Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty

6.12.2013

PAŁACE SINTRY



Sintra to taka mała, podlizbońska kraina czarów, zrodzona z nadmiaru czasu, pieniędzy i nudy szlachetnie urodzonych Europejczyków różnych nacji, którzy większość stylowo spędzanych tu wakacji trawili na spacerowaniu malowniczymi uliczkami miasteczka, kontemplowaniu naturalnego piękna krajobrazu i wymyślaniu, jakie jeszcze pozbawione praktycznego zastosowania budowle można by postawić w tym urokliwym zakątku świata za bezużytecznie zdeponowane odłogiem rodzinne majątki.


Owocem tych przemyśliwań jest dzisiejsza Sintra, nad którą obok charakterystycznych baniakowatych kominów kuchni Pałacu Miejskiego i kamiennych, autentycznie szaro-burych ruin mauretańskiej twierdzy, góruje różowo-żółty zamek fantasy z XIX wieku, zbudowany bez żadnego ładu i składu, z niepowiązanych ze sobą elementów architektury, jakim akurat zdarzyło się zachwycić arystokratycznego fundatora przy różnych okazjach. W rezultacie Palácio Nacional da Pena wygląda jak złożony z kilku niekompatybilnych zestawów klocków i wzbudza dość nietypowe doznania estetyczne.

Wydaje się, że trudno byłoby znaleźć architekta, który chciałby się dobrowolnie podpisać pod tym projektem, a cała bryła jest po prostu doskonałym potwierdzeniem odwiecznej zasady realizowania zleceń: klient płaci, klient wymaga.


Pałacy i pałacyków jest w Sintrze jeszcze kilka, ale tym, który (obok Palácio da Pena) szczególnie zapada w pamięć ze względu na wybujałą fantazję pomysłodawcy jest Quinta da Regaleira, nie bez kozery nazywana Pałacem Milionera Monteiro – od nazwiska i stanu majątkowego właściciela. Rezydencja nie tyle nawet samym kwiecistym wystrojem wnętrza i zewnętrza wyróżnia się z szeregu, co otaczającym ją rozległym parko-ogrodem w stylu mityczno-mistyczno-gnostyczno-masońskim, więc zdecydowanie intrygującym.


Señor Monteiro najwidoczniej zafascynowamy opowieściami tajemniczymi w nurcie hermetycznym doznaje w przypływie olśnienia genialnej wizji swego ogrodu jako miejsca mitu wcielonego i z pomocą swoich przysłowiowych milionów niezwłocznie wciela w czyn również i tę wizję. Tak więc na pokaźnej, czterohektarowej powierzchni ogrodu, porośniętej florą z wszystkich zakątków ziemi, wśród labiryntu ścieżek, tajnych przejść i grot z podziemnymi chodnikami, porozrzucane stoją świątynki i kaplice bóstw starożytnych i tych bardziej współczesnych, fontanny zwieńczone sylwetkami fantastycznych stworzeń oraz ozdobione alchemicznymi symbolami ukryte miejsca zadumy filozoficzno-egzystencjalnej nad kondycją ludzką i świata.


Pozycję najbardziej wyjątkową na liście atrakcji Quinty stanowi natomiast tzw. Studnia Inicjacyjna – zainspirowana kultem masońskim, jakby odwórcona, wpuszczona wgłąb ziemi wieża, przywodząca na myśl kręgi piekielne lub niebiańskie Dantego (w zależności z której strony się wchodzi). Przemierzając stopnie Studni należy doznać duchowego odrodzenia, co też uczyniliśmy kilkakrotnie, na wszelki wypadek przechodząc drogę w obu kierunkach.

20.11.2013

NASZA LISBOA


„Lizbona za dnia ma sobie coś naiwnie teatralnego, coś, co urzeka i zniewala – nocą natomiast jest to miasto z bajki, spadające tarasami ze wszystkimi swoimi światłami ku morzu, niby odświętnie ubrana dziewczyna pochylająca się ku swemu ciemnolicemu kochankowi.”
[E.M. Remarque „Noc w Lizbonie”]


Tak więc naczytaliśmy się przed wyjazdem peanów na cześć stolicy Portugalii – Remarque’a, Kydryńskiego, znajomych i mniej znajomych, którzy zakochali się w Lizbonie na zabój, od pierwszego wejrzenia i do grobowej deski. Ludzi, którzy opętani czarem tego miasta wracają wciąż i wciąż od nowa, pławić się w niepowtarzalnej atmosferze każdej z unikalnych dzielnic „najpiękniejszej europejskiej stolicy”.

