Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka i Konflikt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka i Konflikt. Pokaż wszystkie posty

19.12.2012

GRANICA


Czas pożegnać się z Macedonią, zmierzamy w kierunku granicy z Grecją, a potem do Salonik.

Zmierzamy osobowym samochodem z wynajętym kierowcą. Nie dlatego, że cenimy sobie wygodę w podróży, czy że zostało nam za dużo niewymienialnych nigdzie indziej denarów, ale dlatego, że nie istnieje żaden środek transportu publicznego, jakim dałoby się przekroczyć tę granicę. Macedonia z Grecją skomunikowana jest tylko jednym jedynym połączeniem kolejowym – ze Skopje. Drugie największe miasto kraju, Bitola, leżąca na południu, niecałe 20 km od przejścia granicznego i 30 km od Floriny, najbliższego greckiego miasta, gdzie właśnie musimy się dostać, nie ma żadnego. Nie ma pociągów, autobusów, ani dyliżansów. Jedyny sposób, aby wydostać się z FYROM-u, to wziąć taksówkę lub prywatnego przewoźnika. My wybieramy to drugie, bo jakoś wolimy dać zarobić zwykłemu obywatelowi z samochodem i inicjatywą, niż taksiarskiej korpo. No i jedziemy z Aleksandrem, kierowcą poleconym nam w hostelu.

Aleksandr jest młodym, sympatycznym człowiekiem. Jeździ całkiem niestarym audi, a nie yugo, więc nie martwimy się o nasze życie i zdrowie. Ma ubezpieczenie, wizę, zieloną kartę i nawet pracował w Niemczech z czterema Polakami na budowie. Jak się okaże jedynym przewinieniem Aleksandra jest właśnie fakt, że nie należy do jednej z dużych taksówkowych korporacji z układami.

Zewnętrzna granica Unii Europejskiej wita nas absolutnie bezproblemową podwójną odprawą paszportową oraz marsową twarzą rozwrzeszczanego greckiego celnika. Pan z plakietką „Hellenic Customs” zatrzymuje po cztery samochody na raz, po czym lata od jednego do drugiego, wymachując rękami i wydzierając się na kierowców i pasażerów z pominięciem „Dzień dobry”. Nie sprawdza bagaży, nie pyta dokąd i po co, i czy coś przemycamy, tylko krzyczy i krzyczy bez końca. Nic z tego nie rozumiemy, bo audio jest po helleńsku, ale zauważamy, że wszystkie zatrzymane auta są na tablicach macedońskich albo greckich. Obserwujemy również ciekawe zjawisko behawioralne: wszyscy shaltowani Grecy momentalnie zaczynają zachowywać się jak pan celnik, czyli wrzeszczeć i wygrażać pięściami. Macedończycy za to, równie natychmiastowo kulą po sobie uszy i jąkają się przepraszajaco. Obie strategie wydają się równie nieskuteczne. Obywatele krajów zachodnich w międzyczasie po prostu przejeżdżają obok nie niepokojeni. Witamy w Europie bez podziałów.

My zza samochodowej szybki bezradnie patrzymy jak Aleksandr obrywa za niewinność. Próbujemy się uśmiechać i wysyłać do pana celnika  pozytywne fluidy. Chcemy tłumaczyć, że nasz kierowca to porządny człowiek jest, wszystkie papiery ma, nawet w Bundesrepublice bywał, że nas tylko jedzie odstawić na dworzec do Floriny i zaraz wraca do siebie, do FYROM-u. A my przecież konfratrzy ze Zjednoczonej Europy, jedziemy was Greków poratować w kryzysie, zostawić wam nasze euro-pieniążki. Wszystkim będzie miło i na rekę... tylko niech nas pan już puści i nie każe drałować z buta 10 km autostradą, bo na to się właśnie zanosi.

