Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty

27.12.2012

GÓRA BOGÓW


Zwieńczenie tegorocznych wakacji, ukoronowanie naszej amatorskiej kariery wspinaczkowej, nasz dotychczasowy rekord wysokości – 2918 m n.p.m., Olimp. Ale od początku...

Zaczynamy dnia poprzedniego od poziomu morza, na maleńskiej stacyjce kolejowej w Litochoro, skąd siwiuteńki pan dziadziuś-taksówkarz wiezie nas dramatycznie poskręcaną górską serpentyną do Prionii.

Prionia to nie jest miejscowość, Prionia to kawałek parkingu z drewnianą chatką-restauracją i szlabanem. To miejsce, gdzie kończy się droga, a zaczyna szlak. Dalej jedynym środkiem lokomocji, poza ludzkimi nogami, są już tylko karawany mułów, donoszące zaopatrzenie do schronisk.


Pan taksówkarz, mimo swego statecznego wieku, praktykuje jazdę tak zwanym „Greek Style”, czyli na wariata, środkiem jezdni, z częstym wygrażaniem pięściami mijanym pojazdom i złorzeczeniem uczestnikom ruchu, włącznie z przebiegającą przez drogę wiewiórką. W międzyczasie, nie zwalniając na zakrętach, żegna się przy każdej przydrożnej kapliczce oznaczającej miejsce, gdzie ktoś zginął w wypadku. Kapliczki rozstawione są tu z częstotliwością znacznie większą, niż byśmy sobie tego życzyli.

Zagajamy dla rozładowania napięcia. Pan pochodzi z Litochoro i u stóp Olimpu spędził całe swoje życie. Na górze nigdy nie był, bo szczyt zasnuty chmurami i straszno jakoś. Jego syn za to, w siedemnastej wiośnie wspiął się i tak go przeraziło spoglądanie na świat z wysoka, z szerszej perspektywy, że poprzysiągł nigdy więcej już tego nie robić.

Prionia, 1000 m n.p.m. Jesteśmy. Zanim wysiądziemy, pan każe nam jeszcze obiecać, że na tej górze zdradliwej będziemy na siebie uważać i się wystrzegać niebezpieczeństw. Obiecujemy i oddalamy się spiesznie, chcąc na początek uniknąć zagrożenia przebywania w pobliżu drogi, kiedy pan znów ruszy.


Wbijamy się za szlaban, przeciskamy między zaparkowanymi mułami i startujemy. Pierwszy odcinek szlaku idzie się dość łatwo i bardzo przyjemnie. Przez większość czasu ścieżka biegnie przez majestatyczny las, który oprócz przepięknych widoków, dostarcza również cienia, co znacznie ułatwia marszrutę. Tę część drogi pokonujemy w trzy spokojne godzinki z postojami na podziwianie panoram, pstrykanie zdjęć i szamanie kanapek. Etap pierwszy kończymy na wysokości 2100 m n.p.m. w Refuge A, gdzie spędzimy noc.

Refuge A, 2100 m n.p.m.

Refuge A to schronisko o zaostrzonym rygorze. Pani kierowniczka, osoba pomocna acz stanowcza, władająca biegle greckim, angielskim, niemieckim i włoskim, trzyma swoich pracowników któtko jak oddział piechoty. Gości obowiązują podobnie restrykcyjne zasady. Przy rejestracji zostajemy szczegółowo poinstruowani co nam wolno, a czego nie, przy czym generalnie większości rzeczy nam nie wolno, np. wchodzić w butach do schroniska i grać w karty. Może być. My tu jesteśmy, żeby się przespać jedną noc, a nie rozbijać bank w pokera. Zresztą o 22:00 i tak wyłączają generator prądu, więc się nie da wieść bogatego życia nocnego.

Następny dzień – atak na szczyt!