I trzeba oddać sprawiedliwość, że faktycznie, każda dzielnica Lizbony ma swój wyjątkowy klimat, żyje własnym, tak różnym od pozostałych życiem.


Alfama: Przesiąknięta historią kraina zamkowego wzgórza, niekończący się labirynt wąskich, stromych uliczek, miejsce schyłku wielkich Maurów, o których władaniu nic już tu nie przypomina. Za dnia kipiąca bezładnym, gwarnym rojem zwiedzających i kalejdoskopową feerią sklepów z pamiątkami. W nocy królestwo wysuszonych, słaniających się na cienkich nogach prostytutek, typków spod ciemnej gwiazdy, snujących się pod ścianami zawilgłych kamienic ludzi-cieni w narkotycznym półśnie. Może gdzieś tu faktycznie śpiewa się jeszcze fado? Może gdzieś poza odmalowanymi w barwy splinu i bohemy klubo-kawiarniami dla nierozumiejących słów turystów...


Baixa: W Baixy naprawdę jest coś teatralnego. Bardziej udawanego i nieautentycznego jednak, niż serwującego alternatywną rzeczywistość. Rozległa, pusta przestrzeń Praça do Comércio i wybiegający z placu jak proscenium szeroki, biały deptak sprawiają wrażenie jakby z założenia nigdy nie miało się tu toczyć prawdziwe życie. Ono toczy się zupełnie gdzie indziej, na dalekich od białości chodnikach i po tej nieodremontowanej stronie fasad.  Na wypolerowanej do połysku estradzie deptaków i placy z pomnikami pierwszoplanowe role grają natarczywi kelnerzy, wciskający ci w ręce swoje menu oraz jeszcze bardziej natarczywi handlarze haszyszu i kokainy.

Chiado: Tylko przechodzimy wieczorem. Zaglądamy przez szyby do restauracji, w których nie stać nas chyba nawet na zupę. Bardzo tu miło i ładnie, tak świetliście. Nikt nam nie próbuje wciskać menu, nikt nas nie zaprasza do środka. W naszych szortach i zakurzonych sandałach, tutaj to my jesteśmy z tej drugiej, mniej kolorowej strony fasady.


Bairro Alto: Górna Dzielnica, dzielnica na górze, dzielnica słynnych tramwajów-elewadorów i niezliczonej ilości stopni. Pełna opuszczonych, popadających w ruinę kamienic, oślepionych zamurowanymi oknami i pokneblowanych zabarykadowanymi wejściami do klatek schodowych, z których rigor mortis bezskutecznie walczą najróżniejszej maści artyści graffiti. Dzielnica skrajnie wąskich ulic z zakazami wjazdu, skrętu i parkowania, których nikt nie przestrzega oraz setek barów, gdzie gwoździem programu niezmiennie pozostaje ginjinha – mocny likier z kwaśnych wiśni.


Lizbona ma więcej dzielnic i szczerze przyznajemy, że nie odwiedziliśmy wszystkich. Nie z braku czasu czy możliwości. Po prostu, te w których byliśmy zmęczyły nas wystarczająco. Może było za gorąco i kłujące promienie słoneczne na wyślizganym bruku placy i chodników za bardzo porażały nasze nawykłe do szarości oczy. Może widzieliśmy za mało. Może za dużo – w Lizbonie, poza Lizboną... Jedno wiemy na pewno: dla nas to nie jest najpiękniejsza stolica Europy.

Nie zakochaliśmy się w Lizbonie.

21.10.2013

OBJAWIENIA FATIMSKIE


10:30, Leiria, dworzec autobusowy. 

Autobus do Fatimy, zapowiedziany wprost do bezprzewodowego mikrofonu przez wąsatego pana o dykcji i aparycji konferansjera telewizyjnych gali oskarowych, podjeżdża na stanowisko. Nie jest szczególnie oblegany. Sześć, może osiem osób niespiesznie zajmuje kilka frontowych foteli.  