Czas mija, zegar tyka, a my zaczynamy snuć plan awaryjny na wypadek, gdyby Aleksandr został zawrócony do Macedonii, a my pozostawieni na pastwę losu u wrót Europy bez granic, kiedy nasz kierowca wsiada do wozu i odjeżdżamy bez słowa oraz bez problemu. Patrzymy po sobie, a potem na Aleksandra, który szybko odczytuje nasze zdumienie: „Grecja. Korruption.” – mówi swoim łamanym niemieckim. – „Dałem mu 5 euro”.

Przejeżdżamy granicę i nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości, takiej zwyczajnej, do jakiej przywykliśmy. Jakby samo minięcie granicznego słupka wyrwało nas z zamglonego wspomnienia PRL-u i przerzucilo w czasie o 30 lat do przodu. Autostrady, pojazdy z naszej epoki, szklany dworzec z budżetu UE, ludzie rozumieją co mówimy po angielsku, segregują śmieci i nie piją wódki na śniadanie. Wszystko jest zapisane alfabetem równie dla nas nieczytelnym, co pismo klinowe i nawet rozszyfrowywane z trudem słowa z niczym nam się nie kojarzą, a jednak to jest świat jaki znamy.

28.09.2012

TO CO TO JEST TEN FYROM?


Otóż FYROM to państwo, w którym przyszło nam spędzić większość ostatnich wakacji, choć kiedy zaczynaliśmy planować urlop, byliśmy przekonani, że wybieramy się do Macedonii. W toku studiów przygotowawczych dowiedzieliśmy się jednak, iż rezolucją ONZ z 1993 roku jesteśmy zobowiązani bałkański kraj ze stolicą w Skopje nazywać FYROM-em. FYROM to skrót od Former Yugoslav Republic of Macedonia, czyli Była Jugosławiańska Republika Macedonii i jest on oficjalną – choć nie przez wszystkie państwa uznaną – nazwą tylko tymczasowo, dopóki nomenklaturalna kwestia sporna nie zostanie rozwiązana.


Kwestia ta jest sporna dla Grecji, która z powodu nazwy właśnie zawetowała przystąpienie Macedonii do NATO oraz skutecznie blokuje jej akces do Unii Europejskiej. Grecy uważają bowiem, że użycie nazwy „Macedonia” jest uzasadnione tylko w odniesieniu do historycznej krainy, leżącej głównie na terytoriach dzisiejszej Republiki Macedonii, częściowo Bułgarii i północnej Grecji. Jako że współcześni Macedończycy (FYROMczycy?), bądąc Słowianami, z tymi starożytnymi – co jeździli na osłach i walczyli falangą – nie mają nic wspólnego, to według Greków na miano Macedończyków nie zasługują. Nie to, co ci „prawowici Macedończycy”, którzy mieli niewypowiedziane szczęście w VI-VII wieku naszej ery być zepchniętymi przez słowiańskie osadnictwo dalej na południe i cudownym zrządzeniem losu znaleźli się w Helladzie. Grecy uznali, że tu jest teraz jedyna Macedonia i faktycznie grecki region między Górami Pindus a Morzem Egejskim konsekwentnie nosi tę nazwę. Region ten ma również na wyłączność prawo posługiwania się flagą, na której widnieje Słońce z Werginy – symbol macedońskich królów i najwidoczniej copyrights są dla Greków na tyle ważne, że dzielnie wywalczyli zakaz jego używania przez Republikę Macedonii, nawet na czerwonym tle. Tak więc świeżo niepodlegli Macedończycy musieli sobie wymyślić flagę z jakimś stylizowanym słońcem fantasy. Bo czego się nie robi dla pokoju...

Historyczna Macedonia na tle dzisiejszego podziału politycznego.
Źródło: http://en.wikipedia.org

Jak na ironię, dzisiaj zaciekle bijący się o wszystko co macedońskie Hellenowie, w starożytności nie chcieli uznać Macedonii za swoją. Macedończyków uważali za nieobytych pastuchów, toczyli z nimi wojny i – jako dzikusów – nie dopuszczali do udziału w igrzyskach. Później nagle pokochali Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego) – twórcę imperium, który fuksem nie urodził się w Bitoli, na terenie FYROM-u, a tuż za granicą, czyli w Grecji, chociaż nie mógł o tym wiedzieć, bo tam wtedy nie było granicy.

