Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty

19.12.2012

GRANICA


Czas pożegnać się z Macedonią, zmierzamy w kierunku granicy z Grecją, a potem do Salonik.

Zmierzamy osobowym samochodem z wynajętym kierowcą. Nie dlatego, że cenimy sobie wygodę w podróży, czy że zostało nam za dużo niewymienialnych nigdzie indziej denarów, ale dlatego, że nie istnieje żaden środek transportu publicznego, jakim dałoby się przekroczyć tę granicę. Macedonia z Grecją skomunikowana jest tylko jednym jedynym połączeniem kolejowym – ze Skopje. Drugie największe miasto kraju, Bitola, leżąca na południu, niecałe 20 km od przejścia granicznego i 30 km od Floriny, najbliższego greckiego miasta, gdzie właśnie musimy się dostać, nie ma żadnego. Nie ma pociągów, autobusów, ani dyliżansów. Jedyny sposób, aby wydostać się z FYROM-u, to wziąć taksówkę lub prywatnego przewoźnika. My wybieramy to drugie, bo jakoś wolimy dać zarobić zwykłemu obywatelowi z samochodem i inicjatywą, niż taksiarskiej korpo. No i jedziemy z Aleksandrem, kierowcą poleconym nam w hostelu.

Aleksandr jest młodym, sympatycznym człowiekiem. Jeździ całkiem niestarym audi, a nie yugo, więc nie martwimy się o nasze życie i zdrowie. Ma ubezpieczenie, wizę, zieloną kartę i nawet pracował w Niemczech z czterema Polakami na budowie. Jak się okaże jedynym przewinieniem Aleksandra jest właśnie fakt, że nie należy do jednej z dużych taksówkowych korporacji z układami.

Zewnętrzna granica Unii Europejskiej wita nas absolutnie bezproblemową podwójną odprawą paszportową oraz marsową twarzą rozwrzeszczanego greckiego celnika. Pan z plakietką „Hellenic Customs” zatrzymuje po cztery samochody na raz, po czym lata od jednego do drugiego, wymachując rękami i wydzierając się na kierowców i pasażerów z pominięciem „Dzień dobry”. Nie sprawdza bagaży, nie pyta dokąd i po co, i czy coś przemycamy, tylko krzyczy i krzyczy bez końca. Nic z tego nie rozumiemy, bo audio jest po helleńsku, ale zauważamy, że wszystkie zatrzymane auta są na tablicach macedońskich albo greckich. Obserwujemy również ciekawe zjawisko behawioralne: wszyscy shaltowani Grecy momentalnie zaczynają zachowywać się jak pan celnik, czyli wrzeszczeć i wygrażać pięściami. Macedończycy za to, równie natychmiastowo kulą po sobie uszy i jąkają się przepraszajaco. Obie strategie wydają się równie nieskuteczne. Obywatele krajów zachodnich w międzyczasie po prostu przejeżdżają obok nie niepokojeni. Witamy w Europie bez podziałów.

My zza samochodowej szybki bezradnie patrzymy jak Aleksandr obrywa za niewinność. Próbujemy się uśmiechać i wysyłać do pana celnika  pozytywne fluidy. Chcemy tłumaczyć, że nasz kierowca to porządny człowiek jest, wszystkie papiery ma, nawet w Bundesrepublice bywał, że nas tylko jedzie odstawić na dworzec do Floriny i zaraz wraca do siebie, do FYROM-u. A my przecież konfratrzy ze Zjednoczonej Europy, jedziemy was Greków poratować w kryzysie, zostawić wam nasze euro-pieniążki. Wszystkim będzie miło i na rekę... tylko niech nas pan już puści i nie każe drałować z buta 10 km autostradą, bo na to się właśnie zanosi.

Czas mija, zegar tyka, a my zaczynamy snuć plan awaryjny na wypadek, gdyby Aleksandr został zawrócony do Macedonii, a my pozostawieni na pastwę losu u wrót Europy bez granic, kiedy nasz kierowca wsiada do wozu i odjeżdżamy bez słowa oraz bez problemu. Patrzymy po sobie, a potem na Aleksandra, który szybko odczytuje nasze zdumienie: „Grecja. Korruption.” – mówi swoim łamanym niemieckim. – „Dałem mu 5 euro”.

Przejeżdżamy granicę i nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości, takiej zwyczajnej, do jakiej przywykliśmy. Jakby samo minięcie granicznego słupka wyrwało nas z zamglonego wspomnienia PRL-u i przerzucilo w czasie o 30 lat do przodu. Autostrady, pojazdy z naszej epoki, szklany dworzec z budżetu UE, ludzie rozumieją co mówimy po angielsku, segregują śmieci i nie piją wódki na śniadanie. Wszystko jest zapisane alfabetem równie dla nas nieczytelnym, co pismo klinowe i nawet rozszyfrowywane z trudem słowa z niczym nam się nie kojarzą, a jednak to jest świat jaki znamy.

8.12.2012

CO NAS WKURZA W MACEDONII


Uwaga, wpis malkontencki! Nie poleca się czytać miłośnikom lukrowanych reportaży podróżniczych, wyidealizowanych wakacyjnych relacji oraz kolorowych katalogów biur podróży. Poleca się przeczytać osobom, które chcą się dowiedzieć jak naprawdę wygląda codzienna Macedonia okiem przyjezdnego, ewentualnie przygotować się do odwiedzenia tego kraju.

