Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty

15.06.2013

ISLE OF SKYE - CUILLINS


Droga na Skye nie jest krótka, ale bynajmniej nam się nie dłuży. Jest wyjątkowo słoneczny dzień, więc postanawiamy wykorzystać go najlepiej jak możemy, nie spędzając całego w aucie i zbaczając nieco z trasy, żeby posilić się nad brzegami Loch Ness.


Posiłek spożywamy przyczajeni na nadwodnych kamieniach, nie spuszczając oczu z tafli jeziora, nie dostrzegamy jednak żadnych nienaturalnych ruchów, jeśli nie liczyć kilku stateczków z turystami również niespuszczającymi oczu z tafli jeziora. 

Przystanek drugi fundujemy sobie przy ikonicznym, obfotografowanym już chyba przez wszystkich i z każdego kąta, zamku Eilean Donan.


Trzynastowieczna twierdza, położona malowniczo na maleńkiej wysepce na Loch Duich i połączona ze stałym lądem jedynie wąską groblą, jest obiektem kolektywnych westchnień i zachwytu tysięcy autokarowych wycieczek „w poszukiwaniu romantycznej / celtyckiej / mistycznej / starożytnej / tajemniczej (niepotrzebne skreślić, pożądane dodać) Szkocji” rocznie. Nic dziwnego, nasze pokolenie pamięta wszak z polskiego tłumaczenia pierwszej części „Nieśmiertelnego”, że w pobliżu Elean Donan nawet najtwardszym wojom robi się „mokro pod kitlem”. 

Szkoda tylko, że ten historyczny zamek bitnych góralskich klanów, późniejszy szaniec jakobickiej rewolty od 300 lat nie istnieje. W 1719 roku został doszczętnie zburzony przez trzy rządowe okręty gromiące powstanie, w rezultacie czego najbardziej fotogeniczny, najromantyczniejszy zamek Szkocji jest faktycznie dwudziestowieczną, niekoniecznie wierną rekonstrukcją.


Od Eilean Donan już tylko żabi skok przez most i jesteśmy na Skye. Późnym popołudniem pogoda nadal pozostaje absolutnie nie szkocka, dlatego decydujemy nadrobić tego dnia pewną zaległość. Zamiast udać się prosto w Cuillins, jedziemy na północ, na Półwysep Trotternish, czyli tam gdzie już byliśmy. Jedziemy zobaczyć Quiraing. 

Słowo „zobaczyć” ma tu kluczowe znaczenie, ponieważ sam szlak przeszliśmy już w poprzednim razem. Niestety nisko zalegające, gęste jak śmietana chmury uniemożliwiły nam wtedy zobaczenie czegokolwiek z tego niezwykłego krajobrazu. Przez cały czas widzieliśmy mniej więcej tyle Quiraing, ile Wy na zdjęciu z ostatniego wpisu. 

Tym razem jest zupełnie inaczej. Olśniewające pięknie.



Podobnie pięknie jest gdy wreszcie docieramy w Cuillins. Góry nie rozpieszczają nas może pogodą – zdarza nam się obficie zmoknąć i straszliwie zmarznąć – ale nie można powiedzieć, żeby jakoś szczególnie się nad nami znęcały. W porównaniu z poprzednią wizytą na Skye, aura wydaje nam się niemal sielankowa i pozwala zrealizować większość naszych planów szwędaczych, tych z góry ustalowych oraz tych ad hoc. 


Z rzeczy zaplanowanych, wspinamy się na Sgurr na Banachdich, ponoć najłatwiejszego Munrosa (czyli szczyt powyżej 3000 stóp) w Cuillins. Sgurr – jak wszystkie szkockie góry – może nie powalać wysokością, może natomiast powalać warunkami atmosferyczno-geomorfologicznymi, z któregoż to względu trudność prowadzącego na niego szlaku wynosi na Walkhighlands 4 w 5-cio stopniowej skali. 

Nam się udaje trafić w dość dobre okienko pogodowe, zwłaszcza tuż przed samym szczytem, dzięki czemu Sgurr na Banachdich zostaje naszym ósmym wspólnie zdobytym Munrosem i nagradza nas (co się nie zdarza często w Szkocji) monumentalnym widokiem ze swego wierzchołka.


Mimo całej radości i satysfakcji, pamiętając jeszcze przebieg drogi w górę, postanawiamy na razie zrezygnować z robienia szlaków 5/5, a tylko takimi da się dojść na innej Munrosy w Cuillins. Chodzimy więc szlakami okołoszczytowymi oraz pomiędzyszczytowymi i nie możemy się napatrzyć na te wszytkie urocze szczyty.