Wyruszamy przed 7:00 rano, zanim zacznie świtać. Jesteśmy już dość wysoko więc las powoli ustępuje miejsca gołej skale. Początkowo mijamy jeszcze pojedyncze sosny lub inne iglaki, ale z czasem drzewa znikają całkowicie. Krajobraz robi się bardzo surowy, od pewnej wysokości wręcz księżycowy. Dokładnie taki właśnie wydaje nam się, gdy idziemy pustą, kamienną ścieżką zwaną Zonaria. Ścieżka biegnie bardzo spadzistym, zupełnie nagim zboczem i chwilami mamy wrażenie, że gdybyśmy zwinęli się w kłębek, po prostu sturlalibyśmy się w dół, jak po równi pochyłej. Dodatkowo, o tej porze dnia słońce nie dociera jeszcze na naszą stronę zbocza, tak więc temperatura również panuje tu kosmiczna. Naciągamy na grzbiet wszystko co mamy (a nie mamy wiele, bo jest początek września i jesteśmy w Grecji), a ręce przymarzają nam do kijków trekkingowych. Jest ciężko, ale się nie poddajemy i wpatrzeni z nadzieją we wznoszące się słońce, dochodzimy na 2866 m n.p.m., do szczytu Skala. Tu szlak rozwidla się w dwie drogi, z których każda prowadzi na jeden z dwóch wierzchołków Olimpu.

W lewo idzie się na Skolio, który ze swą imponującą wysokością 2912 m n.p.m. jest prawie najwyższym szczytem masywu. Wiedzie na niego w miarę prosty szlak E4 i to tu właśnie kończy swoją wspinaczkę większość z 10.000 ludzi, którzy co roku wchodzą na Górę Bogów.

Na prawo od Skali znajduje się Mytikas – prawdziwy szczyt Olimpu, 2918 m i 80 cm n.p.m. Szkopuł w tym, że to co na niego prowadzi trudno nazwać ścieżką. W pięcioklasowej skali tudności dróg górskich YDS ten odcinek jest klasy 3, co według opisu oznacza „szlak o znacznej ekspozycji, wymagający wspinaczki z użyciem rąk, zwykle bez konieczności asekuracji liną, podczas której upadki nie zawsze są śmiertelne”.

Śniadanie na Skali, 2866 m n.p.m., w tle Mytikas.

Mając to na uwadze, postanawiamy zjeść śniadanie na Skali i się zastanowić, czy wolimy iść w lewo, czy w prawo. Kiedy tak oddajemy się czynnościom konsumpcyjno-medytacyjnym, na szczycie zjawiają się Agnieszka i Daniel, nasi rodacy i bratnie dusze szwędacze. Idą podobną trasą do naszej, tylko w przeciwnym kierunku i właśnie zeszli z Mytikas. Spędzamy razem kilka chwil na kamieniach, wymieniając się historiami życia i włóczęgostwa, gdyż nic tak nie zespala na obczyźnie jak słodkie brzmienie ojczystego języka, po czym z nowym zapasem energii, pożywieni strawą duchową oraz żołądkową, postanawiamy, że raz raz matka rodziła i nie będziemy się rozdrabniać, wchodząc na prawie najwyższy szczyt.

Idziemy więc w prawo. Ze Skali spuszczamy się pionową skalną tubą na szlak, którego jedyną widzialną z bliska oznaką są namalowane na kamiennym podłożu żółto-czerwone kropki. Znowu jest bardzo pochyło a dzięki kompletnemu brakowi roślinności mamy naprawdę daleki widok w dół. Tym razem, gdybyśmy mieli zacząć toczyć się jak śniegowe kule, zatrzymalibyśmy się dopiero na pierwszych krzakach, czyli jakieś 1000 metrów niżej. Tego nie chcemy, poświęcamy więc tysiąc procent uwagi odpowiedniemu stawianiu kroków. Póki co pokonujemy trasę używając tylko tylnych kończyn, ale to się wkrótce zmieni.

Ponieważ trudno tak opisywać naszą drogę oraz towarzyszące jej emocje słowami, przerzucimy się na chwilę na współczesne pismo obrazkowe, które choć nie w pełni doskonałe, pozwoli czytelnikowi lepiej unaocznić sobie otaczające nas okoliczności przyrody:

Przyszliśmy ścieżką w lewym dolnym rogu...

... kontuujemy na lewo w górę...

... a dalej na czterech.

Dalej same nogi już nie wystarczą. Przeobrażamy się więc w spidermenów-amatorów i zaczynamy piąć się niemal pionową rynną w górę. Od pewnego czasu w ścianie pojawiają się pojedyncze kotwy a w naszych głowach wątpliwości, czy to faktycznie trasa dla nas. Z dalszej drogi, nie mamy już żadnych zdjęć, ponieważ jesteśmy skupieni na trochę innych czynnościach niż fotografowanie i wolimy nie odrywać od skały więcej niż jednego odnóża na raz. Pełznięcie idzie nam wolno, ale jakoś idzie. Mimo znacznego poziomu stresu oraz bólu dłoni i ramion, stwierdzamy, że jest nawet lepiej, niż się spodziewaliśmy. I wtedy docieramy do miejsca, któremu prawie dajemy się pokonać.