Oto subiektywny wykaz rzeczy, które nie spodobały nam się w Macedonii. Kolejność przypadkowa:

- Jedzenie: Do tego stopnia, że poświęciliśmy mu cały odrębny post, do przeczytania tutaj: MACEDONIA OD KUCHNI

- Palenie: Podobnie jak wiele innych „zachodnich mód”, do Macedonii nie dotarła jeszcze moda na niepalenie. Nie chodzi tylko o to, że we wszystkich kawiarniach, barach i restauracjach pierwszą rzeczą jaka pojawia się na stole jest zawsze i niezmiennie popielniczka, a o miejscach dla niepalących nie ma nawet co marzyć, ale o fakt, że pali tu prawie każdy i dosłownie wszędzie. Macedonia jest bez wątpienia krajem o największym (w naszym przypuszczeniu bliskim 100%) odsetku palaczy każdej płci i w każdym wieku, jaki kiedykolwiek odwiedziliśmy. W użyciu są na ogół papierosy, które zapachem przywodzą na myśl te, robiące u nas karierę w głębokim PRL-u, a ponieważ klimat bałkański jest pod każdym względem gorętszy niż klimat PRL-u i sprzyja obfitemu poceniu, należy powiedzieć szczerze i bez ogródek, że wielu ludzi po prostu cuchnie fajami.


- Toalety: Z pominięciem przybytków aspirujących do euro-standardu dominuje styl kucany, do którego po pewnej ilości podróży odbytych w różnych kierunkach łatwo się przyzwyczaić (bo większość świata preferuje ten właśnie styl). W Macedonii wnerwiają nas nie same kibelki, a ich drzwi, które nigdy, przenigdy się nie zamykają. Nie mówimy tu o braku zamka czy klucza. Chodzi o to, że drzwi do toalet zawsze w pewnym stopniu zostają uchylone i nie da się tej szpary w żaden sposób zanihilować. Po prostu taka konstrukcja.

- Roaming: Wysłanie sms-a zjada pół karty. Internet komórkowy jest dla naprawdę zamożnych.

- Smog: Szczególnie uporczywie odczuwalny w Skopje. Początkowo nie możemy zidentyfikować problemu, gdyż po pierwsze stolica Macedonii ze swoimi 500 tysiącami mieszkańców wydaje się za mała, by wyprodukować poważne ilości smogu, po drugie, paradoksalnie, problem nie przejawia się wcale w sferze respiracyjnej, lecz czysto wizualnej. Od pierwszej chwili mamy wrażenie, że powietrze jest podejrzanie nieprzejrzyste jak na tutejszą słoneczną pogodę, bezchmurne niebo i zerową wilgotność. Warunki niby idealne, a wszystko wydaje się jakieś matowe. Później obserwujemy, że słońce zawsze zachodzi tu, a księżyc wschodzi, dziwnie na różowo. Ostatecznie zaczyna zastanawiać nas fakt, iż od czterech dni chodzimy po mieście w piekącym skwarze, nie stosując żadnych kremów z filtrem, a mimo to żadne z nas ani trochę się nie opala. Wyjaśnienie tych tajemniczych zjawisk uderza nas jak obuchem, kiedy wracamy do Skopje z Kuklicy. Przez okna telebiącego się pustą szosą ogórko-busu widzimy w oddali stolicę. Dociera do nas, że miasto leży jakby w niecce otoczenej ze wszystkich stron górami, a nad tą niecką, wyraźnie odcinając się od jasnego nieba, ciężko zwisa kopulasta, różowa łuna smogu. Dalsze obserwacje doprowadzają nas do wniosku, że powodem tak olbrzymiej skali zanieszyszczenia powietrza w tak niewielkim kraiku, nie jest ilość, a jakość i stan jeżdżących po nim wehikułów – kolejny z serii miliona drobiazgów, o jakie Macedonia będzie musiała zadbać przed ewentualnym wstapieniem do Unii.


- Problemy komunikacyjne: Wiadomo, zdarzają się zawsze i wszędzie, ale przy odrobinie chęci i minimum dobrej woli po obu stronach kanału komunikacyjnego, bywają na ogół bardzo łatwo rozwiązywalne. W przypadku Macedonii należałoby raczej mówić o odgórnym braku inicjatyw, które uczyniłyby z FYROM-u kraj lingwistycznie przyjazny turystom. Dość uciążliwa jest nieznajomość języków u ludzi, których praca z założenia polega na dogadywaniu się z obcokrajowcami, na przykład w informacji turystycznej lub na dworcu. Znacznie bardziej zaskakujący jest jednak brak jakichkolwiek tłumaczeń w muzeach, na tablicach informacyjnych przy zabytkach i atrakcjach turystycznych. Gdy już pojawiają się gdzieś jakieś szczątkowe tłumaczenia na angielski, są tak koślawe, że można się popłakać, jeśli nie z rozgoryczenia, to ze śmiechu. I ewidentnie jest to spowodowane zwykłym niedbalstwem, olewajstwem i pójściem na łatwiznę, bo przecież nie brakuje w Macedonii osób, które potrafiłyby sformułować poprawnie kilka zdań w obcym języku. Dodatkowym utrudnieniem, przynajmniej dla nas, jest zapis macedońskiego cyrylicą, szczególnie wnerwiający na głodniaka, przy ciągnących się godzinami próbach wyboru dania z menu. Nasza umiejętność rozszyfrowywania cyrylicy ogranicza się do odbytego przez Bartka w klasie czwartej szkoły podstawowej kursu czytania tekstów bez zrozumienia, który mimo wszystko okazuje się nad wyraz pomocny. Po trzech dniach ustawicznego, treningowego czytania wszystkiego, od nazw ulic po etykiety na piwie, idzie nam już całkiem nieźle, jak bardzo zdolnym dzieciom ze szkoły specjalnej. Wolno i w skupieniu jesteśmy w stanie odcyfrować większość treści w spisie potraw, żeby przetłumaczyć je sobie ze słowniczkiem na końcu przewodnika. Chwilami jednak zwyczajnie nas to męczy i trochę nam się nie chce poświęcać 10 minut na każdy składnik kanapki, a uznajemy, że nasze „niechcenie się” jest w tym wypadku bardziej uzasadnione niż „niechcenie się” sprzedawców i restauratorów.