Z rzeczy nie zaplanowanych na Rubh an Dunain odkrywamy bardzo spektakularną zrujnowaną osadę, gdzie automatycznie uruchamia nam się nasz tradycyjny tryb przypuszczający, w którym snujemy liczne mniej lub bardziej prawdopodobne scenariusze z życia i opuszczenia wioski.


Ostatniego dnia natomiast odkrywamy jedno z najmagiczniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy - wąwóz jak z bajki o wróżkach, czarodziejach i gadających zwierzętach. Jego brzegi obsypane są małymi kwiatkami we wszystkich kolorach tęczy, porośniete miękkim dywanem mchu i leszczyną. Dnem płynie krystalicznie przejrzysta rzeka, dlatego można iść tylko przeskakując po kamieniach. Wąwóz kończy się olbrzymim, huczącym wodospadem, który spływa na skalny taras, gdzie rozlewa się w jaskrawo turkusową plamę i to właśnie stąd bierze swój początek rzeka.



Siedzimy tam w przedwieczornym złotym świetle, gapiąc się w hipnotyzujący błękit wody i czekając aż do nas przemówi Bambi albo jakiś mały ptaszek, ale ptaszki tylko zawzięcie śpiewają, a my nic z tego nie rozumiemy. 

Zgodnie zaliczamy to miejsce do naszych najulubieńszych na świecie. I całą Isle of Skye awansem też.

29.05.2013

ISLE OF SKYE - PÓŁWYSEP TROTTERNISH


Wygląda na to, że będzie to dla nas rok powrotów na szkockie wyspy. Tym razem wracamy na Isle of Skye. Poprzedni raz nie był aż tak bardzo dawno, bo w 2011 roku. Wtedy przedreptaliśmy większość północnej części wyspy – Półwysep Trotternish.

*   *   *

Tak więc jest wrzesień 2011, gdy lądujemy w Portree. Szybko zauważamy, że w miasteczku panuje dziwne poruszenie, polegające głównie na tym, że wszyscy krzątają się po swoich ogródkach, poletkach, werandach, podjazdach i balkonach zbierając i chowając wszystko, od dziecięcych zabawek po meble ogrodowe i mniejsze maszyny rolnicze. Zaznaczmy, że oczywiście pada, jak zawsze kiedy wybieramy się pod namiot. Pada bardzo, bardzo mocno. Wystarczająco mocno, żeby nasz plan biwakowy wziął w łeb.

Tę noc spędzimy więc w ciepłym i suchym pokoiku u przemiłych starszych państwa, którzy zapytani o powszechną bieganinę odpowiadają zaskoczeni:

- No jak to? Przecież dzisiaj w nocy w wyspę uderzy huragan Katia.

Aha, to trzeba było jednak sprawdzić tę prognozę pogody...

W nocy faktycznie strasznie wieje, ale chyba obywa się bez większych szków, bo jak się później okaże, huragan prześlizgnął się dołem, lekko tylko zahaczając Skye i z całym impetem uderzył w Glasgow, gdzie narobił więcej bałaganu. Niestety, mimo zmienionego kursu, Katia przyniosła ze sobą jeszcze więcej ulewnego deszczu.


Nasza wędrówka po Półwyspie Trotternish odbywa się, co za tym idzie, tradycyjnie w warunkach z grubsza niesprzyjających, do których zdążyliśmy już poniekąd przywyknąć. Zresztą, gdyby w Szkocji czekać na odpowiednią pogodę, większość życia trzeba by spędzić czekając. My nie lubimy czekać.

Quiraing

Następną noc prześpimy za to w wyjątkowym miejscu – w Lookout Bothy.

Jesteśmy na Rubha Hunish, na najdalej wysuniętym na północ cyplu Wyspy Skye. Tu, na skraju omywanego morskimi bałwanami klifu, stoi malutki domeczek, który zanim został bothy, służył za poterunek obserwacyjny straży przybrzeżnej. Stąd jego nazwa. Kwatera, a zwłaszcza widok z okna, generuje przeromantyczną atmosferę. Bo czy ktoś z Was kiedyś spał w równie spektakularnym miejscu?



Na Rubha Hunish późnym popołudniem jest również jeden z dwóch magicznych momentów naszego pobytu na wyspie, gdy przestaje padać. Ten krótki bezopadowy czas postanawiamy zużyć na zacieśnianie więzi z lokalną florą i fauną.