Na chwilę przed odjazdem wokół autobusu robi się nagle tłoczno. Do środka hałaśliwie wtacza się gęsiego długi rządek Cyganek. Idą prosto na sam tył, rozsiadają się każda w osobnym rzędzie i kontynuują zażyłą dysputę, pokrzykując do siebie między siedzeniami. Tym głośniej, im głośniej pracuje silnik. I tak przez całą godzinę jazdy. 

Z dworca w Fatimie stadnie kierują się prosto do Sanktuarium Cudownego Objawienia. 

*   *   * 

16:40, Fatima, dworzec autobusowy. 

W hali odjazdów tasiemcowe kolejki do kas. Wydają się nie poruszać ani o jotę. Na czele każdego ogonka Cyganka. Po drugiej stronie każdego okienka kasjer o zmęczonych oczach, cierpliwie odliczający 3,25 w jedno- i pięciocentowych miedziakach z dziennego utargu Romek. Jak co dnia nastał fajrant ich niedługiej, pięciogodzinnej zmiany. Jak co dnia musiało się opłacać wydać 6,50 na dojazd. 

Żmudny rytuał kupowania biletów dobiega końca i kobiety gromadą wsiadają do autobusu powrotnego do Leirii. Znowu okupują cały tył pojazdu i krzyczą do siebie niemiłosiernie. Kierowca kilka razy zwraca im uwagę, próbuje uciszać, ale w końcu daje za wygraną. I tak przez całą godzinę jazdy. Każdego dnia. 

*   *   * 

W międzyczasie w Fatimie.


Sanktuarium Matki Bożej, która przed wiekiem objawiła się tu w koronie drzewa trojgu pastuszkom. Gigantyczny, niemal porażący oczy odbijanymi promieniami słonecznymi plac ze specjalną, białą linią po środku. Po linii idzie się tylko na kolanach. Właściwie, to sunie się na przywiązanych do nóg poduszkach, wszelkiej maści ochraniaczach, specjalnie przystosowanych podkładkach ogrodniczych i innych nakolannikach. Ruch poduszkowy przebiega całkiem wartko.

Na placu, z jednego krańca ultranowoczesna, minimalistyczna architektura. Kościół na dziewięć tysięcy wiernych ze zdalnie przesuwanymi ścianami. Na przeciwnym końcu strzelista neoklasycystyczna bazylika. Ani ładna, ani brzydka. Bardziej w stronę ogólnie przyjętej i szekoro akceptowalnej estetyki sakro-kiczu, ale do Lichenia jej jeszcze daleko.


Lekko z boku wiata buchająca otwartym ogniem, do którego wrzuca się świece w intencjach. Świece są różne. Zwykłe, jak to świece, albo takie dwumetrowe. W różnych cenach.  Zależy od intencji. Są też woskowe kończyny, narządy wewnętrzne i zewnętrzne. Są dzieci-świece w dwóch płciach. Przy spalaniu zdecydowanie najbardziej tłoczno, gorąco i się trudno pozuje do zdjęć z iPhona przy wrzucaniu.



Na lewo, kawałek za płomienną wiatą – zadaszenie, a pod nim ołtarz i ławki, jak w kościele. To jest Kaplica Objawienia, najistotniejsze miejsce w Fatimie. To tu się odbywał cały cud. Pod drzewem, którego już nie ma, które zostało po kawałeczku rozniesione na wszystkie strony świata, bo każdy chciał mieć trochę tego cudu dla siebie. W kaplicy taśmowo odbywają się msze, jedna po drugiej, na okrągło. Wśród tłumnego zgromadzenia, gdzieś na jego marginesach, za filarami kilkoro ludzi usiłuje się modlić naprawdę. Te osoby są tu dziwnie nie na miejscu. To miejsce nie sprzyja skupieniu. 

Wokół placu rzędy stoisk z pamiątkami, których asortyment osiąga – a nawet przekracza – wyżyny wszelkiego znanego ludzkości kiczu i tandety oraz porozsiadane na betonie Cyganki. Zakutane w chusty i spódnice, kołyszące się, jęczące smętnie swą żebraczą mantrę nad wyciągniętą po pieniądze ręką. Interes kwitnie, jednym słowem. Biznes się kręci, jest popyt, jest podaż.


*   *   * 

Miejsce skazane na objawienia.


Matka Boska Meszna, objawiająca się na pniu drzewa tuż przed bazyliką. Aż dziw, że nikt tego jeszcze nie zgłosił do kurii.