- Animozje międzykulturowe na tle wyznaniowym: Niestety wciąż bardzo silnie odczuwalne na całych Bałkanach. Przemycane jakby od niechcenia w postaci złośliwych żarcików, niepotrzebnych uwag, lekceważącego tonu w najbardziej nawet niewinnych wypowiedziach. Niby nic, a jednak powtarzane wciąż od nowa, każdego dnia, przy każdej okazji mogą szybko stać się nie do zniesienia dla kogoś, kto chce tu tylko spędzić urlop, a nie opowiadać się po którejś ze stron.

28.11.2012

TA OSTATNIA NIEDZIELA W BITOLI


Po czterech dniach chilloutowania się w eko-Brajčinie postanawiamy ruszyć dalej do Bitoli. Będzie to dla nas najlepsza miejscówka wypadowa w kierunku Grecji, gdyż to właśnie z tego miasta prowadzi główna droga wylotowa na jedyne otwarte w regionie przejście graniczne. 

Bitola leży dokładnie po przeciwnej stronie masywu Pelisteru. Żeby tam dojechać, musimy ponownie znaleźć się w Resen a dopiero stamtąd wziąć autobus do Bitoli. I to by było ok tylko, że najpierw trzeba wydostać się z Brajčina, co okazuje się wcale nie takie łatwe. 

Lokalny bus, który według miejscowych (rozkładu jazdy w Brajčinie bowiem brak) miał odjeżdżać z nieoficjalnego przystanku na placyku w centrum wioski (oficjalnego przystanku również brak) o 9:30 zjawił się z bagatelnym opóźnieniem o godzinie 12:30. W rezultacie dwie babuszki z wiklinowymi koszami, które początkowo czekały na transport razem z nami już około 11:00 zrezygnowały i bez cienia zdziwienia czy irytacji po prostu rozpłynęły się między chałupami. My spędziliśmy zaś doskonale bezowocne trzy godziny rozłożeni ze wszystkimi naszymi bambetlami pod drewnianym daszkiem (coś jak nasze miejsca piknikowe przy postojach w lasach), który przez większość dnia służył lokalsom do picia piwa i prowadzenia rozmów o sensie egzystencji. W końcu jednak bus się zjawił i bez żadnych przeszkód dowiózł nas na przesiadkę w Resen. O 13:30 wprawdzie, zamiast o 11:00, ale jednak dowiózł.

*    *    *

W Bitoli jesteśmy jakoś po 15:00. Jest piękne, słoneczne popołudnie, niedziela. Z dworca idziemy w kierunku centrum długim deptakiem, nazywanym z turecka Širok Sokak. Pierwsze nasuwa nam się na myśl, że to miasto to urbanistyczny Dr Jekyll i Mr Hyde. Z jednej strony w wyrafinowanym stylu XVIII- i XIX-wiecznych kamienic widać jego dawną elegancję i patrząc na nie łatwo uwierzyć, że Bitola była kiedyś bałkańską stolicą szyku a większość europejskich elit rządzących uważała, że w dobrym tonie jest mieć tutaj choćby konsulat. Z drugiej strony na każdym niemal kroku straszą swoją toporną obecnością zapuszczone blaszano-betonowe relikty socrealizmu – brzydcy, niepożądani świadkowie mniej wytwornego okresu historii. 

Zaraz potem przychodzi nam do głowy następna myśl, która brzmi mniej więcej: „Gdzie są wszyscy ludzie?” 

Przechodzimy przez opustoszały park w pobliżu autobusowego dworca i mijamy nieco upiorny, żelazny plac zabaw z siermiężnymi drabinkami, na którym nie bawią się żadne dzieci. Širokim Sokakiem nikt nie spaceruje, pozamykane są wszystkie sklepy i kawiarnie, ławki na skwerkach świecą pustkami. Myślimy sobie, że pewnie wszyscy kłebią się gdzieś bliżej centrum, ale gdy dochodzimy do końca deptaku i stajemy na głównym placu miasta okazuje się, że jednak nie.


Plac jest zupełnie wymarły. Na środku stoi tylko fontanna o silnym wydźwięku kształtującym świadomość narodową, otoczona niezliczoną ilością Słońc z Wreginy oraz posąg wiekiego bohatera i dobroczyńcy Bitoli Filipa II (ojca Aleksandra). Chłoniemy więc przez chwilę atmosferę tego „tętniącego życiem” miejsca, po czym idziemy zwiedzić „wyjątkowej urody” zabytek budownictwa ottomańskiego – Kryty Bazar.