Druga z tych czarodziejskich chwil, dziwnym zbiegiem okoliczności, ma miejsce w najbardziej niesamowitej lokalizacji na Skye. Niebo nagle przejaśnia się, kiedy akurat docieramy do niezwykłych skalnych formacji, zwanych Old Man of Storr. Te charakterystyczne kamienne iglice możecie kojarzyć z licznych, mniej lub bardziej udanych, holywoodzkich produkcji fantasy i science-fiction, w których niezmiennie grają role najprzeróżniejszych mistycznych miejscówek oraz starożytnych lądowisk UFO.


Żeby jednak nie popaść w nadmierny mistycyzm dodajmy, że poprawa pogody jest nader niestabilna i krótkotrwała oraz, że nie obejmuje urywającej głowę wichury. Pozwala nam jednak zrobić kilka całkiem udanych zdjęć bez kropel na obiektywie, a nawet jedno z tęczą (bez jednorożca).

Old Man of Storr


*   *   *

Teraz wybieramy się w południowo-zachodnią, znacznie bardziej górzystą część Wyspy Skye, gdzie rozciąga się poszarpane pasmo Cuillins. Mamy nadzieję, że aura będzie dla nas łaskawsza niż poprzednio i że uda nam się zdobyć choćby kilka, choćby niewielkich szczytów.

Damy znać jak poszło.

20.05.2013

ARRAN 2013


Tym razem pogoda na Arran nas nie zaskakuje. Jest przepięknie słoneczna, wręcz magiczna w ciepłym, wieczornym świetle.

Jest taka od chwili, gdy zjeżdżamy z promu do momentu, w którym... prawie mamy już rozbity namiot. Czyli przez jakąś godzinę. Potem zaczyna padać, a nawet lać, wiać i zacinać. I tak przez calutki weekend. Do tego robi się zimno, tak zimno, że chodzimy ubrani niemal identycznie jak w styczniu na Islandii. 

Przez noc łąka, na której jesteśmy rozbici zamienia się w grzęzawisko z rozległymi oczkami wodnymi, gdzie z furkotem i rozplaskiem lądują kaczki krzyżówki, żeby podpływać pod nasz namiot i ciekawie zaglądać nam do środka.


Mimo, że warunki atmosferyczne wykluczają wyprawy wysokogórskie, staramy się wycisnąć z tego weekendu ile się da. Chodzimy więc, moknąc i marznąc, najpierw w Glen Rosa, później w Gleann Diomhan, jeszcze później na najdalszej arrańkiej północy pod klifami Newton i w malowniczym dawnym przyczółku wikingów, zwanym Kingscross Point.

Glen Rosa

Żmija - bestia z lasu

Gleann Diomhan

Idziemy też pomoknąć i pomarznąć na Wrzosowisku Machrie, żeby sprawdzić, czy megality  stoją tak, jak je tam zostawiliśmy pięć lat temu po obiedzie.


Na koniec próbujemy jeszcze objechać wyspę, ale jedyna droga wiodąca dookoła okazuje się być zamknięta (chyba z powodu zalania), więc jesteśmy zmuszeni udać się objazdem, czyli drugą jedyną drogą – przez środek – do Brodick i stamtąd forsować południe Arran z przeciwnego kierunku. Tracimy przez to trochę czasu, ale i tak udaje nam się dojechać na późny lunch do Kildonan, to jest na sam dół. Projekt „Północ-Południe” uważamy tym samym za wykonany.

Stanowisko przyrządzania posiłku z widokiem na Pladda

Aha, do Zamku Brodick znowu nam nie po drodze.

9.05.2013

ARRAN 2008


Jutro wracamy na Wyspę Arran. Wracamy, jak się okazało, a w co trudno nam uwierzyć, po pięciu latach od poprzedniej wizyty. Jakkolwiek niedawno by się nam to nie wydawało, tytuł folderu ze zdjęciami na twardym dysku laptopa bezlitośnie i z pełną stanowczością głosi: „Arran 2008”. Tak więc pół dekady minęło odkąd pierwszy raz wsiedliśmy na prom w Ardrossan, by godzinę później postawić stopę na przystani w Brodick. A skoro już mamy te zdjęcia otwarte na pulpicie, to zanim napiszemy coś o Arran teraz, najpierw pokażemy Wam Arran wtedy oraz jacy piękni i młodzi byliśmy pięć lat temu.

Wtedy też był maj, a pogoda szkockiego Zachodniego Wybrzeża zaskoczyła nas niespotykanym tu upałem i słońcem, które spaliło naszą nieprzygotowaną, odwykłą od promieniowania UV skórę na kolor dojrzałego buraka. Długo potem bolało.