Jesteśmy kilkaset metrów od szczytu. Siedzimy na kamiennej półce, bimbając nogami w powietrzu a w oddali pod nami szumi Morze Egejskie. Prawie trzy kilometry pod nami... Nie da się iść dalej w górę, nie schodząc z tej półki w dół. Problem w tym, że z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby tam nie było na czym stanąć. Przez moment rozważamy zawrócenie. Bardzo długi moment bezczynności, impasu, paraliżu myśli. Mówimy sobie, że i tak daleko zaszliśmy, że nie ma co się wygłupiać, że nie jesteśmy przygotowani i może innym razem. Z drugiej strony patrzymy na wierzchołek góry, który jest już tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki i jakoś nie potrafimy się zwyczajnie wycofać.

Raz matka rodziła! Obracamy się tyłem i stopniowo, powolutku opuszczając się na rękach, ostrożnie macamy stopami grunt pod półką. I jest! Jest grunt! Kąt, z jakiego patrzyliśmy był po prostu za duży, żebyśmy mogli go zobaczyć. Wystarczyło się tylko przełamać i spróbować podjąć jakieś działanie, żeby się przekonać, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Teraz nic już nie może nas złamać. Od tej chwili pniemy się ze zdwojonym zapałem i wiarą we własne możliwości. Jeszcze tylko odrobina wysiłku, parę metrów w górę, kilka kroków i... jesteśmy na szczycie Olimpu. Mytikas zdobyty!

Mytikas, 2918 m n.p.m.

Nasz życiowy rekord wysokości i bezwzględnie hardkorowości szlaku również. Napawamy oczy widokami z miesca, które od tysięcy lat budziło w ludziach nabożną cześć zmieszaną z przerażeniem i poniekąd rozumiemy dlaczego. Strach może nas już nie paraliżuje, ale szacunek dla Góry Bogów pozostaje. W takich miejscach człowiek uzmysławia sobie jaki jest malutki wobec potęgi Natury. Cudowne uczucie.


Teraz pozostaje nam już tylko wrócić, co okazuje się znacznie trudniejsze niż by się mogło wydawać. Wciąż o tym zapominamy: droga w dół jest zawsze gorsza niż droga w górę. Głównie dlatego, że częściej trzeba patrzyć w dół. Dodatkowo padamy ofiarami sabotażu ze strony... kóz. Tak właśnie. Z niewiadomych powodów na masywie Olimpu, obok kozic górskich, które absolutnie nic sobie nie robią z obecności ludzi...


... żyją również jakieś oszalałe kozy, które musiały zdziczeć jeszcze chyba w czasach starożytnych i teraz chodzą po graniach w sobie tylko znanym celu (bo tam nie ma co jeść) i w sobie tylko znany sposób (bo tam nie ma jak wejść) i ciskają w ludzi kamieniami. Jeden z nich, wielkości sporego jabłka, osuwa się spod kopytek przechodzącej właśnie kilka pięter nade mną kozy, z gruchotem odbija od skalnej ściany jakieś 15 cm powyżej mojej głowy i przelatuje tuż nad prawym ramieniem, chybiając. Wszystko dzieje się tak szybko, że orientuję się dopiero po fakcie, co zaoszczędza mi niepotrzebnego stresu, jakiego doznaje Bartek obserwując zdarzenie z perspektywy osoby trzeciej.

Zbliżenie na pozycję kozy dywersyjnej.

Po tej szczęśliwie dla nad nieudanej akcji dywersyjnej nie mamy już więcej przygód, poza lawirowaniem między kilkoma pokojowo nastawionymi kozicami, którym staramy się nie przeszkadzać za bardzo w pasieniu.