Potem przechadzamy się jeszcze „gwarnymi” uliczkami starej tureckiej dzielnicy i nasze myśli zbaczają na coraz dziwniejsze tory. Trochę zaczynamy się czuć jak bohaterzy jakiegoś postapokaliptycznego filmy typu „Jestem Legendą”, gdzie świat, jakim go znamy, jeszcze się ostał, ale gatunek ludzki już jednak nie.



Fenomen tego tajemniczego popołudniowo-niedzielnego wyludnienia drugiej największej metropolii Macedonii do dziś pozostaje dla nas nierozwiązaną zagadką. Ludzie, jakby nigdy nic, materializują się na ulicach tak około 19:00 a ich życie wydaje się nie być w żaden sposób naznaczone apokalipsą ani jakąkolwiek inną klęską.

Nazajutrz, idziemy poznać inną, znacznie bardziej fascynującą, choć częściowo już odkrytą tajemnicę Bitoli. Tajemnica nazywa się Heraclea Lyncestis i jest pozostałością rzymskiego miasta. Obszar, na którym leżą ruiny jest olbrzymi i choć prace archeologiczne prowadzi się dopiero na 12%, znaleziska już są imponujące – od całych budowli jak amfiteatr czy biskupi kompleks pałacowy, po takie detale jak miejska fontanna i gliniane przewody kanalizacyjne, których fragmenty walają się deptane i zupełnie niedoceniane przez zwiedzających, koncentrujących się głównie na fotografowaniu zapierających dech w piersiach podłogowych mozaik.



My też je fotografujemy, bo nie da się ukryć, że są naprawdę piękne i w doskonałym stanie. Zdecydowanie więcej czasu spędzamy jednak zajęci składaniem starożytnego wodociągu z rozrzuconych po ziemi glinianych rurek. Pracujące na miejscu panie archeolożki nie kwitują naszych wysiłków nawet pobieżnym spojrzeniem. Najwidoczniej musimy nie zagrażać jakoś specjalnie dziedzictwu kulturowemu Heraclei. Zresztą pod plandeką obok mają już conajmniej tysiąc takich rurek.

18.11.2012

W CIENIU SNAJPERSKIEJ WIEŻYCZKI


Prespa to drugie po Ochrydzie wielkie jezioro Macedonii. Połączone z tym pierwszym naturalną siecią podziemnych kanałów, zasilane z tych samych źródeł i położone jednocześnie na terytorium trzech różnych krajów jest równie, a może nawet bardziej interesujące, bo znajduje się na nim jedyna w Macedonii wyspa. Brzegi i wody Prespy tętnią życiem, ale w przeciwieństwie do Ochrydu, jest to wspólne życie ryb, rybaków i kormoranów, raczej niż turystów. Dla tych ostatnich brak tu trochę infrastrukturalnego zaplecza, chociaż są za to fantastycznie ciche i nieprzeludnione plaże.

Jedna z nich znajduje się ponoć całkiem niedaleko naszego Brajčina, we wsi o wdzięcznie brzmiącej nazwie Dolno Dupeni. W zależności od relacji, 6 do 10 km spacerkiem. Nie możemy się nie wybrać. Rezerwujemy sobie cały jeden dzień na nicnierobienie na plaży.

Po śniadaniu gospodarz Boris podrzuca nas swoim yugo do Ljubojna – wsi, w której jest otwarty sklep i można kupić bochenek chleba i twaróg. Na odchodne pokazuje palcem piaszczystą drogę i mówi: „Asfalt, asfalt, Dolno Dupeni, beach”. W lot pojmujemy, że mamy podążać tą drogą, aż dojdziemy do asfaltówki, przy której leży Dolno Dupeni, gdzie jest plaża. Proste. Jeszcze się na migi pytamy, jak to daleko, a Boris nam na migi mówi, że to skrót jest. Godzinka i jesteśmy.


Po godzinie nasza szutrowa ścieżka nie tylko nie przeistacza się w asfaltową, ale zaczyna zanikać wśród coraz gęstszych i coraz bardziej zdziczałych jabłoni (Kiedyś było tu jugosławiańskie zagłębie jabłkowe, jednak po rozpadzie bałkańskie rynki zbytu się pozamykały, bezrobotni sadownicy wyemigrowali do Kanady i wiele sadów pozarastało). Kluczymy tak więc między mniej lub bardziej zapuszczonymi jabłonkami, tracąc powoli orientację, w którą stronę miał właściwie być ten asfalt. Samochodowy GPS okazuje się narzędziem zupełnie bezużytecznym, gdyż europejskie mapy nie obejmują według niego egzotycznej krainy FYROM.

W końcu na horyzoncie zaczynają nam majaczyć pojedyncze, skośne dachy i niewielki minaret. Obieramy azymut i rzeczywiście docieramy do jakiejś wioski. Musi być Dolno Dupeni – myślimy. Jest nawet ścieżka w kierunku jeziora. Idziemy nią strasznie długo. Nasz GPS, który nagle zaczął wyświetlać okolicę, jako peryferia Grecji, pokazuje, że od dobrych 15 minut kroczymy już po wodzie. A tu żadnej wody nie ma, tylko się suszy tytoń. Coraz więcej tytoniu.


