Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkocja. Pokaż wszystkie posty

15.06.2013

ISLE OF SKYE - CUILLINS


Droga na Skye nie jest krótka, ale bynajmniej nam się nie dłuży. Jest wyjątkowo słoneczny dzień, więc postanawiamy wykorzystać go najlepiej jak możemy, nie spędzając całego w aucie i zbaczając nieco z trasy, żeby posilić się nad brzegami Loch Ness.


Posiłek spożywamy przyczajeni na nadwodnych kamieniach, nie spuszczając oczu z tafli jeziora, nie dostrzegamy jednak żadnych nienaturalnych ruchów, jeśli nie liczyć kilku stateczków z turystami również niespuszczającymi oczu z tafli jeziora. 

Przystanek drugi fundujemy sobie przy ikonicznym, obfotografowanym już chyba przez wszystkich i z każdego kąta, zamku Eilean Donan.


Trzynastowieczna twierdza, położona malowniczo na maleńkiej wysepce na Loch Duich i połączona ze stałym lądem jedynie wąską groblą, jest obiektem kolektywnych westchnień i zachwytu tysięcy autokarowych wycieczek „w poszukiwaniu romantycznej / celtyckiej / mistycznej / starożytnej / tajemniczej (niepotrzebne skreślić, pożądane dodać) Szkocji” rocznie. Nic dziwnego, nasze pokolenie pamięta wszak z polskiego tłumaczenia pierwszej części „Nieśmiertelnego”, że w pobliżu Elean Donan nawet najtwardszym wojom robi się „mokro pod kitlem”. 

Szkoda tylko, że ten historyczny zamek bitnych góralskich klanów, późniejszy szaniec jakobickiej rewolty od 300 lat nie istnieje. W 1719 roku został doszczętnie zburzony przez trzy rządowe okręty gromiące powstanie, w rezultacie czego najbardziej fotogeniczny, najromantyczniejszy zamek Szkocji jest faktycznie dwudziestowieczną, niekoniecznie wierną rekonstrukcją.


Od Eilean Donan już tylko żabi skok przez most i jesteśmy na Skye. Późnym popołudniem pogoda nadal pozostaje absolutnie nie szkocka, dlatego decydujemy nadrobić tego dnia pewną zaległość. Zamiast udać się prosto w Cuillins, jedziemy na północ, na Półwysep Trotternish, czyli tam gdzie już byliśmy. Jedziemy zobaczyć Quiraing. 

Słowo „zobaczyć” ma tu kluczowe znaczenie, ponieważ sam szlak przeszliśmy już w poprzednim razem. Niestety nisko zalegające, gęste jak śmietana chmury uniemożliwiły nam wtedy zobaczenie czegokolwiek z tego niezwykłego krajobrazu. Przez cały czas widzieliśmy mniej więcej tyle Quiraing, ile Wy na zdjęciu z ostatniego wpisu. 

Tym razem jest zupełnie inaczej. Olśniewające pięknie.



Podobnie pięknie jest gdy wreszcie docieramy w Cuillins. Góry nie rozpieszczają nas może pogodą – zdarza nam się obficie zmoknąć i straszliwie zmarznąć – ale nie można powiedzieć, żeby jakoś szczególnie się nad nami znęcały. W porównaniu z poprzednią wizytą na Skye, aura wydaje nam się niemal sielankowa i pozwala zrealizować większość naszych planów szwędaczych, tych z góry ustalowych oraz tych ad hoc. 


Z rzeczy zaplanowanych, wspinamy się na Sgurr na Banachdich, ponoć najłatwiejszego Munrosa (czyli szczyt powyżej 3000 stóp) w Cuillins. Sgurr – jak wszystkie szkockie góry – może nie powalać wysokością, może natomiast powalać warunkami atmosferyczno-geomorfologicznymi, z któregoż to względu trudność prowadzącego na niego szlaku wynosi na Walkhighlands 4 w 5-cio stopniowej skali. 

Nam się udaje trafić w dość dobre okienko pogodowe, zwłaszcza tuż przed samym szczytem, dzięki czemu Sgurr na Banachdich zostaje naszym ósmym wspólnie zdobytym Munrosem i nagradza nas (co się nie zdarza często w Szkocji) monumentalnym widokiem ze swego wierzchołka.