Zresztą, pielęgnując już tę piękną helleńską tradycję cofania się do czasów zaprzeszłych, należałoby się również zastanowić, ile tak naprawdę dzisiejsi Grecy – dość mocno przecież jako naród sturczeni – mają wspólnego ze starożytnymi Hellenami, z których dziedzictwa są tak bardzo dumni. I czy nazywanie współczesnego bałkańskiego państwa Byłą Jugosławiańską Republiką nie jest przypadkiem tak samo uzasadnione, jak nazywanie Grecji Byłym Protektoratem Osmańskim? A co z tymi zasłużonymi dla filozofii i nauk przyrodniczych „Grekami” z jońskich kolonii w Azji Mniejszej? Nie urodzili się przecież w granicach Grecji, ale to jeszcze nie powód, by nazywać ich Turkami.

Jak widać, Słońce z Werginy nieoficjalnie ma się tu całkiem dobrze. Nie to co wilk.

Jako ludzie szanujący i całym sercem kochający historię, jednocześnie jednak żyjący w XXI wieku i uznający znakomitą większość obowiązujących podziałów politycznych w Europie oraz wolący optymistycznie spoglądać w przyszłość, niż roztrząsać przeszłość, postanowiliśmy pisać w tym blogu o Macedonii i Macedończykach, nie o Byłychjugosławianach. Tak samo jak Heraklita z Efezu i Talesa z Miletu będziemy uparcie nazywać greckimi filozofami, nie świętymi tureckimi czy Mniejszymi Azjatami.

P.S. W naszej helleńskiej części podróży nie wypuszczamy się poza Góry Pindus i nie przeprawiamy przez Morze Egejskie, więc w sumie moglibyśmy napisać, że nawet na chwilę nie opuściliśmy jedynie słusznej, historycznej Macedonii. Postanowiliśmy jednak uznać, że Saloniki i Olimp leżą dzisiaj w Grecji.

19.07.2012

SAHARA OKUPOWANA



Sahara Zachodnia – nieurodzajny, piekielnie suchy obszar pomiędzy Marokiem, Mauretanią, Algierią i Oceanem Atlantyckim. Nie bezkresne, złote morze piasku z fantazyjnymi w swych kształtach diunami gnanymi wiatrem. Nie sentymentalno-literackie wyobrażenie pustyni poznaczonej szlakami karawan i zielonymi plamami daktylowych oaz z powieści kolonialnych. Taka Sahara mogłaby uwodzić, pociągać, mogłaby nawet być nazwana piękną. Ale taka Sahara prawie nie istnieje. Taka Sahara jest w zaledwie kilku, niemal uchodzących uwadze miejscach, gdzieś na swoich krańcach.


Cała reszta, obezwładniający ogrom przestrzeni, jest daleką od romantycznej wizji hamadą – czarnym, kamiennym pustkowiem, gdzie trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek życie i o którym niewiele więcej można powiedzieć poza tym, że przeraża.


Ten spalony słońcem skrawek skalistej ziemi to od 1976 roku Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna, niezależne, uznane przez ONZ państwo z własną flagą, hymnem i rządem w obozie dla uchodźców w algierskim Tinduf. Obecnie pod zaborem marokańskim.

Obywatele tego kraju nazywają się Sahrawi i są etniczną mieszanką Arabów, Berberów i czarnych Afrykanów. Od pokoleń niezmiennie, czy to z konieczności, z przyzwyczajenia, czy też z przyrodzenia są nomadami i wielu po dziś dzień prowadzi koczowniczy tryb życia. Jedynym domem jaki znają są namioty rozbijane tam, gdzie kozy i wielbłądy są się w stanie przez jakiś czas wyżywić skąpą pustynną roślinnością i przenoszone, gdy z okolicy zniknie ostatnie źdźbło trawy. W interwałach między przenosinami, gdy mężczyźni wypasają stada w sobie tylko znanych miejscach, kobiety próbują dorobić kilka groszy parząc miętową herbatę dziwnym, bladoskórym turystom, którzy od czasu do czasu przyjeżdżają jeepami, żeby fotografować tę jałową ziemię i dziwić się, że jednak jest tu możliwe jakieś życie.