Na Arran spędziliśmy tylko weekend, a ponieważ nie posiadaliśmy samochodu oraz dlatego, że komunikacja autobusowa odbywa się jedną trasą dookoła i jedną w poprzek wyspy, to udało się nam zwiedzić ją dość szczątkowo. Mimo to zaliczyliśmy chyba największe arrańskie ikony poza perełką naszej organizacji-chlebodawczyni, NTS – Zamkiem Brodick, który wbrew całej naszej lojalności i zaangażowaniu nie wzbudził w nas tyle zainteresowania co inne, bardziej naturalne skarby wyspy.


Zamiast podziwiać zamkowe komnaty, zmierzamy więc zobaczyć królewskie jaskinie. Nazwę King’s Caves zawdzięczają legendzie o tym, że w czasie walk o niepodległość ukrywał się w nich przed Anglikami król Szkocji Robert Bruce, świetnie znany szerokiej publiczności filmu „Braveheart”. Gdy tak siedział w jaskiniach zniechęcony kolejnymi klęskami, zobaczył nad swą głową pająka wijącego sieć. Nić rwała się i obsuwała na poszarpanej, wilgotnej ścianie groty, ale pająk wciąż zaczynał budować ją od nowa, aż w końcu zdołał uwić pajęczynę i mocnych, trwałych splotach. To tak zainspirowało króla Roberta do dalszej walki, że krótko potem poprowadził Szkotów do zwycięskiej bitwy pod Bannockburn.


Idziemy też na Wrzosowisko Machrie, by zjeść plenerowy obiad w otoczeniu tajemniczych, pradawnych menhirów. Kamienne kręgi stoją tu od około 1800 r p.n.e., ale samo miejsce nosi znaki bytności i rytualnej działalności człowieka już o wiele wcześniej, w okresie neolitu. Szamiąc nasze kanapki, zastanawiamy się jakby to było, nie ruszając się z tego wrzosowiska, cofnąć się w czasie o 4000 lat, a potem w przyspieszonym tempie zobaczyć wszystko, czego niemymi świadkami były Machrie Stones. Z tej fantastyczno-historycznej zadumy wyrywa nas myśl, że musimy złapać ostatni w niezbyt często kursujących autobusów do Brodick.


Przez resztę czasu generalnie włóczymy się to tu, to tam, podziwiając przepiękne widoki i bujną przyrodę oraz starając się przemaszerować jak największą, dostępną bez innego niż własne nogi środka lokomocji, powierzchnię Isle of Arran.

Goatfell na lewo, Zamek Brodick na prawo, środkiem kroczy B.

Na sam koniec zostawiamy sobie Goatfell – najwyższą górę wyspy. Podejście sprawia wrażenie trudnego i stromego, prawdopodobnie głównie ze względu na żar, jaki leje się nam z nieba na głowy, ale jak zawsze uczucie, którego doświadcza się będąc na szczycie, wynagradza wszystko, co mogło się wydawać ciężkie po drodze.

27.12.2012

GÓRA BOGÓW


Zwieńczenie tegorocznych wakacji, ukoronowanie naszej amatorskiej kariery wspinaczkowej, nasz dotychczasowy rekord wysokości – 2918 m n.p.m., Olimp. Ale od początku...

Zaczynamy dnia poprzedniego od poziomu morza, na maleńskiej stacyjce kolejowej w Litochoro, skąd siwiuteńki pan dziadziuś-taksówkarz wiezie nas dramatycznie poskręcaną górską serpentyną do Prionii.

Prionia to nie jest miejscowość, Prionia to kawałek parkingu z drewnianą chatką-restauracją i szlabanem. To miejsce, gdzie kończy się droga, a zaczyna szlak. Dalej jedynym środkiem lokomocji, poza ludzkimi nogami, są już tylko karawany mułów, donoszące zaopatrzenie do schronisk.


Pan taksówkarz, mimo swego statecznego wieku, praktykuje jazdę tak zwanym „Greek Style”, czyli na wariata, środkiem jezdni, z częstym wygrażaniem pięściami mijanym pojazdom i złorzeczeniem uczestnikom ruchu, włącznie z przebiegającą przez drogę wiewiórką. W międzyczasie, nie zwalniając na zakrętach, żegna się przy każdej przydrożnej kapliczce oznaczającej miejsce, gdzie ktoś zginął w wypadku. Kapliczki rozstawione są tu z częstotliwością znacznie większą, niż byśmy sobie tego życzyli.