Mija trzecia godzina od rozstania z Borisem, gdy wreszcie docieramy... w szuwary. Mamy sławną Prespę na wyciągnięcie ręki, ale dostać się do niej nie sposób. Trzymetrowe trzciny skutecznie uniemożliwiają nam choćby rzut oka na błękitny akwen, a pokruszone betonowe bloki, do których ktoś przycunował kłódkami dwie małe łódki, jakoś nie zachęcają do moczenia stóp w jeziorze. Próbujemy jeszcze chodzić w tę i z powrotem wzdłuż brzegu w nadziei, że jednak uda nam się znaleźć jakieś dojście do wody, ale nie, nie ma najmniejszej szansy. Wszędzie tylko trzciny i od czasu do czasu gigantyczna dziewanna.


Zmęczeni i rozczarowani, postanawiamy wrócić przez wieś do szosy, a potem iść nią tak długo, aż zobaczymy jakąś strzałkę na plażę. Dochodzimy do asfaltówki, patrzymy na tablicę przy skrzyżowaniu i czytamy, że miejscowość, z której przyszliśmy nazywa się Naholec i według schematycznej, czarno-białej mapki w przewodniku jest o wiele dalej na północ niż Dolno Dupeni. Zaczynamy więc marsz na południe.

Najpierw mijamy drogowskazy na Brajčino i Ljubojno (skąd przyszliśmy), a 3,5 km później na Dolno Dupeni. Świetnie! Tylko, że to w przeciwnym kierunku niż jezioro. W stronę jeziora odbija znowu jakaś piaszczysta przecinka. Dajemy jej szansę, niestety doprowadza nas przez kolejny jabłkowy sad w następne tataraki. Definitywnie tu również nie ma plaży. Ponownie lądujemy więc na asfalcie.

Szosa jest rozgrzana słońcem jak patelnia i zupełnie wymarła pod względem ruchu samochodowego, czy jakiegokolwiek innego. W zasadzie jedynymi znajdującymi się na niej obiektami w ruchu jesteśmy my i z rzadka przemykające w poprzek jaszczurki. Szosa ma jeszcze jedną istotną cechę: nieubłaganie wiedzie nas do Grecji.


Mówimy sobie, że choćby nie wiem co, idziemy do najbliższej plaży. Jeśli będzie trzeba, pokażemy paszporty i rozsiądziemy się na pierwszej plaży po greckiej stronie. Niestety przewodnik zaraz sprowadza nas twardo na ziemię akapitem o zamkniętym, od lat niefunkcjonującym przejściu granicznym. Przekraczanie zielonej granicy się nam nie uśmiecha, zwłaszcza, że to zewnętrzna granica Unii. Z drugiej strony jesteśmy już trochę zdesperowani, wykończeni upałem i od stóp do głów pokryci kurzem. Dolno Dupeni jest ponad dwa kilometry za nami a plaży ani widu, ani słychu.

Nagle za zakrętem, spomiędzy drzew wyłania się przed nami wieżyczka strzelnicza. To koniec! – myślimy. Koniec Macedonii, koniec marzeń o kąpieli w orzeźwiających wodach Prespy. Pod górkę podchodzimy już tylko siłą woli, z nadzieją, że może jednak ktoś tam koczuje pod tą wieżyczką, pilnuje jakiegoś szlabanu i się nad nami zlituje, i nas nie zastrzeli, tylko pozwoli przejść.

No więc, wchodzimy naszą asfaltówką na tę górkę i stajemy jak wryci, gdyż oto na prawo od snajperskiej wieżyczki, ukazuje się naszym oczom plaża. Ma wszystko jak należy – sypki, biały piasek, parasole z trzciny, parawany do przebierania, a nawet mały barek piwny, gdzie sprzedają dwa rodzaje piwa: mały Beck’s i duży Staropramen. Na dodatek oprócz nas jest tu tylko para starszych grubasów, pani barmanka, trzech pograniczników i łaciaty pies. Żyć, nie umierać!


Trudno wyrazić słowami skalę naszego wzruszenia, gdy po czterech i pół godzinach pątniczego marszu szosą w piekielnym ukropie rozkładamy wreszcie na brzegu nasze ręczniczki, by sacząc zimne piwko, poić wzrok kojącym błękitem wielkiego jeziora, a zza naszych pleców wychyla się z gracją smukła sylwetka wieżyczki strzelniczej.

9.11.2012

BRAJČINO



Jeszcze nad Ochrydem dowiadujemy się o wiosce Brajčino i postanawiamy, że to będzie nasz następny przystanek. Położone między Jeziorem Prespa z jednej, a Górami Baba z drugiej strony, Brajčino jest pierwszą w Macedonii inicjatywą ekoturystyczną. „Eko” nas bardzo kusi, zwłaszcza po początkowo traumatycznych eko-doznaniach znad brzegów Ochrydu. Kusi nas też trekking w Parku Narodowym Pelister, więc nie zastanawiamy się dwa razy i jedziemy.

Najpierw autobusem do Resen, potem minibusem, który zanim dowiezie nas na miejsce (stłoczonych jak śledzie z tuzinem innych szczęśliwych podróżnych, którym udało się dostać do środka, w przeciwieństwie do dwóch tuzinów, którym się nie udało i zostały na dworcu), objeżdża wszystkie okoliczne wiochy i domostwa. W końcu jednak docieramy i przekonujemy się, że w Brajčinie początek września jest już po sezonie. Znacznie po.