Mimo całej radości i satysfakcji, pamiętając jeszcze przebieg drogi w górę, postanawiamy na razie zrezygnować z robienia szlaków 5/5, a tylko takimi da się dojść na innej Munrosy w Cuillins. Chodzimy więc szlakami okołoszczytowymi oraz pomiędzyszczytowymi i nie możemy się napatrzyć na te wszytkie urocze szczyty.


Z rzeczy nie zaplanowanych na Rubh an Dunain odkrywamy bardzo spektakularną zrujnowaną osadę, gdzie automatycznie uruchamia nam się nasz tradycyjny tryb przypuszczający, w którym snujemy liczne mniej lub bardziej prawdopodobne scenariusze z życia i opuszczenia wioski.


Ostatniego dnia natomiast odkrywamy jedno z najmagiczniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy - wąwóz jak z bajki o wróżkach, czarodziejach i gadających zwierzętach. Jego brzegi obsypane są małymi kwiatkami we wszystkich kolorach tęczy, porośniete miękkim dywanem mchu i leszczyną. Dnem płynie krystalicznie przejrzysta rzeka, dlatego można iść tylko przeskakując po kamieniach. Wąwóz kończy się olbrzymim, huczącym wodospadem, który spływa na skalny taras, gdzie rozlewa się w jaskrawo turkusową plamę i to właśnie stąd bierze swój początek rzeka.



Siedzimy tam w przedwieczornym złotym świetle, gapiąc się w hipnotyzujący błękit wody i czekając aż do nas przemówi Bambi albo jakiś mały ptaszek, ale ptaszki tylko zawzięcie śpiewają, a my nic z tego nie rozumiemy. 

Zgodnie zaliczamy to miejsce do naszych najulubieńszych na świecie. I całą Isle of Skye awansem też.

29.05.2013

ISLE OF SKYE - PÓŁWYSEP TROTTERNISH


Wygląda na to, że będzie to dla nas rok powrotów na szkockie wyspy. Tym razem wracamy na Isle of Skye. Poprzedni raz nie był aż tak bardzo dawno, bo w 2011 roku. Wtedy przedreptaliśmy większość północnej części wyspy – Półwysep Trotternish.

*   *   *

Tak więc jest wrzesień 2011, gdy lądujemy w Portree. Szybko zauważamy, że w miasteczku panuje dziwne poruszenie, polegające głównie na tym, że wszyscy krzątają się po swoich ogródkach, poletkach, werandach, podjazdach i balkonach zbierając i chowając wszystko, od dziecięcych zabawek po meble ogrodowe i mniejsze maszyny rolnicze. Zaznaczmy, że oczywiście pada, jak zawsze kiedy wybieramy się pod namiot. Pada bardzo, bardzo mocno. Wystarczająco mocno, żeby nasz plan biwakowy wziął w łeb.

Tę noc spędzimy więc w ciepłym i suchym pokoiku u przemiłych starszych państwa, którzy zapytani o powszechną bieganinę odpowiadają zaskoczeni:

- No jak to? Przecież dzisiaj w nocy w wyspę uderzy huragan Katia.

Aha, to trzeba było jednak sprawdzić tę prognozę pogody...

W nocy faktycznie strasznie wieje, ale chyba obywa się bez większych szków, bo jak się później okaże, huragan prześlizgnął się dołem, lekko tylko zahaczając Skye i z całym impetem uderzył w Glasgow, gdzie narobił więcej bałaganu. Niestety, mimo zmienionego kursu, Katia przyniosła ze sobą jeszcze więcej ulewnego deszczu.


Nasza wędrówka po Półwyspie Trotternish odbywa się, co za tym idzie, tradycyjnie w warunkach z grubsza niesprzyjających, do których zdążyliśmy już poniekąd przywyknąć. Zresztą, gdyby w Szkocji czekać na odpowiednią pogodę, większość życia trzeba by spędzić czekając. My nie lubimy czekać.

Quiraing

Następną noc prześpimy za to w wyjątkowym miejscu – w Lookout Bothy.

Jesteśmy na Rubha Hunish, na najdalej wysuniętym na północ cyplu Wyspy Skye. Tu, na skraju omywanego morskimi bałwanami klifu, stoi malutki domeczek, który zanim został bothy, służył za poterunek obserwacyjny straży przybrzeżnej. Stąd jego nazwa. Kwatera, a zwłaszcza widok z okna, generuje przeromantyczną atmosferę. Bo czy ktoś z Was kiedyś spał w równie spektakularnym miejscu?