Zagajamy dla rozładowania napięcia. Pan pochodzi z Litochoro i u stóp Olimpu spędził całe swoje życie. Na górze nigdy nie był, bo szczyt zasnuty chmurami i straszno jakoś. Jego syn za to, w siedemnastej wiośnie wspiął się i tak go przeraziło spoglądanie na świat z wysoka, z szerszej perspektywy, że poprzysiągł nigdy więcej już tego nie robić.

Prionia, 1000 m n.p.m. Jesteśmy. Zanim wysiądziemy, pan każe nam jeszcze obiecać, że na tej górze zdradliwej będziemy na siebie uważać i się wystrzegać niebezpieczeństw. Obiecujemy i oddalamy się spiesznie, chcąc na początek uniknąć zagrożenia przebywania w pobliżu drogi, kiedy pan znów ruszy.


Wbijamy się za szlaban, przeciskamy między zaparkowanymi mułami i startujemy. Pierwszy odcinek szlaku idzie się dość łatwo i bardzo przyjemnie. Przez większość czasu ścieżka biegnie przez majestatyczny las, który oprócz przepięknych widoków, dostarcza również cienia, co znacznie ułatwia marszrutę. Tę część drogi pokonujemy w trzy spokojne godzinki z postojami na podziwianie panoram, pstrykanie zdjęć i szamanie kanapek. Etap pierwszy kończymy na wysokości 2100 m n.p.m. w Refuge A, gdzie spędzimy noc.

Refuge A, 2100 m n.p.m.

Refuge A to schronisko o zaostrzonym rygorze. Pani kierowniczka, osoba pomocna acz stanowcza, władająca biegle greckim, angielskim, niemieckim i włoskim, trzyma swoich pracowników któtko jak oddział piechoty. Gości obowiązują podobnie restrykcyjne zasady. Przy rejestracji zostajemy szczegółowo poinstruowani co nam wolno, a czego nie, przy czym generalnie większości rzeczy nam nie wolno, np. wchodzić w butach do schroniska i grać w karty. Może być. My tu jesteśmy, żeby się przespać jedną noc, a nie rozbijać bank w pokera. Zresztą o 22:00 i tak wyłączają generator prądu, więc się nie da wieść bogatego życia nocnego.

Następny dzień – atak na szczyt!


Wyruszamy przed 7:00 rano, zanim zacznie świtać. Jesteśmy już dość wysoko więc las powoli ustępuje miejsca gołej skale. Początkowo mijamy jeszcze pojedyncze sosny lub inne iglaki, ale z czasem drzewa znikają całkowicie. Krajobraz robi się bardzo surowy, od pewnej wysokości wręcz księżycowy. Dokładnie taki właśnie wydaje nam się, gdy idziemy pustą, kamienną ścieżką zwaną Zonaria. Ścieżka biegnie bardzo spadzistym, zupełnie nagim zboczem i chwilami mamy wrażenie, że gdybyśmy zwinęli się w kłębek, po prostu sturlalibyśmy się w dół, jak po równi pochyłej. Dodatkowo, o tej porze dnia słońce nie dociera jeszcze na naszą stronę zbocza, tak więc temperatura również panuje tu kosmiczna. Naciągamy na grzbiet wszystko co mamy (a nie mamy wiele, bo jest początek września i jesteśmy w Grecji), a ręce przymarzają nam do kijków trekkingowych. Jest ciężko, ale się nie poddajemy i wpatrzeni z nadzieją we wznoszące się słońce, dochodzimy na 2866 m n.p.m., do szczytu Skala. Tu szlak rozwidla się w dwie drogi, z których każda prowadzi na jeden z dwóch wierzchołków Olimpu.

W lewo idzie się na Skolio, który ze swą imponującą wysokością 2912 m n.p.m. jest prawie najwyższym szczytem masywu. Wiedzie na niego w miarę prosty szlak E4 i to tu właśnie kończy swoją wspinaczkę większość z 10.000 ludzi, którzy co roku wchodzą na Górę Bogów.

Na prawo od Skali znajduje się Mytikas – prawdziwy szczyt Olimpu, 2918 m i 80 cm n.p.m. Szkopuł w tym, że to co na niego prowadzi trudno nazwać ścieżką. W pięcioklasowej skali tudności dróg górskich YDS ten odcinek jest klasy 3, co według opisu oznacza „szlak o znacznej ekspozycji, wymagający wspinaczki z użyciem rąk, zwykle bez konieczności asekuracji liną, podczas której upadki nie zawsze są śmiertelne”.