Jedyny sklepik we wsi pozostaje ciągle i niezmiennie nieczynny, albo otwiera się w super-któtkich i ekstra-rzadkich, tylko najbardziej wtajemniczonym lokalsom znanych nano-okresach czasu. Jedyna restauracja jest już zamknięta na zimę, a zresztą w tym roku i tak nie gotowali, bo mąż gospodyni był chory i umarł. Wszystkie agroturystyczne gospodarstwa pobarykadowane są na głucho i najwidoczniej nie mają ochoty otwierać się ponownie dla dwójki błąkających się bez celu turystów. Nie pozostaje nam nic innego, jak iść główną drogą i liczyć na to, że spotkamy jakąś żywą duszę.

Spotykamy aż dwie, panią i pana, na jednym podwórku. Pytamy o nocleg, a państwo nam mówią, że tak, to jest gospodarstwo agroturystyczne i możemy zostać, ale żebyśmy za bardzo nie przeszkadzali, bo są strasznie zajęci, gdyż do nich dzisiaj i w sobotę przyjeżdżają wycieczki autokarowe ze Słowenii. Na obiad wprawdzie tylko przyjeżdżają, ale przecież już jest po sezonie.


Zostajemy więc i się staramy nie zawadzać. Głównie włóczymy się po okolicy i napawamy spokojem. Najpierw chodzimy po starych kościołach i klasztorach poukrywanych wśród wzgórz dookoła wioski. Mimo, że ścieżki są teoretycznie pooznaczane, do większości nie docieramy, albo trafiamy do przybytku innego świętego, niż się akurat spodziewaliśmy, że do niego idziemy. Później na forach internetowych wyczytujemy, że to się przytrafiło nie tylko nam. W gruncie rzeczy przytrafia się niemal każdemu. Nie szkodzi. Łażenie po tych wszystkich wzgórzach i lasach jest wystarczająco przyjemne, by wynagrodzić nam niezobaczone kaplice.


Innego dnia chodzimy po Parku Narodowym Pelister. Wygląda trochę jak nasze Bieszczady, ale jest zdecydowanie wyżej. Nie mamy niestety tyle czasu, by przejść go gruntownie we wszystkie strony, udajemy się więc szlakiem z Brajčina do Golemo Ezero, czyli do Dużego Jeziora, położonego niebagatelnie 2235 m n.p.m. Nieopodal znajduje się także Malo Ezero (Jezioro Małe) i oba są bardzo szczególne, ponieważ to jedne z najdalej wysuniętych na południe jezior polodowcowych w Europie.


Jest gorąco, pyliście sucho i absolutnie spokojnie. Przez cały dzień na szlaku spotykamy tylko zastęp niemieckojęzycznych skautów z gitarą i dwóch dziadków przeganiających owce. Tym większe jest nasze zdziwienie, gdy w końcu dochodzimy nad Golemo Ezero i okazuje się, że schronisko u stóp Pelisteru pęka w szwach. Oprócz tego pulsuje głośną disco-muzyką i krzykami podchmielonych turystów w ciemnych okularach, którzy przybyli tu od strony Bitoli swoimi samochodami elegancko-terenowymi i teraz kąpią się w jeziorze. Cały błogi klimat parku narodowego szlag trafia. Na szczęście nie musimy tu spędzać nocy i w ogóle staramy się trzymać z daleka.


Zjadamy nasze kanapki, siedząc na kamieniach i gapiąc się w zieloną, polodowcową głębię, po czym ruszamy w drogę powrotną, podczas której nie mijamy nikogo. Wracamy straszliwie długo, gdyż mamy tylko trzy sprawne nogi na dwie osoby i jedno nadszarpnięte ścięgno, ale i tak jest miło.

Nocą idziemy jeszcze na naszych trzech nogach na górkę ponad wioską, gdzie znajduje się przerobiony na noclegownię Monastir Sv Petka (zauważyliśmy, że w Macedonii blisko 99,9% kościołów i klasztorów jest pod wezwaniem Svetej Petki). Idziemy z zamiarem fotografowania gwiazd, ale za szybko się ruszają, więc kończymy jedynie z zaimprowizownym zdjęciem symbolicznie przedstawiającym dualistyczny charakter wszechświata.


P.S. W stronę przeciwną od Brajčina niż Góry Baba leży drugie wielkie Jezioro Macedonii – Prespa. Tam też oczywiście poszliśmy, ale to już zupełnie inna historia, wymagająca osobnego wątku.

4.11.2012

OCHRYD I WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ



Jezioro Ochrydzkie – obok Bajkału, Titicaca i Tanganiki jedno z najstarszych jezior na Ziemi, najdłużej istniejące w Europie, najgłębsze na całych Bałkanach i prawdopodobnie najbardziej zróżnicowane biologicznie na świecie. Nazywane jest „Macedońskim Morzem” i z przykrością potwierdzamy, że ze względu na przemożną ilość turystów w pełni na to miano zasługuje.

Miasto Ochryd, z powodu legendy o jego 365 kościołach, rozsławione niegdyś jako bałkańska Jerozolima, mimo swoich wszystkich zabytków, pozostałości rzymskiego amfiteatru, twierdzy cara Samuela i niezliczonej ilości historycznych cerkwii i klasztorów, klimatem bardziej przypomina Międzyzdroje albo sopocki Monciak, niż dostojną stolicę minionego imperium.