Na Rubha Hunish późnym popołudniem jest również jeden z dwóch magicznych momentów naszego pobytu na wyspie, gdy przestaje padać. Ten krótki bezopadowy czas postanawiamy zużyć na zacieśnianie więzi z lokalną florą i fauną.



Druga z tych czarodziejskich chwil, dziwnym zbiegiem okoliczności, ma miejsce w najbardziej niesamowitej lokalizacji na Skye. Niebo nagle przejaśnia się, kiedy akurat docieramy do niezwykłych skalnych formacji, zwanych Old Man of Storr. Te charakterystyczne kamienne iglice możecie kojarzyć z licznych, mniej lub bardziej udanych, holywoodzkich produkcji fantasy i science-fiction, w których niezmiennie grają role najprzeróżniejszych mistycznych miejscówek oraz starożytnych lądowisk UFO.


Żeby jednak nie popaść w nadmierny mistycyzm dodajmy, że poprawa pogody jest nader niestabilna i krótkotrwała oraz, że nie obejmuje urywającej głowę wichury. Pozwala nam jednak zrobić kilka całkiem udanych zdjęć bez kropel na obiektywie, a nawet jedno z tęczą (bez jednorożca).

Old Man of Storr


*   *   *

Teraz wybieramy się w południowo-zachodnią, znacznie bardziej górzystą część Wyspy Skye, gdzie rozciąga się poszarpane pasmo Cuillins. Mamy nadzieję, że aura będzie dla nas łaskawsza niż poprzednio i że uda nam się zdobyć choćby kilka, choćby niewielkich szczytów.

Damy znać jak poszło.

20.05.2013

ARRAN 2013


Tym razem pogoda na Arran nas nie zaskakuje. Jest przepięknie słoneczna, wręcz magiczna w ciepłym, wieczornym świetle.

Jest taka od chwili, gdy zjeżdżamy z promu do momentu, w którym... prawie mamy już rozbity namiot. Czyli przez jakąś godzinę. Potem zaczyna padać, a nawet lać, wiać i zacinać. I tak przez calutki weekend. Do tego robi się zimno, tak zimno, że chodzimy ubrani niemal identycznie jak w styczniu na Islandii. 

Przez noc łąka, na której jesteśmy rozbici zamienia się w grzęzawisko z rozległymi oczkami wodnymi, gdzie z furkotem i rozplaskiem lądują kaczki krzyżówki, żeby podpływać pod nasz namiot i ciekawie zaglądać nam do środka.


Mimo, że warunki atmosferyczne wykluczają wyprawy wysokogórskie, staramy się wycisnąć z tego weekendu ile się da. Chodzimy więc, moknąc i marznąc, najpierw w Glen Rosa, później w Gleann Diomhan, jeszcze później na najdalszej arrańkiej północy pod klifami Newton i w malowniczym dawnym przyczółku wikingów, zwanym Kingscross Point.

Glen Rosa

Żmija - bestia z lasu

Gleann Diomhan

Idziemy też pomoknąć i pomarznąć na Wrzosowisku Machrie, żeby sprawdzić, czy megality  stoją tak, jak je tam zostawiliśmy pięć lat temu po obiedzie.


Na koniec próbujemy jeszcze objechać wyspę, ale jedyna droga wiodąca dookoła okazuje się być zamknięta (chyba z powodu zalania), więc jesteśmy zmuszeni udać się objazdem, czyli drugą jedyną drogą – przez środek – do Brodick i stamtąd forsować południe Arran z przeciwnego kierunku. Tracimy przez to trochę czasu, ale i tak udaje nam się dojechać na późny lunch do Kildonan, to jest na sam dół. Projekt „Północ-Południe” uważamy tym samym za wykonany.

Stanowisko przyrządzania posiłku z widokiem na Pladda

Aha, do Zamku Brodick znowu nam nie po drodze.