Schodzimy do Refuge A na zasłużoną kawę, gdzie ponownie spotykamy Agnieszkę i Daniela (których z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy, a wszystkim polecamy fantastyczne zdjęcia z Olimpu okiem i obiektywem Agnieszki K.). Tym razem wzajemna wymiana opowieści wszelkiej treści wypełnia nam większość drogi powrotnej do Prionii, gdzie nasze scieżki niestety się rozchodzą. Nasi towarzysze idą poszukać sobie przytulnego miejsca na namiot, my natomiast, gnani koniecznością powrotu do Salonik, zabieramy się na stopa z parą niemieckich turystów, którzy wybierając się do miasteczka Olimpia, nie wzięli pod uwagę, że nie da się przejechać samochodem przez góry i po dotarciu do końca asfaltu postanowili zawrócić do Litochoro. Jak dla nas idealnie.

Z Litochoro czeka nas już tylko pięciokilometrowy spacer na stacyjkę kolejową a potem godzinka w pociągu do Salonik. Im bardziej oddalamy się od masywu Olimpu, tym bardziej niebo nad nim czernieje. Ciężkie jak ołów chmury przykrywają górę pęczniejącym, coraz grubszym płaszczem. Tej nocy rozpęta się burza.Wygląda na to, że w samą porę udaje nam się uciec przed gniewem bogów.

23.12.2012

SALONIKI



Po trzech godzinach jazdy autobusem z przygranicznej Floriny docieramy do Salonik. Pierwsze co rzuca nam się w oczy po wjeździe do miasta to fakt, że na co drugim skrzyżowaniu leży rozbity motor albo skuter. Czasem leży również motocyklista i kręci się jakiś policjant. Oprócz tych powypadkowych, motorów i skuterów jeżdżących po ulicach są tu niezliczone roje. Jednoślady jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, co umożliwiają im niewielkie rozmiary, pozwalające przeciskać się między samochodami na jezdniach i między spacerowiczami na chodnikach. Kierowców motorków najwyraźniej nie obowiązuje standardowy kodeks drogowy, a jakiś specyficzny rodzaj kodeksu honorowego, w którym za najwyższy punkt honoru uchodzi wysforować się na czołową pozycję startową przed przejściem dla pieszych lub wjazdem na skrzyżowanie. W praktyce oznacza to, że pasy dla pieszych przestają w ogóle spełniać swoją funkcję, gdyż są tak gęsto zastawione gotowymi do startu motorkami, że praktycznie nie ma możliwości wylawirowania między nimi na druga stronę ulicy. Wiele motorków oczekuje, aby wjechać na rondo bądź skrzyżowanie, stojąc już na samym jego środku, dzięki czemu istnieje mniejsza szansa, że ktoś je prześcignie, gdy zapali się zielone światło. Ruch samochodowy w Salonikach kieruje się bardzo podobnymi zasadami, czyli generalnie teorią chaosu, wprowadzaną w praktykę zwłaszcza przy parkowaniu. Jeszcze nigdy w życiu i nigdzie indziej na świecie nie widzieliśmy samochodów zaparkowanych w tak fantazyjnych konfiguracjach jak w Grecji. Chwilami aż przystawaliśmy ze zdumienia, żeby rozrysować sobie w głowie schemat, według jakiego musiały poruszać się pojazdy, żeby ustawić się w taki konkretny sposób. Czasem jedynym możliwym wytłumaczeniem okazywał się dla nas desant z powietrza.

Druga narzucająca się obserwacja to to, że kryzysu nie widać. Grecy nadal żyją na ulicach. Jedzą na mieście, sączą frappe w kawiarenkach, pogrywając w domino. Są organicznie zrośnięci z takim trybem życia. Poranna kawa i pasztecik w piekarence na rogu w drodze do pracy jest dla nich czymś tak oczywistym, jak dla Polaka sznytka z kiełbasą na śniadanie. Tak po prostu jest. Tak zawsze było i się nie da inaczej.