Więc po co ktoś chciałby okupować taki kraj? Po co komu ziemia, która nie rodzi, klimat który zabija, lud, który nie sieje i nie buduje? Odpowiedź może być  jedna, bo tylko jedna jest tutaj rzecz, na której warto położyć łapy: surowce. W przeciwieństwie do większości zjedzonych konfliktami arabskich krajów, przekleństwem Sahary Zachodniej nie jest jednak ropa, bo jest jej tak mało, że wydobycie nie byłoby wcale opłacalne. Na swoje nieszczęście region ten ma za to jedne z najbogatszych na świecie złoża fosforanów i to w imię minerałów ludzie strzelają do siebie nawzajem, mimo trwającego od 11 lat zawieszenia broni. Dla minerałów jednych wypędza się z tych nieprzyjaznych terenów, które jak by nie było, są jednak ich domem, drugich zaś na gwałt się osiedla, żeby gdy przyjdzie czas, właściwie zagłosowali w referendum.

Opuszczona kopalnia w pobliżu Merzougi.

Przemieszczając się po obrzeżach pustyni, co i rusz dostrzec można olbrzymie, ciągnące się wzdłuż dróg napisy. Zgrabne arabskie litery ułożone są z kamyków i głoszą: „Sahara jest nasza”. I tylko spłowiałe resztki kolorowych farb, jakimi wprost na czarnej skale wymalowano flagę, pozwalają domyślać się czyj jest ten konkretny, spękany upałem spłachetek ziemi.

21.01.2011

O NIEWYKORZYSTANYM POTENCJALE



Sri Lanka to fantastyczny kraj. Ma do zaoferowania wszystko, czego turysta (nawet z tych bardziej rozkapryszonych) może tylko zapragnąć; piękną i dziką przyrodę, zabytki z listy światowego dziedzictwa UNESCO, szerokie rajskie plaże nad ciepłym oceanem, bogatą kulturę, sok prosto z kokosa, słonie, małpki, leopardy, curry, góry, jogę, ajurwedę, surfing i pyszną herbatę. Ma też przemiłych, wiecznie uśmiechniętych mieszkańców, którzy niekoniecznie traktują białasów, jak chodzące bankomaty (choć tacy też się oczywiście zdarzają). Ma transport publiczny i drogi (co wcale nie wszędzie jest normą), więc podróżowanie na własną rękę jest jak najbardziej możliwe, a nawet w miarę proste. Sri Lanka naprawdę ma potencjał. Olbrzymi i mocno niewykorzystany.

Fakt, że kraj jest biedny i nie ma środków na infrastrukturę, że niespełna 60 lat niepodległości mogło nie wystarczyć na jej właściwy rozwój, że wojna domowa uniemożliwiła bądź zahamowała wiele inicjatyw gospodarczych, a tsunami dokonało zniszczeń na skalę, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Mimo wszystko jednak, podróżując po Sri Lance ma się wrażenie, że wiele rzeczy nie zostało zrobionych, choć ich realizacja nie wymagałaby wcale zachodu. 


Lankijczycy mają chyba trochę tendencje do przyjmowania wszystkiego takim, jakie jest i nieingerowania za bardzo w zastany stan rzeczy. Jak przechyla im się chata, to podpierają ją drągiem, jak coś odpada od samochodu – przywiązują sznurkiem. Nie widzą potrzeby malowania całej ściany, skoro farba zeszła tylko miejscami. Jak długo zachowana jest funkcja użytkowa, względy estetyczne nie mają znaczenia. Takie Kandy na przykład, to duże, dynamiczne miasto, ale jego zabudowa wygląda tak, jakby od czasów kolonialnych nie powstał tu ani jeden nowy budynek. Wszystko jest jakoś dosztukowane, doklejone, przybudowane, a nieodnowione fasady zasłaniają tylko kolorowe szyldy supermarketów. Galle mogłoby być spokojnie azjatyckim Dubrovnikiem. Zamiast tego sypie się niemal na oczach zachwyconych turystów, którzy mogliby tu przecież zostawiać dużo więcej kasy. I miasto mogłoby rozkwitać.