9.05.2013

ARRAN 2008


Jutro wracamy na Wyspę Arran. Wracamy, jak się okazało, a w co trudno nam uwierzyć, po pięciu latach od poprzedniej wizyty. Jakkolwiek niedawno by się nam to nie wydawało, tytuł folderu ze zdjęciami na twardym dysku laptopa bezlitośnie i z pełną stanowczością głosi: „Arran 2008”. Tak więc pół dekady minęło odkąd pierwszy raz wsiedliśmy na prom w Ardrossan, by godzinę później postawić stopę na przystani w Brodick. A skoro już mamy te zdjęcia otwarte na pulpicie, to zanim napiszemy coś o Arran teraz, najpierw pokażemy Wam Arran wtedy oraz jacy piękni i młodzi byliśmy pięć lat temu.

Wtedy też był maj, a pogoda szkockiego Zachodniego Wybrzeża zaskoczyła nas niespotykanym tu upałem i słońcem, które spaliło naszą nieprzygotowaną, odwykłą od promieniowania UV skórę na kolor dojrzałego buraka. Długo potem bolało.


Na Arran spędziliśmy tylko weekend, a ponieważ nie posiadaliśmy samochodu oraz dlatego, że komunikacja autobusowa odbywa się jedną trasą dookoła i jedną w poprzek wyspy, to udało się nam zwiedzić ją dość szczątkowo. Mimo to zaliczyliśmy chyba największe arrańskie ikony poza perełką naszej organizacji-chlebodawczyni, NTS – Zamkiem Brodick, który wbrew całej naszej lojalności i zaangażowaniu nie wzbudził w nas tyle zainteresowania co inne, bardziej naturalne skarby wyspy.


Zamiast podziwiać zamkowe komnaty, zmierzamy więc zobaczyć królewskie jaskinie. Nazwę King’s Caves zawdzięczają legendzie o tym, że w czasie walk o niepodległość ukrywał się w nich przed Anglikami król Szkocji Robert Bruce, świetnie znany szerokiej publiczności filmu „Braveheart”. Gdy tak siedział w jaskiniach zniechęcony kolejnymi klęskami, zobaczył nad swą głową pająka wijącego sieć. Nić rwała się i obsuwała na poszarpanej, wilgotnej ścianie groty, ale pająk wciąż zaczynał budować ją od nowa, aż w końcu zdołał uwić pajęczynę i mocnych, trwałych splotach. To tak zainspirowało króla Roberta do dalszej walki, że krótko potem poprowadził Szkotów do zwycięskiej bitwy pod Bannockburn.


Idziemy też na Wrzosowisko Machrie, by zjeść plenerowy obiad w otoczeniu tajemniczych, pradawnych menhirów. Kamienne kręgi stoją tu od około 1800 r p.n.e., ale samo miejsce nosi znaki bytności i rytualnej działalności człowieka już o wiele wcześniej, w okresie neolitu. Szamiąc nasze kanapki, zastanawiamy się jakby to było, nie ruszając się z tego wrzosowiska, cofnąć się w czasie o 4000 lat, a potem w przyspieszonym tempie zobaczyć wszystko, czego niemymi świadkami były Machrie Stones. Z tej fantastyczno-historycznej zadumy wyrywa nas myśl, że musimy złapać ostatni w niezbyt często kursujących autobusów do Brodick.


Przez resztę czasu generalnie włóczymy się to tu, to tam, podziwiając przepiękne widoki i bujną przyrodę oraz starając się przemaszerować jak największą, dostępną bez innego niż własne nogi środka lokomocji, powierzchnię Isle of Arran.

Goatfell na lewo, Zamek Brodick na prawo, środkiem kroczy B.

Na sam koniec zostawiamy sobie Goatfell – najwyższą górę wyspy. Podejście sprawia wrażenie trudnego i stromego, prawdopodobnie głównie ze względu na żar, jaki leje się nam z nieba na głowy, ale jak zawsze uczucie, którego doświadcza się będąc na szczycie, wynagradza wszystko, co mogło się wydawać ciężkie po drodze.

21.08.2012

JAK POJECHALIŚMY MAŁPOWAĆ


Nadeszła wreszcie długo wyczekiwana od lutego, wiekopomna chwila realizacji agutkowego prezentu urodzinowego i pojechaliśmy do Aberfoyle, do Go Ape! 

Go Ape to taki małpi gaj. Ten konkretny położony jest niesamowicie malowniczo wśród wzgórz i dolin Leśnego Parku Królowej Elżbiety na wschodnim brzegu Loch Lomond. Jest tak pięknie, że nie możemy odmówić sobie chociaż krótkiej traski po lesie, zanim rzucimy się w wir przygody.