Śniadanie na Skali, 2866 m n.p.m., w tle Mytikas.

Mając to na uwadze, postanawiamy zjeść śniadanie na Skali i się zastanowić, czy wolimy iść w lewo, czy w prawo. Kiedy tak oddajemy się czynnościom konsumpcyjno-medytacyjnym, na szczycie zjawiają się Agnieszka i Daniel, nasi rodacy i bratnie dusze szwędacze. Idą podobną trasą do naszej, tylko w przeciwnym kierunku i właśnie zeszli z Mytikas. Spędzamy razem kilka chwil na kamieniach, wymieniając się historiami życia i włóczęgostwa, gdyż nic tak nie zespala na obczyźnie jak słodkie brzmienie ojczystego języka, po czym z nowym zapasem energii, pożywieni strawą duchową oraz żołądkową, postanawiamy, że raz raz matka rodziła i nie będziemy się rozdrabniać, wchodząc na prawie najwyższy szczyt.

Idziemy więc w prawo. Ze Skali spuszczamy się pionową skalną tubą na szlak, którego jedyną widzialną z bliska oznaką są namalowane na kamiennym podłożu żółto-czerwone kropki. Znowu jest bardzo pochyło a dzięki kompletnemu brakowi roślinności mamy naprawdę daleki widok w dół. Tym razem, gdybyśmy mieli zacząć toczyć się jak śniegowe kule, zatrzymalibyśmy się dopiero na pierwszych krzakach, czyli jakieś 1000 metrów niżej. Tego nie chcemy, poświęcamy więc tysiąc procent uwagi odpowiedniemu stawianiu kroków. Póki co pokonujemy trasę używając tylko tylnych kończyn, ale to się wkrótce zmieni.

Ponieważ trudno tak opisywać naszą drogę oraz towarzyszące jej emocje słowami, przerzucimy się na chwilę na współczesne pismo obrazkowe, które choć nie w pełni doskonałe, pozwoli czytelnikowi lepiej unaocznić sobie otaczające nas okoliczności przyrody:

Przyszliśmy ścieżką w lewym dolnym rogu...

... kontuujemy na lewo w górę...

... a dalej na czterech.

Dalej same nogi już nie wystarczą. Przeobrażamy się więc w spidermenów-amatorów i zaczynamy piąć się niemal pionową rynną w górę. Od pewnego czasu w ścianie pojawiają się pojedyncze kotwy a w naszych głowach wątpliwości, czy to faktycznie trasa dla nas. Z dalszej drogi, nie mamy już żadnych zdjęć, ponieważ jesteśmy skupieni na trochę innych czynnościach niż fotografowanie i wolimy nie odrywać od skały więcej niż jednego odnóża na raz. Pełznięcie idzie nam wolno, ale jakoś idzie. Mimo znacznego poziomu stresu oraz bólu dłoni i ramion, stwierdzamy, że jest nawet lepiej, niż się spodziewaliśmy. I wtedy docieramy do miejsca, któremu prawie dajemy się pokonać.

Jesteśmy kilkaset metrów od szczytu. Siedzimy na kamiennej półce, bimbając nogami w powietrzu a w oddali pod nami szumi Morze Egejskie. Prawie trzy kilometry pod nami... Nie da się iść dalej w górę, nie schodząc z tej półki w dół. Problem w tym, że z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby tam nie było na czym stanąć. Przez moment rozważamy zawrócenie. Bardzo długi moment bezczynności, impasu, paraliżu myśli. Mówimy sobie, że i tak daleko zaszliśmy, że nie ma co się wygłupiać, że nie jesteśmy przygotowani i może innym razem. Z drugiej strony patrzymy na wierzchołek góry, który jest już tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki i jakoś nie potrafimy się zwyczajnie wycofać.

Raz matka rodziła! Obracamy się tyłem i stopniowo, powolutku opuszczając się na rękach, ostrożnie macamy stopami grunt pod półką. I jest! Jest grunt! Kąt, z jakiego patrzyliśmy był po prostu za duży, żebyśmy mogli go zobaczyć. Wystarczyło się tylko przełamać i spróbować podjąć jakieś działanie, żeby się przekonać, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Teraz nic już nie może nas złamać. Od tej chwili pniemy się ze zdwojonym zapałem i wiarą we własne możliwości. Jeszcze tylko odrobina wysiłku, parę metrów w górę, kilka kroków i... jesteśmy na szczycie Olimpu. Mytikas zdobyty!

Mytikas, 2918 m n.p.m.