Jednocześnie Grecy jako ludzie mile nas zaskakują. Przed przyjazdem naczytaliśmy się o nich w samych inwektywach: że są chamscy, leniwi, nieuki i oszuści, że na obcokrajowców patrzą z góry oraz z pogardą, źle traktują kobiety i ogólnie są zakałą Europy. W Helladzie spędzamy wprawdzie tylko cztery dni, z czego dwa w górach, ale musimy powiedzieć, że nic z tego co słyszeliśmy o greckim narodzie się nie sprawdza. Przede wszystkim z zaskoczeniem stwierdzamy, że bez żadnych problemów możemy się dogadać po angielsku, nawet w kiosku, cukierni czy na wiejskiej stacyjce kolejowej z jednym peronem. Ludzie wydają się bardzo pomocni. Widząc cudzoziemców, sami zatrzymują się na ulicy i pytają czy w czymś pomóc. Nikt nas nie próbuje naciągnąć ani okraść, nikt się nie myli, wydając nam resztę, wszędzie dostajemy fiskalne paragony. Piekarz, u którego kupujemy bułki codziennie macha nam przez szybę, gdy przechodzimy chodnikiem, a pan sprzedawca omletów wyposaża nas na drogę w ciasteczka. Tym co może działać in minus jest fakt, że Grecy są trochę impulsywni. Łatwo się ekscytują i denerwują. Każde lekko odbiegające od normy zdarzenie, jak na przykład stłuczka skuterów na rondzie czy spięcie osoby bez biletu z kanarem, wywołuje u ogółu świadków niezdrowe podniecenie, objawiające się wzmożonym słowotokiem i nadmierną gestykulacją. Poza tym nie możemy o nich złego słowa powiedzieć, ale może to dlatego, że na interakcje mieliśmy tylko cztery dni (które na pewno były mniej męczące niż cztery dni interakcji z Hiszpanami z dowolnegu regionu).


Jeśli chodzi o same Saloniki, to również nasłuchaliśmy się o nich niezbyt przychylnych rzeczy. To druga największa metropolia Grecji, stolica regionu macedońskiego, olbrzymie, portowe miasto nad Morzem Egejskim, tłoczne, głośne i wiecznie w budowie. To wszystko prawda, a mimo to jego atmosfera jakoś przypada nam do gustu. Przede wszystkim Saloniki są pełne młodych ludzi, uczących się na największym na całych Bałkanach Uniwersytecie Arystotelesa. Dużo studentów oznacza, że dużo się dzieje, jest dużo rozrywek i zabawy, ale również dużo nowych inicjatyw, duża dynamika i to jest dobre dla miasta.

Poza tym urzeka nas płynność, z jaką współczesne Saloniki zlewają się z tymi starożytnymi. Budowle pamiętające rzymskich cesarzy i epokę hellenistyczną w pełnym rozkwicie, stoją sobie pośród osiedli mieszkaniowych, restauracji i handlowych pasaży. Kolejne tysiąclecie tętni wokół nich codzienne miejskie życie i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to właśnie jest ich miejsce. I nie mówimy tu o wygrzebanych z ziemi pojedynczych korynckich kolumienkach, ale o całych kompleksach architektonicznych porozrzucanych dosłownie po całym mieście. Jesteśmy tym absolutnie zachwyceni.


Oprócz tego są jeszcze muzea, po których można by chodzić bez końca. My poświęcamy na ich zwiedzanie cały jeden dzień, a udaje nam się obejść zaledwie półtora muzeum. Wychodzimy pod wieczór z niedosytem poznawczym i z konsternacją wspominamy słowa kilkorga napotkanych w podróży osób, twierdzących, że Saloniki nie oferują zupełnie nic ciekawego i wystarczy 12 godzin, by zobaczyć tu wszystko. Otóż nie wystarczy. Dla nas w każdym nawet dwa dni to było zdecydowanie za mało.

19.12.2012

GRANICA


Czas pożegnać się z Macedonią, zmierzamy w kierunku granicy z Grecją, a potem do Salonik.

Zmierzamy osobowym samochodem z wynajętym kierowcą. Nie dlatego, że cenimy sobie wygodę w podróży, czy że zostało nam za dużo niewymienialnych nigdzie indziej denarów, ale dlatego, że nie istnieje żaden środek transportu publicznego, jakim dałoby się przekroczyć tę granicę. Macedonia z Grecją skomunikowana jest tylko jednym jedynym połączeniem kolejowym – ze Skopje. Drugie największe miasto kraju, Bitola, leżąca na południu, niecałe 20 km od przejścia granicznego i 30 km od Floriny, najbliższego greckiego miasta, gdzie właśnie musimy się dostać, nie ma żadnego. Nie ma pociągów, autobusów, ani dyliżansów. Jedyny sposób, aby wydostać się z FYROM-u, to wziąć taksówkę lub prywatnego przewoźnika. My wybieramy to drugie, bo jakoś wolimy dać zarobić zwykłemu obywatelowi z samochodem i inicjatywą, niż taksiarskiej korpo. No i jedziemy z Aleksandrem, kierowcą poleconym nam w hostelu.