Nasza pierwsza nieśmiała próba uwolnienia się od zgiełku i przeludnienia spala na panewce. Wystarczy bowiem wyjść tylko kawałek poza odpicowane wybrzeże w elegancką promenadą i rzędami pizzerii, aby przekonać się, że „prawdziwe” brzegi tego wyjątkowego jeziora nie mają nic wspólnego z sielanką. Poodgradzane od siebie drutem kolczastym skrawki plaży należących do popadających w ruinę socjalistycznych ośrodków wczasowych, zasypane są śmieciami wszelkiego rodzaju, od pojedynczych plastikowych woreczków i potłuczonych butelek, po całe torby odpadów domowych i budowlanych. Ze smutkiem i zdziwieniem wspominamy bogato ilustrowane internetowe artykuły, w których zachwyceni podróżnicy wychwalali nieskalane, rajskie plaże i krystaliczne wody Ochrydu. Autorzy tych lukrowanych reportaży musieli najwyraźniej nie pokusić się o opuszczenie odnowionego na potrzeby zagranicznych turystów centrum starego miasta, tudzież regularnie sprzątanych, imprezowych plaż przy lansiarskich klubach Kadmo i Cuba Libre.


Trochę zawiedzeni, podejmujemy jednak jeszcze jedną próbę ucieczki od „Ochrydu, który nas nie urzekł” i płyniemy do jego źródeł. Niewielki stateczek dowozi nas do odległego o jakieś 20 km klasztoru świętego Nauma, który pomysłowo obudowano ze wszystkich stron olbrzymim hotelem. Zanim dotrze się do malutkich, mrocznych pomieszczeń dawnego monastyru, w których rzekomo da się usłyszeć wciąż bijące serce świętego, można się niemal zgubić wśród hotelowych gmachów. Dodatkowo należy wystrzegać się pawii, które według tutejszych tablic ostrzegawczych są zwierzętami wyjątkowo agresywnymi i mogą dotkliwie poranić, w szczególności dzieci. Mimo wszystko udaje nam się nie zaginąć i nie zostać napadniętymi przez bestie. Bicia serca mnicha Nauma co prawda nie słyszymy, ale sam monastyr na tyle nam się podoba, że całą wizytę uznajemy za bardzo udaną.


Później robi się już tylko fajniej, bo z ustawionego na nabrzeżu planu okolicy dowiadujemy się, że do samych źródeł Jeziora Ochrydzkiego można spokojnie dojść spacerkiem za darmo, zamiast wynajmować płatnego pana z łódką. Wypad ten od dawna wpisany mamy na listę obowiązkowych rzeczy do zrobienia, gdyż pod wzdględem źródeł Ochryd również jest unikatowy. Mianowicie, w całości dosłownie wybija spod ziemi. Nie ma żadnych dopływów, nie zasilają go żadne rzeki ani strumienie, bierze swój początek wyłącznie z kilku niepozornych, podskórnych źródełek i wyraźnie widać, w których miejscach wytryskują one z głębi ziemi.


Widzimy to na własne oczy i czyjemy się fantastycznie. Prawie jak odkrywcy źródeł Amazonki. Zwłaszcza, że w podobnym stopniu zjadają nas żywcem roje upierdliwych insektów oraz dlatego, że jedynymi obecnymi tu oprócz nas istotami ludzkimi jest dwóch pojawiających się znienacka tubylców, czerpiących wodę pitną.

W drodze powrotnej natykamy się na jakąś opuszczoną, malowniczo zaniedbaną osadę i zdziczałe sady, gdzie bez opamiętania opychamy się słodkimi, wygrzanymi w bałkańskim słońcu jeżynami i węgierkami.

Dzień jest leniwy i upalny. Jeden z najlepszych w całej naszej macedońskiej wyprawie.

23.10.2012

MACEDONIA OD KUCHNI


Do Macedonii jedziemy nastawieni na kulinarny wypas. Spodziewamy się rustykalnej kuchni bałkańskiej z dużymi ilościami przetworów warzywnych, o silnych wpływach tureckich i lekkich wpływach śródziemnomorskich, choć z oczywistych przyczyn, bez owoców morza. Nasze oczekiwania umacnia jeszcze lektura przewodnika, zachwalającego niezliczone odmiany macedońskiego ajwaru i wszechobecne targi, gdzie rolnicy każdego dnia sprzedają swoje ekologiczne jarzyny prosto z pola. Taki stan rzeczy wydaje się potwierdzać nasz gospodarz, który niemal wita nas oznajmieniem, że kraj jego oferuje niezapomniane wrażenia smakowe, a zwłaszcza jest rajem dla wegetarian. Aż nie możemy się doczekać poranka.


Nazajutrz pierwsze zaskoczenie. W Macedonii praktycznie nie je się śniadania. Śniadanie się pije. Składa się ono ze szklaneczki mastiki, czyli mocnej, ziołowo-anyżowej wódki oraz naparstka czarnej, gęstej kawy-siekiery po turecku. Wszystko zaraz po przebudzeniu, na pusty żołądek. Jest to od pokoleń kultywowana tradycja, na którą pan gospodarz usiłuje nas nawrócić co dzień o poranku, twierdząc, że to zabija bakterie i dzięki temu Macedończycy nie chorują. Połowa z nas nie daje się przekonać. Druga połowa dzielnie wdraża w czyn tę piękną świecką tradycję, ale po czterech dniach uznaje, że zbawienny wpływ takiej diety na zdrowie jest co najmniej wątpliwy.