Nasz życiowy rekord wysokości i bezwzględnie hardkorowości szlaku również. Napawamy oczy widokami z miesca, które od tysięcy lat budziło w ludziach nabożną cześć zmieszaną z przerażeniem i poniekąd rozumiemy dlaczego. Strach może nas już nie paraliżuje, ale szacunek dla Góry Bogów pozostaje. W takich miejscach człowiek uzmysławia sobie jaki jest malutki wobec potęgi Natury. Cudowne uczucie.


Teraz pozostaje nam już tylko wrócić, co okazuje się znacznie trudniejsze niż by się mogło wydawać. Wciąż o tym zapominamy: droga w dół jest zawsze gorsza niż droga w górę. Głównie dlatego, że częściej trzeba patrzyć w dół. Dodatkowo padamy ofiarami sabotażu ze strony... kóz. Tak właśnie. Z niewiadomych powodów na masywie Olimpu, obok kozic górskich, które absolutnie nic sobie nie robią z obecności ludzi...


... żyją również jakieś oszalałe kozy, które musiały zdziczeć jeszcze chyba w czasach starożytnych i teraz chodzą po graniach w sobie tylko znanym celu (bo tam nie ma co jeść) i w sobie tylko znany sposób (bo tam nie ma jak wejść) i ciskają w ludzi kamieniami. Jeden z nich, wielkości sporego jabłka, osuwa się spod kopytek przechodzącej właśnie kilka pięter nade mną kozy, z gruchotem odbija od skalnej ściany jakieś 15 cm powyżej mojej głowy i przelatuje tuż nad prawym ramieniem, chybiając. Wszystko dzieje się tak szybko, że orientuję się dopiero po fakcie, co zaoszczędza mi niepotrzebnego stresu, jakiego doznaje Bartek obserwując zdarzenie z perspektywy osoby trzeciej.

Zbliżenie na pozycję kozy dywersyjnej.

Po tej szczęśliwie dla nad nieudanej akcji dywersyjnej nie mamy już więcej przygód, poza lawirowaniem między kilkoma pokojowo nastawionymi kozicami, którym staramy się nie przeszkadzać za bardzo w pasieniu.

Schodzimy do Refuge A na zasłużoną kawę, gdzie ponownie spotykamy Agnieszkę i Daniela (których z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy, a wszystkim polecamy fantastyczne zdjęcia z Olimpu okiem i obiektywem Agnieszki K.). Tym razem wzajemna wymiana opowieści wszelkiej treści wypełnia nam większość drogi powrotnej do Prionii, gdzie nasze scieżki niestety się rozchodzą. Nasi towarzysze idą poszukać sobie przytulnego miejsca na namiot, my natomiast, gnani koniecznością powrotu do Salonik, zabieramy się na stopa z parą niemieckich turystów, którzy wybierając się do miasteczka Olimpia, nie wzięli pod uwagę, że nie da się przejechać samochodem przez góry i po dotarciu do końca asfaltu postanowili zawrócić do Litochoro. Jak dla nas idealnie.

Z Litochoro czeka nas już tylko pięciokilometrowy spacer na stacyjkę kolejową a potem godzinka w pociągu do Salonik. Im bardziej oddalamy się od masywu Olimpu, tym bardziej niebo nad nim czernieje. Ciężkie jak ołów chmury przykrywają górę pęczniejącym, coraz grubszym płaszczem. Tej nocy rozpęta się burza.Wygląda na to, że w samą porę udaje nam się uciec przed gniewem bogów.

9.11.2012

BRAJČINO



Jeszcze nad Ochrydem dowiadujemy się o wiosce Brajčino i postanawiamy, że to będzie nasz następny przystanek. Położone między Jeziorem Prespa z jednej, a Górami Baba z drugiej strony, Brajčino jest pierwszą w Macedonii inicjatywą ekoturystyczną. „Eko” nas bardzo kusi, zwłaszcza po początkowo traumatycznych eko-doznaniach znad brzegów Ochrydu. Kusi nas też trekking w Parku Narodowym Pelister, więc nie zastanawiamy się dwa razy i jedziemy.

Najpierw autobusem do Resen, potem minibusem, który zanim dowiezie nas na miejsce (stłoczonych jak śledzie z tuzinem innych szczęśliwych podróżnych, którym udało się dostać do środka, w przeciwieństwie do dwóch tuzinów, którym się nie udało i zostały na dworcu), objeżdża wszystkie okoliczne wiochy i domostwa. W końcu jednak docieramy i przekonujemy się, że w Brajčinie początek września jest już po sezonie. Znacznie po.


