wyglądają w locie jak pterodaktyle.

Bliżej ziemi, nad kandyjskim jeziorem można się natknąć na jaszczurki. Jaszczurki są różnych gatunków i rozmiarów. Bywają małe i kolorowe, śmigające zygzakiem na szeroko rozstawionych nogach...


... albo nieporuszające się wcale, leżące niczym półtorametrowe kłody, jak ten waran, którego zobaczyliśmy dopiero, gdy już prawie na niego nadepnęliśmy. Okazało się, że był tam z kolegami. 


Czasem dzieci przychodzą nad wodę karmić warany kawałkami kurczaka.

Na koniec, są jeszcze w Kandy makaki – mało sympatyczne małpki z fryzurą na pazia. Makaki chodzą po mieście wieloosobowymi gangami, popychając łydki ludzi, którzy nieopatrznie staną im na drodze, jedząc co się da i kradnąc co się da. Przestępstwa makaków popełniane są w biały dzień, ze szczególną bezczelnością. Nie ograniczają się bowiem do zjadania kwiatów z ołtarza lub porywania paczek chrupków z parkowych ławek. Makaki zdobywają swój łup przemocą, wyrywając torebki starszym paniom, plecaki zaskoczonym turystom, ściągając czapeczki z głów niemowląt i ich ojców. Jednym słowem dla makaków nie ma świętości. Makaki rządzą nadjeziornym światkiem Kandy i są spokojne o to, że żaden inny gatunek szybko nie zagrozi ich nadrzędnej pozycji w mieście.