Jeśli nie dostanie się wcześniej zapaści alkoholowej lub/i migotania przedsionków, tak około godziny 11:00 zjada się tu obwarzanka z sezamem i popija jogurtem. Ponieważ jednak nalegamy na zagryzienie czymś porannej wódki, gospodarz stwierdza, że koniecznie musimy spróbować burek. To nam nawet odpowiada, bo burek – rodzaj placka z ciasta francuskiego przekładanego różnymi farszami – poznaliśmy i polubiliśmy w Chorwacji. Dzielimy się z nim tą myślą, ale słyszymy, że burek chorwacki nijak się ma do macedońskiego, że to zupełnie inne danie i że tutejszy burek jest bez porównania pyszniejszy. Spieszymy więc do poleconej piekarni posmakować tego super-burka.

Po degustacji spostrzeżenia nasuwają się dwa: 1) Trudno powiedzieć, czy lepszy jest burek macedoński, czy chorwacki, bo są dokładnie takie same. 2) Szeroki wybór farszy chorwackiego burka w Macedonii sprowadza się do wyboru między twarogiem a twarogiem ze szpinakiem.

Wyprzedzając bieg zdarzeń, dodamy w tym miejscu, że w Macedonii generalnie wszystko jest z twarogiem. Potrawy „z serem” (sirenje) zawierają tylko i wyłącznie ser biały. Na określenie żółtego sera używa się tu innego słowa (kaškaval), tłumaczonego na angielski jako „yellow cheese”. Samo „cheese” zawsze, bez wyjątku oznacza twaróg i pojawia się w menu nader często. W połowie naszego pobytu w tym kraju zaczyna nas mdlić po twarogu. Pod koniec uroczyście ślubujemy wykreślić biały ser z jadłospisu na najbliższe kilka miesięcy.


Wracając jednak do głównego wątku, lekko rozczarowani porannym posiłkiem, mówimy sobie: „co kraj to obyczaj” i w nadziei na lepszy posiłek popołudniowy idziemy ponapawać oczy na rynek warzywny. Przeżywamy tam prawdziwy jarzynowy zawrót głowy. Wszystko olbrzymie, soczyste, pachnące, stragany aż się uginają. W dodatku jesteśmy na Bałkanach w czasie zbioru i suszenia papryki na ajwar. W każdym domu, na każdym balkonie, w miastach i wsiach, porozwieszane są bajecznie kolorowe girlandy papryk wszelkiego rodzaju. Ślinka cieknie od samego patrzenia.

Problem w tym, że na patrzeniu się kończy. Nigdzie nie da się bowiem skosztować tego dobrodziejstwa natury. Macedońskie restauracje nic z tych rzeczy nie serwują. Odnosimy wrażenie, że ogólnie obowiązującym w całym kraju typem restauracji jest pizzeria. Nieskończone rzędy poupychanych jedna przy drugiej pizzerii obklejają deptaki i bulwary większych i bardziej turystycznych miast, jak Ochryd czy Bitola. Wszystkich poza Skopje. Tutaj, jak na ironię, oferta gastronomiczna jest szczególnie uboga. W stolicy jedynymi rodzajami jadłodajni są luksusowa restauracja przyhotelowa lub kebap w tureckiej dzielnicy. W obu można zjeść głównie sztukę mięsa. Różnica jest w zasadzie tylko cenie, bo mięso prawie zawsze przyrządzone będzie w ten sam sposób: upieczone z solą.

Generalnie po wielu próbach zapoznania się z kuchnią macedońską, niestety stwierdzamy, że w kwestii kulinarnej panuje w tym kraju absolutny brak wyobraźni. Właściwie nie używa się żadnych ziół czy przypraw, które nadawałyby jedzeniu jakiś konkretny smak i aromat. Nawet te szalenie popularne pizze podawane są bez szczypty oregano. Jedyne znane tu sosy to ketchup i majonez. Dressingi do sałatek nie istnieją. Same sałatki też zresztą prawie nie.


Wegetarianizm jest w Macedonii zjawiskiem nie tyle rzadkim, co niespotykanym. Olbrzymia większość menu w ogóle nie przewiduje, że ktoś może nie jeść mięsa. Jedyną jarską potrawą, jaką oferuje nam się wszędzie jest tavče gravče – fasola Głupi Jaś pływająca w oliwie, zapiekana w glinianym naczynku. Doskonałe, wysokokaloryczne danie na syberyjską zimę. Tylko, że tu jest 30°C i oleiste tavče gravče, spożywane w piekącym słońcu, wchodzi raczej ciężko. Przesławnego ajwaru udaje nam się spróbować dopiero na głębokiej wsi, w gospodarstwie agroturystycznym. Później, żeby przypomnieć sobie jego smak, nabywamy słoik w supermarkecie. To jedyna opcja, bo żadna restauracja nie serwuje tego skarbu narodowego.

Ajwar z supermarketu jest naprawdę pyszny, ale prawdopodobnie nie o takie doświadczenie kulinarne chodzi większości turystów. Nam w każdym razie nie do końca o takie chodziło.