Jedyny sklepik we wsi pozostaje ciągle i niezmiennie nieczynny, albo otwiera się w super-któtkich i ekstra-rzadkich, tylko najbardziej wtajemniczonym lokalsom znanych nano-okresach czasu. Jedyna restauracja jest już zamknięta na zimę, a zresztą w tym roku i tak nie gotowali, bo mąż gospodyni był chory i umarł. Wszystkie agroturystyczne gospodarstwa pobarykadowane są na głucho i najwidoczniej nie mają ochoty otwierać się ponownie dla dwójki błąkających się bez celu turystów. Nie pozostaje nam nic innego, jak iść główną drogą i liczyć na to, że spotkamy jakąś żywą duszę.

Spotykamy aż dwie, panią i pana, na jednym podwórku. Pytamy o nocleg, a państwo nam mówią, że tak, to jest gospodarstwo agroturystyczne i możemy zostać, ale żebyśmy za bardzo nie przeszkadzali, bo są strasznie zajęci, gdyż do nich dzisiaj i w sobotę przyjeżdżają wycieczki autokarowe ze Słowenii. Na obiad wprawdzie tylko przyjeżdżają, ale przecież już jest po sezonie.


Zostajemy więc i się staramy nie zawadzać. Głównie włóczymy się po okolicy i napawamy spokojem. Najpierw chodzimy po starych kościołach i klasztorach poukrywanych wśród wzgórz dookoła wioski. Mimo, że ścieżki są teoretycznie pooznaczane, do większości nie docieramy, albo trafiamy do przybytku innego świętego, niż się akurat spodziewaliśmy, że do niego idziemy. Później na forach internetowych wyczytujemy, że to się przytrafiło nie tylko nam. W gruncie rzeczy przytrafia się niemal każdemu. Nie szkodzi. Łażenie po tych wszystkich wzgórzach i lasach jest wystarczająco przyjemne, by wynagrodzić nam niezobaczone kaplice.


Innego dnia chodzimy po Parku Narodowym Pelister. Wygląda trochę jak nasze Bieszczady, ale jest zdecydowanie wyżej. Nie mamy niestety tyle czasu, by przejść go gruntownie we wszystkie strony, udajemy się więc szlakiem z Brajčina do Golemo Ezero, czyli do Dużego Jeziora, położonego niebagatelnie 2235 m n.p.m. Nieopodal znajduje się także Malo Ezero (Jezioro Małe) i oba są bardzo szczególne, ponieważ to jedne z najdalej wysuniętych na południe jezior polodowcowych w Europie.


Jest gorąco, pyliście sucho i absolutnie spokojnie. Przez cały dzień na szlaku spotykamy tylko zastęp niemieckojęzycznych skautów z gitarą i dwóch dziadków przeganiających owce. Tym większe jest nasze zdziwienie, gdy w końcu dochodzimy nad Golemo Ezero i okazuje się, że schronisko u stóp Pelisteru pęka w szwach. Oprócz tego pulsuje głośną disco-muzyką i krzykami podchmielonych turystów w ciemnych okularach, którzy przybyli tu od strony Bitoli swoimi samochodami elegancko-terenowymi i teraz kąpią się w jeziorze. Cały błogi klimat parku narodowego szlag trafia. Na szczęście nie musimy tu spędzać nocy i w ogóle staramy się trzymać z daleka.


Zjadamy nasze kanapki, siedząc na kamieniach i gapiąc się w zieloną, polodowcową głębię, po czym ruszamy w drogę powrotną, podczas której nie mijamy nikogo. Wracamy straszliwie długo, gdyż mamy tylko trzy sprawne nogi na dwie osoby i jedno nadszarpnięte ścięgno, ale i tak jest miło.

Nocą idziemy jeszcze na naszych trzech nogach na górkę ponad wioską, gdzie znajduje się przerobiony na noclegownię Monastir Sv Petka (zauważyliśmy, że w Macedonii blisko 99,9% kościołów i klasztorów jest pod wezwaniem Svetej Petki). Idziemy z zamiarem fotografowania gwiazd, ale za szybko się ruszają, więc kończymy jedynie z zaimprowizownym zdjęciem symbolicznie przedstawiającym dualistyczny charakter wszechświata.


P.S. W stronę przeciwną od Brajčina niż Góry Baba leży drugie wielkie Jezioro Macedonii – Prespa. Tam też oczywiście poszliśmy, ale to już zupełnie inna historia, wymagająca osobnego wątku.