Z zostawianiem na Sri Lance pieniędzy czasami bywa tak, że mimo najszczerszych chęci, zwyczajnie nie ma ich gdzie zostawić. Nawet w miejscach z założenia nastawionych na turystów, jak parki narodowe, muzea czy skanseny, brakuje tego wszystkiego, na czym przemysł turystyczny zwykle zarabia dodatkowe i często znaczące grosze: sklepiku z pamiątkami, stoiska z pocztówkami, kawiarenki. Prowiant zawsze należy mieć ze sobą, pojęcie suweniru ze Sri Lanki praktycznie nie istnieje. Czasem nie istnieje też sposób dotarcia na miejsce żadnym publicznym środkiem transportu.Czasem można dotrzeć, ale nie można trafić, bo światowej klasy zabytki czy inne atrakcje turystyczne nie są nawet oznakowane. To może zniechęcać mniej zdeterminowanych.

Nie piszemy o tym bynajmniej, by dać wyraz rozczarowaniu. Dla nas, im mniej turystów, tym lepiej, im mniej komercyjnie, tym atrakcyjniej, im trudniej dotrzeć, tym większa radocha. Jak najdalsi jesteśmy od promowania masowego przemysłu turystycznego, przez który najbardziej urokliwe zakątki świata stają się jedynie przekolorowanymi fotografiami w katalogach biur podróży. Żałujemy jedynie, że w kraju, dla którego turystyka mogłaby być potężnym motorem napędowym, marnuje się wielki potencjał.

17.01.2011

O KOLOMBO


Czy to przez zmęczenie długą jazdą TATĄ, czy przez nagłe uderzenie dużej dawki smogu i upału w jednym, w każdym razie wystarczyło 10 minut spaceru z dworca, byśmy z całą stanowczością stwierdzili, że Kolombo nam się nie podoba. Stolica Sri Lanki jest tak chaotyczna, głośna i tłoczna, a przy tym tak duszna, że taki Istambuł, na przykład, może przy niej uchodzić za oazę spokoju. 


Na dodatek wszędzie checkpointy. Na każdym rogu, przy każdej ulicy, co krok żołnierze w rynsztunku jak na wojnę. Patrolują, zatrzymują, legitymują, rewidują. Ludzi, samochody i riksze. Wszystko co się porusza, a nie ma szczęścia być bezpańskim psem, może w każdej chwili zostać zatrzymane i poddane rutynowej kontroli w celu zachowania bezpieczeństwa.

W tym samym celu duża część miasta jest wyludniona, zamknięta i nie da się jej zwiedzić. Tam mieszka Pan Prezydent. Ze swojej bezludnej dzielnicy za zasiekami i kordonami uzbrojonych po zęby mundurowych, rządzi narodem, który nachwalić się go nie może. Co i rusz zaczepiają nas na ulicy jakieś dziadki , żeby podzielić się refleksją nad tym, jaki to z Rajapksy świetny prezydent i jak się teraz bezpiecznie żyje w Kolombo, i jak dawno nie wybuchła żadna bomba w mieście. 

Cieszymy się ich szczęściem, ale nawet to nie wystarczy, by zatrzymać nas w tym hałaśliwym, zaspalinionym molochu dłużej niż jedną noc. Przed snem zaliczamy jeszcze nasz przydziałowy checkpoint z szybką rewizją, a nazajutrz uciekamy stąd do Mirissy.