Sama przygoda w skrócie wygląda mniej więcej tak: Przychodzimy do drewnianej budki. Podpisujemy oświadczenie, że rozumiemy doskonale, iż czynności, które zamierzamy podjąć niosą za sobą wysokie ryzyko i jak się zabijemy, to nikogo nie będziemy pozywać. Idziemy na szybkie szkolenie z obsługi uprzęży wspinaczkowej. Resztę dnia spędzamy łażąc po drzewach, zjeżdżając na linach, dokonując ekwilibrystycznych wyczynów na coraz to bardziej wymyślnych pomostach sznurowych lub ich namiastkach oraz rzucając się z nadrzewnych platform na rozpięte między gałęziami sieci. Radochy mamy po pachy.

A tak to działa w praktyce:










I jeszcze powód, dla którego wybraliśmy akurat Aberfoyle – najdłuższy zjazd na linie w Wielkiej Brytanii. Prawie pół kilometra odległości, 46 metrów nad ziemią, ponad wierzchołkami lasu i 28-metrowym wodospadem, w mistrzowskim stylu pokonuje się tak:

27.06.2012

RELAKS, CZYLI IDZIEMY DALEJ - DZIEŃ 8. I 9.


Pierwszy od ponad tygodnia dzień bez żadnego opadu. Jak na złość, a może właśnie w nagrodę, kiedy jest już po wszystkim. Wychodzimy na werandę naszego bungalowa, na mroźne poranne powietrze i uśmiechamy się do dawno niewidzianego słońca.

Mamy tu w Aviemore pewną niezałatwioną sprawę. Sprawa nazywa się Meall a’Bhuachaille i jest naszą prywatną nawiedzoną górą.


Meall a’Bhuachaille nie jest ani szczególnie wysoki, ani szczególnie trudny. Nie trzeba wspinać się na niego po łańcuchach, używać butli tlenowych i ludzie na ogół nie giną przy próbach jego zdobycia. Meall a’Bhuachaille jest w istocie bardzo przeciętną górą. Mimo to, cztery lata temu dwa razy, dwa dni pod rząd nie wpuścił nas na swój szczyt.

Był luty. Próbowaliśmy podchodzić z dwóch różnych stron. Pierwszego dnia zdmuchnęła nas wichura. Drugiego rozpętała się śnieżyca, która o dziwo nadeszła znienacka w całkiem pogodny dzień, gdy tylko zaczęliśmy się wspinać. Było tak:


Obiecaliśmy wtedy, że kiedyś tu wrócimy i następnym razem nie damy się pokonać górze.

Dzisiaj właśnie jest ten dzień. W bojowych nastrojach bierzemy autobus w kierunku ośrodka narciarskiego, wysiadamy po drodze i wbijamy się na szlak. Idzie nam się cudownie lekko, bo wreszcie nie taszczymy na plecach całego ekwipunku. Widoki są olśniewające, jak zawsze i wszędzie w Cairngorm Mountains. Powietrze kryształowo przejrzyste z zimna, cała przyroda bardzo, bardzo spokojna. Tym razem nie nawiedza nas żaden kataklizm i zanim się obejrzymy, jesteśmy na szczycie.


Jest bezgłośnie i biało-niebiesko. Meall a’Bhuachaille milczy więc uznajemy, że jesteśmy kwita. Sprawa załatwiona. Schodzimy drugą stroną, żeby się upewnić, że tam też nie szaleją żywioły.

Nie szaleją. Cicho wszędzie, głucho wszędzie. I bardzo pięknie.

Później chodzimy już bez konkretnego celu, dokądkolwiek zaprowadzą nas szlaki. W rezultacie spóźniamy się na ostatni autobus do Aviemore, bo tradycyjnie nie sprawdziliśmy rozkładu. Nasz dzień kończy się więc – jak zwykle, kiedy zakładamy powrót autobusem – 9-kilometrowym marszem po asfalcie. Trochę nam się nie chce i trochę bolą nas nogi, ale w gruncie rzeczy już do tego przywykliśmy.


Nazajutrz znów wyruszamy eksplorować pobliski Rezerwat Craigellachie. Dochodzimy najwyżej jak się da i spoglądamy na miasteczko z pozycji władców świata. A potem musimy wracać, bo o 16:00 mamy pociąg do domu.