Aleksandr jest młodym, sympatycznym człowiekiem. Jeździ całkiem niestarym audi, a nie yugo, więc nie martwimy się o nasze życie i zdrowie. Ma ubezpieczenie, wizę, zieloną kartę i nawet pracował w Niemczech z czterema Polakami na budowie. Jak się okaże jedynym przewinieniem Aleksandra jest właśnie fakt, że nie należy do jednej z dużych taksówkowych korporacji z układami.

Zewnętrzna granica Unii Europejskiej wita nas absolutnie bezproblemową podwójną odprawą paszportową oraz marsową twarzą rozwrzeszczanego greckiego celnika. Pan z plakietką „Hellenic Customs” zatrzymuje po cztery samochody na raz, po czym lata od jednego do drugiego, wymachując rękami i wydzierając się na kierowców i pasażerów z pominięciem „Dzień dobry”. Nie sprawdza bagaży, nie pyta dokąd i po co, i czy coś przemycamy, tylko krzyczy i krzyczy bez końca. Nic z tego nie rozumiemy, bo audio jest po helleńsku, ale zauważamy, że wszystkie zatrzymane auta są na tablicach macedońskich albo greckich. Obserwujemy również ciekawe zjawisko behawioralne: wszyscy shaltowani Grecy momentalnie zaczynają zachowywać się jak pan celnik, czyli wrzeszczeć i wygrażać pięściami. Macedończycy za to, równie natychmiastowo kulą po sobie uszy i jąkają się przepraszajaco. Obie strategie wydają się równie nieskuteczne. Obywatele krajów zachodnich w międzyczasie po prostu przejeżdżają obok nie niepokojeni. Witamy w Europie bez podziałów.

My zza samochodowej szybki bezradnie patrzymy jak Aleksandr obrywa za niewinność. Próbujemy się uśmiechać i wysyłać do pana celnika  pozytywne fluidy. Chcemy tłumaczyć, że nasz kierowca to porządny człowiek jest, wszystkie papiery ma, nawet w Bundesrepublice bywał, że nas tylko jedzie odstawić na dworzec do Floriny i zaraz wraca do siebie, do FYROM-u. A my przecież konfratrzy ze Zjednoczonej Europy, jedziemy was Greków poratować w kryzysie, zostawić wam nasze euro-pieniążki. Wszystkim będzie miło i na rekę... tylko niech nas pan już puści i nie każe drałować z buta 10 km autostradą, bo na to się właśnie zanosi.

Czas mija, zegar tyka, a my zaczynamy snuć plan awaryjny na wypadek, gdyby Aleksandr został zawrócony do Macedonii, a my pozostawieni na pastwę losu u wrót Europy bez granic, kiedy nasz kierowca wsiada do wozu i odjeżdżamy bez słowa oraz bez problemu. Patrzymy po sobie, a potem na Aleksandra, który szybko odczytuje nasze zdumienie: „Grecja. Korruption.” – mówi swoim łamanym niemieckim. – „Dałem mu 5 euro”.

Przejeżdżamy granicę i nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości, takiej zwyczajnej, do jakiej przywykliśmy. Jakby samo minięcie granicznego słupka wyrwało nas z zamglonego wspomnienia PRL-u i przerzucilo w czasie o 30 lat do przodu. Autostrady, pojazdy z naszej epoki, szklany dworzec z budżetu UE, ludzie rozumieją co mówimy po angielsku, segregują śmieci i nie piją wódki na śniadanie. Wszystko jest zapisane alfabetem równie dla nas nieczytelnym, co pismo klinowe i nawet rozszyfrowywane z trudem słowa z niczym nam się nie kojarzą, a jednak to jest świat jaki znamy.

28.09.2012

TO CO TO JEST TEN FYROM?


Otóż FYROM to państwo, w którym przyszło nam spędzić większość ostatnich wakacji, choć kiedy zaczynaliśmy planować urlop, byliśmy przekonani, że wybieramy się do Macedonii. W toku studiów przygotowawczych dowiedzieliśmy się jednak, iż rezolucją ONZ z 1993 roku jesteśmy zobowiązani bałkański kraj ze stolicą w Skopje nazywać FYROM-em. FYROM to skrót od Former Yugoslav Republic of Macedonia, czyli Była Jugosławiańska Republika Macedonii i jest on oficjalną – choć nie przez wszystkie państwa uznaną – nazwą tylko tymczasowo, dopóki nomenklaturalna kwestia sporna nie zostanie rozwiązana.