Zanim jednak ruszymy w drogę, udajemy się na śniadanie w naszym mega-tanim i mega-obskurnym schronisku YMCA. Mają bufet. Bufet jest akurat super i jedzą w nim sami lokalsi. Czytam jadłospis na ścianie, wielki jak w PRL-owskich barach mlecznych i oczom nie wierzę, bo jest ryż na mleku. Wreszcie śniadanie na słodko, nie w curry, nie z chilli, nie na ostro. Mój ślinotok robi się tak obfity, że zepsułby wszystkie statystyki Pawłowa. Aż mi się gęba cieszy, gdy dobijam do lady i proszę pomocnego pana nalewacza o ryżyk na mleku. Spodziewam się czegoś w stylu Belriso firmy Zott, a dostaję równiutko przycięty, zbity w suchy blok ryżowy sześcian. Myślę sobie: „To tylko forma” i pytam pana o jakiś sos na słodko. Pan mówi, że ten żółty jest na słodko i nakłada mi czubatą chochlę, wygarniając przy okazji z dna gara wielkie zielone chilli...

Pogrążona w żałobie zjadam więc swoje śniadanie na ostro i idę na stragan kupić kilka z tych najmniejszych i najsłodszych bananów świata, którymi obżeramy się tu niemal bez umiaru.

14.01.2011

O MNICHACH I ŚWIĄTYNIACH



Generalnie buddyjskie świątynie na Sri Lance nigdy nie są stricte buddyjskie. Buddyzm jest tu tak silnie powiązany w hinduizmem, że nikt chyba nie wyobraża sobie obarczania wszystkimi modlitwami wyłącznie biednego Buddy, który jest w końcu tylko jeden. W zanadrzu kręci się przecież sporo ściśle wyspecjalizowanych bogów, którym można z powodzeniem powierzyć swoje intencje. Nie doprowadzą oni co prawda do samej nirwany, ale dysponują mocami w zupełności wystarczającymi, by zapewnić szczęśliwe pożycie małżeńskie czy pomóc rozkręcić biznes.


Tak więc w każdej buddyjskiej świątyni, obok ołtarzy poświęconych Buddzie, znajdują się kapliczki bóstw hinduistycznych, do których chodzi się z konkretnymi problemami. W malutkich przydrożnych chramikach natomiast, pod jednym dachem posążki Buddy siedzą zwykle ramię w ramię ze słoniogłowym Ganeszą lub jadącym na pawiu Kataragamą i żaden z nich wydaje się nie mieć nic przeciwko tamu wyznaniowemu eklektyzmowi.


Jeśli chodzi o posągi samego Buddy, to ogólnie panuje chyba przekonanie, że tym skuteczniejsza modlitwa, im więcej Buddów zgromadzono na metr kwadratowy powierzchni lub im Budda większych rozmiarów. Trochę jak z Polsce z Jezusami.


Pośród tych niezliczonych posągów, w świątyniach można czasem napotkać mnichów. Jaki mnich buddyjski jest, każdy pewnie kiedyś widział. Łysy, bosy, w pomarańczowych szatach, uosobienie spokoju i ubóstwa, personifikacja wycofania z doczesnego świata. Na Sri Lance tacy też na pewno istnieją, ale z szerszej perspektywy sprawa ma się troszeczkę inaczej. 


Buddyjscy mnisi dzierżą tu realną władzę polityczną, która bynajmniej nie ogranicza się do posiadania wyznaczonych miejsc, wyłącznie na własny użytek, w środkach komunikacji publicznej. Mnisi zasiadają bowiem w lankijskim parlamencie, gdzie tworzą ultra-nacjonalistyczne ugrupowanie. Skrajnie prawicowi jego członkowie należą do tzw. Kręgu Singaleskiej Siły, gdzie wyznaje się wyższość syngaleskiej rasy i religii oraz pozdrawia współtowarzyszy, dobrze nam znanym z nazistowkich kronik filmowych, wyciągnięciem ręki.  O tym jak silny jest wpływ „duchowych przywódców” na politykę państwa, może świadczyć choćby fakt, że w 1959 premier Sri Lanki został zastrzelony właśnie przez mnicha. Warto też wspomnieć, że zakończony zaledwie rok temu długotrwały konflikt syngalesko-tamilski, został tak bezwzględnie i krwawo rozwiązany przez władze państwowe głównie z powodu nacisków buddyjskich mnichów, którzy zdecydowanie odrzucali możliwość jakichkolwiek negocjacji.