Jest 29 kwietnia i tym razem to już naprawdę koniec.

22.06.2012

EAST HIGHLAND WAY - DZIEŃ 7.


Ostatni dzień naszej drogi.

Uchylamy powieki, przecieramy oczy, przeczyszczamy uszy i zgodnie stwierdzamy, że nie, nie pada. Ubieramy się i pakujemy jak na skrzydłach, jakby wstąpił w nas jakiś nowy duch, co odnowił oblicze tej ziemi na bardziej suche. Otwieramy drzwi – zimno. Wychodzimy za róg – śnieg, góry całe białe. Nawet fajnie. Idziemy.


Najpierw przez centrum sportów wodnych, potem przez park pamięci rzeźbiarza, o którym nic nie wiemy. Mimo to, a może właśnie dlatego, postanawiamy poświęcić nasz cenny czas i obejrzeć jego dzieła. Rzeźbiarz nazywał się Frank Bruce a rzeźby wyglądają następująco:


Kiedy tak obcujemy ze sztuką w plenerze oraz podziwiamy konia przez płot, zaczyna kropić. Chwilę później pada mocniej, a dwie chwile później pada już śnieg, który będzie nam regularnie urozmaicał dzisiejszy marsz. Pod koniec dnia aż do przesady.

Póki co nie jest jeszcze źle. Idziemy dziarsko do natępnego zabytku brytyjskiego budownictwa dróg i mostów, czyli do Feshiebridge. Tam nad wzburzonym nurtem rzeki, przeciwne brzegi dość dramatycznego wąwozu spina historyczny, kamienny mostek i trzeba przyznać, że faktycznie prezentuje się ładnie.


Gorzej prezentuje się nasza dalsza droga przez las, która nagle przestaje zgadzać się z wytycznymi z przewodnika. Ilość mijanych przez nas przecinek w lewo i w prawo zupełnie nie pokrywa się z sugerowaną w książce a miejsca, do których docieramy, w ogóle nie wyglądają tak jak powinny. W końcu, trochę zrezygnowani i zmęczeni kręceniem się się w kółko, przysiadamy na kamieniu i patrzymy jak z wolna zasypuje nas śnieg. Lekka apatia szybko ustępuje jednak miejsca nadziei, gdy przypominamy sobie, że przecież mamy ze sobą mapę Parku Narodowego Cairngorms i przy odrobinie szczęścia powinniśmy znajdować się gdzieś na jego obrzeżach. Zgarniamy z siebie śnieg i rozwijamy papierową płachtę. Moment bezdechu a później radości, bo oto jesteśmy tuż przy krawędzi mapy. Pełni optymizmu, właściwą już drogą ruszamy na podbój Cairngorm Mountains i Rezerwatu Inshriach.


Jest to bardzo szczególne miejsce. Wgórza porasta tu prawdziwa pradawna kaledońska puszcza, niemal niezmieniona od ostatniej epoki lodowcowej. Mieszkają w niej rzadkie i chronione stworzenia, takie jak kuna leśna, głuszec czy krzyżodziób szkocki (który – jak sama nazwa wskazuje – nie występuje nigdzie indziej na świecie). Patrząc na tutejszą roślinność, można by równie dobrze spodziewać się wyłaniającego się z niej mamuta lub włochatego nosorożca. Prawdopodobnie jednak ich tu nie ma, bo żadnego nie spotykamy. Tak samo zresztą jak głuszca i krzyżodzioba. 


Napotykamy za to kolejne fantastyczne bothy, które pozwala nam obeschnąć trochę i zjeść ciepły lunch w komfortowych warunkach.