Kwestia ta jest sporna dla Grecji, która z powodu nazwy właśnie zawetowała przystąpienie Macedonii do NATO oraz skutecznie blokuje jej akces do Unii Europejskiej. Grecy uważają bowiem, że użycie nazwy „Macedonia” jest uzasadnione tylko w odniesieniu do historycznej krainy, leżącej głównie na terytoriach dzisiejszej Republiki Macedonii, częściowo Bułgarii i północnej Grecji. Jako że współcześni Macedończycy (FYROMczycy?), bądąc Słowianami, z tymi starożytnymi – co jeździli na osłach i walczyli falangą – nie mają nic wspólnego, to według Greków na miano Macedończyków nie zasługują. Nie to, co ci „prawowici Macedończycy”, którzy mieli niewypowiedziane szczęście w VI-VII wieku naszej ery być zepchniętymi przez słowiańskie osadnictwo dalej na południe i cudownym zrządzeniem losu znaleźli się w Helladzie. Grecy uznali, że tu jest teraz jedyna Macedonia i faktycznie grecki region między Górami Pindus a Morzem Egejskim konsekwentnie nosi tę nazwę. Region ten ma również na wyłączność prawo posługiwania się flagą, na której widnieje Słońce z Werginy – symbol macedońskich królów i najwidoczniej copyrights są dla Greków na tyle ważne, że dzielnie wywalczyli zakaz jego używania przez Republikę Macedonii, nawet na czerwonym tle. Tak więc świeżo niepodlegli Macedończycy musieli sobie wymyślić flagę z jakimś stylizowanym słońcem fantasy. Bo czego się nie robi dla pokoju...

Historyczna Macedonia na tle dzisiejszego podziału politycznego.
Źródło: http://en.wikipedia.org

Jak na ironię, dzisiaj zaciekle bijący się o wszystko co macedońskie Hellenowie, w starożytności nie chcieli uznać Macedonii za swoją. Macedończyków uważali za nieobytych pastuchów, toczyli z nimi wojny i – jako dzikusów – nie dopuszczali do udziału w igrzyskach. Później nagle pokochali Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego) – twórcę imperium, który fuksem nie urodził się w Bitoli, na terenie FYROM-u, a tuż za granicą, czyli w Grecji, chociaż nie mógł o tym wiedzieć, bo tam wtedy nie było granicy.

Zresztą, pielęgnując już tę piękną helleńską tradycję cofania się do czasów zaprzeszłych, należałoby się również zastanowić, ile tak naprawdę dzisiejsi Grecy – dość mocno przecież jako naród sturczeni – mają wspólnego ze starożytnymi Hellenami, z których dziedzictwa są tak bardzo dumni. I czy nazywanie współczesnego bałkańskiego państwa Byłą Jugosławiańską Republiką nie jest przypadkiem tak samo uzasadnione, jak nazywanie Grecji Byłym Protektoratem Osmańskim? A co z tymi zasłużonymi dla filozofii i nauk przyrodniczych „Grekami” z jońskich kolonii w Azji Mniejszej? Nie urodzili się przecież w granicach Grecji, ale to jeszcze nie powód, by nazywać ich Turkami.

Jak widać, Słońce z Werginy nieoficjalnie ma się tu całkiem dobrze. Nie to co wilk.

Jako ludzie szanujący i całym sercem kochający historię, jednocześnie jednak żyjący w XXI wieku i uznający znakomitą większość obowiązujących podziałów politycznych w Europie oraz wolący optymistycznie spoglądać w przyszłość, niż roztrząsać przeszłość, postanowiliśmy pisać w tym blogu o Macedonii i Macedończykach, nie o Byłychjugosławianach. Tak samo jak Heraklita z Efezu i Talesa z Miletu będziemy uparcie nazywać greckimi filozofami, nie świętymi tureckimi czy Mniejszymi Azjatami.

P.S. W naszej helleńskiej części podróży nie wypuszczamy się poza Góry Pindus i nie przeprawiamy przez Morze Egejskie, więc w sumie moglibyśmy napisać, że nawet na chwilę nie opuściliśmy jedynie słusznej, historycznej Macedonii. Postanowiliśmy jednak uznać, że Saloniki i Olimp leżą dzisiaj w Grecji.