Później wkraczamy w znajome już rejony Loch an Eilein (Jeziora z Wyspą) z jego widmowym, zupełnie odciętym od brzegu, zrujnowanym zamkiem. Mimo swego smutnego obecnie stanu, zamek na jeziorze ma do opowiedzenia kilka ciekawych historii. Najpierw był siedzibą okrutnego, terroryzującego okolicę lorda-rozbójnika zwanego Wilkiem z Badenoch (tego samego, którego twierdza stała również na mokradłach Insh, gdzie po latach zbudowano Ruthven Barracks). Następnie stał się własnością szlacheckiej rodziny Grantów, która w tymże zamku, na tejże wyspie, w 1690 roku była oblężona przez jakobickich powstańców. Choć pozbawieni większości lojalnych sobie wojowników, z pomocą służby i miejscowych, Grantowie pod wodzą Lady Grizel Mhor zdołali utrzymać zamek aż do przybycia odsieczy. W XVIII wieku poziom wody w Loch an Eilein podniósł się i zatopił łączącą wyspę z brzegiem groblę. Od tamtego czasu w ruinach zamieszkała para rybołowów. Ptaki wracały tu co roku, by uwić gniazdo na jednej ze zburzonych wież. Niestety rosnący ruch turystyczny sprawiał, że rybołowom coraz częściej przeszkadzano. W 1899 odleciały i nigdy więcej nie wróciły do zamku na jeziorze.


Tyle historia. Wracamy do naszej drogi.

Za Loch an Eilein jest już „z górki”. Coraz więcej rozpoznawalnych miejsc – ławka na brzegu, kładka przez rzekę, słup z celtyckimi rzeźbieniami – coraz bliżej Aviemore. „Pod górkę” robi nam natomiast śnieg, który sypie, jak na złość, coraz mocniej. Kiedy wchodzimy w końcu do miasta, pada tak bardzo, że prawie nic nie widać. Nie mamy nawet ochoty wyciągnąć aparatu, żeby zrobić sobie zdjęcie z nieoficjalnym, kończącym naszą trasę znakiem przed stacją kolejową. Sfotografujemy się z nim następnego dnia rano przy cudownej pogodzie, w pełnym słońcu.


W tej chwili jednak pogoda jest podła, a jedyne na co mamy teraz ochotę, to zrzucić z siebie ociekające topniejącym śniegiem ciuchy i plecaki. Uderzamy w stronę pierwszego z brzegu schroniska, które niestety noclegu zaoferować nam nie może z powodu braku miejsc. No tak, piątek – uświadamiamy sobie – a to jest przecież Aviemore, stolica szkockiej turystyki weekendowej i lansiarstwa. Z końcem każdego tygodnia miasteczko przeżywa lukratywny najazd zadbanych, ładnie ubranych podróżników ze starannie wystylizowanym trzydniowym zarostem i subtelnym makijażem w kolorach naturalnych. Podróżnicy płci obojga noszą zazwyczaj odzież techniczną wartą bardzo dużo pieniążków, która wygląda jakby nigdy nie miała okazji się sprawdzić oraz buty z najlepszą dostępną na rynku podeszwą, które przeszły kilometry... główną ulicą Aviemore (trochę takie nasze Krupówki).

Nic to, udajemy się do następnego przybytku. Zanim tam dotrzemy, drogę przebiega nam wiewiórka. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie fakt, że jest to wiewiórka ruda. Ponownie nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że jesteśmy w Wielkiej Brytanii. Tutaj ruda wiewiórka, prawie zupełnie wyparta przez szarą, jest gatunkiem ściśle chronionym i uchodzi za istotę niemal zjawiskową. Każda sztuka jest na wagę złota a jej dostrzeżenie powinno być niezwłocznie zgłoszone odpowiednim organom (co też czynimy zaraz po powrocie).

Wiewiór ostrzega: Nie zadzieraj z przyrodą, biwakuj ekologicznie.

Cudowne objawienie wiewiórki najwidoczniej nie czyni z nas jednak wybrańców losu, bo w kolejnym przybytku, do którego trafiamy również nie ma wolnych pokoi. Jest za to domek letniskowy. Domek nam się trochę nie uśmiecha ze wzglęgów ekonomicznych, ale pani na recepcji zachwala, namawia i daje znaczną zniżkę (że niby za dwie noce taka promocja) i to nas ostatecznie przekonuje. To i zawieja śnieżna za oknem.

W domku, panie, luksusy: ciepła bieżąca woda, ogrzewanie, prawdziwe naczynia, sprzęty AGD. Czyli jesteśmy. Doszliśmy. Welcome to normal life. Trochę nam wesoło, a trochę smutno. East Highland Way – siedem dni, 125 kilometrów, hektolitry deszczu i tony radości – jak z bicza strzelił.


W nostalgiczno-refleksyjnych nastrojach świętujemy nasz wyczyn kolacją w stylu francuskiego śniadania.

I to już prawie koniec.