Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie i Obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie i Obyczaje. Pokaż wszystkie posty

3.03.2014

AMSTERDAM


MIASTO ROWERÓW

To prawda, rower jest w Amsterdamie bezapelacyjnie środkiem lokomocji numer jeden. Pedałuje tu każdy, wszędzie, o każdej porze dnia, nocy i roku, w każdych warunkach atmosferycznych.


Najpopularniejszym modelem jednośladu jest rower typu koza (czyli taki, jakim jeździły za okupacji nasze babcie), bezprzerzutkowy i bezhamulcowy (hamuje się pedałując do tyłu). Są też rowery z przyczepką do przewozu zakupów z hurtowni ogrodniczej i drobnego sprzętu budowlanego oraz rowery z czymś w rodzaju zadaszonej taczki z przodu do przewozu dzieci – w liczbie mnogiej – i psów, które nie mieszczą się w koszyku na kierownicy.

Kolarzy obowiązuje strój absolutnie niesportowy, czyli taki, w jakim akurat ma się zamiar wystąpić danego dnia w biurze, na dyskotece, obronie licencjatu, czy weselu kuzyna. W strój wlicza się także obuwie, często lakierki lub na 15-centymetrowej szpilce.

Rowery parkuje się gdzie się da, warstwowo w pionine i poziomie, bo niewiele jest na terenie miasta miejscówek, gdzie jeszcze nie jest zaparkowany jakiś rower.


MIASTO NA PALACH

Jak wiadomo, Amsterdam jest w depresji, czyli poniżej poziomu morza. Miejscami nawet 5,5 metra poniżej. Grunt, na którym został zbudowany, z powodu stopnia nasączenia wodą, trudno nazwać stałym. Jest to raczej grzęzawisko, a stawianie budynków na grzęzawisku  – nie mówiąc nawet o całym miastach – nie może skończyć się dobrze.

Budowniczy Amsterdamu odwołali się jednak do sprawdzonego, praktykowanego przez ludzkość od tysiącleci zabiegu inżynieryjnego i postawili miasto na palach. Kiedyś na drewnianych, teraz na betonowych i Amsterdam stoi do dziś, a jego główny plac wraz z pałacem królewskim znajduje się dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś na rzece Amstel zbudowane tamę.

MIASTO KRZYWYCH DOMÓW


Otóż nie, to nie złudzenie optyczne, nie efekt nadmiernego spożycia napojów wyskokowych czy innych substancji psychoaktywnych – domy w Amsterdamie naprawdę pochylają się nad kanałami. Nie jest to również błąd architekta, lecz celowe i logiczne działanie.

Powód? Amsterdamskie kamienice są bardzo wąskie. Tak wąskie, że ich klatki schodowe muszą być skrajnie strome i klaustrofobiczne. W każdym razie, ciężko się tam minąć na schodach. Wejście z większymi zakupami zaczyna nastęczać niejakich kłopotów, a co dopiero z komodą. Albo z kanapą. Wejście z kanapą jest absolutnie wykluczone. A przecież ludzie chcą mieć w swoich mieszkaniach na piętrach jakieś meble.

I tu się wyjaśnia tajemnica pochyłych domów: Fasadę buduje się pod kątem, nad ostatnim piętrem montuje się hak, przez hak przeczuca się linę i wciąga się dowolnych gabarytów mebel, który właściciel odbiera sobie przez okno swojego apartamentu. Pochyłość fasady jest po to, żeby wciągany mebel nie obijał się o mur i nie tłukł okien sąsiadom poniżej. Voilà! Proste i funkcjonalne. 

MIASTO CZERWONYCH LATARNI

Miasto czerwonych latarni jest obecnie coraz mniej czerwone. Wszystko za sprawą konserwatywnego rządu Holandii, który w ostatnich latach postanowił zlikwidować większość wynajmowanych przez prostytutki okien, pozostawiając dzielnicę cielesnych uciech w bardzo okrojonym wymiarze, skupioną tradycyjnie wokół murów Starej Katedry.


Czy to dobrze, czy źle, można by dyskutować. Naszym skromnym zdaniem usuwanie prostytucji z widoku publicznego jej nie likwiduje, a co najwyżej spycha do podziemia. To eskaluje stręczycielstwo, handel ludźmi, niewolnictwo seksualne i rozprzestrzenianie się chorób wenerycznych.

Po poglądowej wizycie pod Katedrą stwierdzamy, że dziewczyny w oknach mają nieporównywalnie lepsze warunki pracy niż te na ulicach. Nie marzną, nie padają ofiarami gwałtów, mają się gdzie umyć, a przede wszystkim są zarejestrowanymi pracownicami seksualnymi, płacą podatki i przysługuje im opieka zdrowotna.

Wydawałoby się, że lepszym rozwiązaniem niż jałowe usiłowanie likwidowania najstarszego zawodu świata byłaby próba podniesienia go do poziomu cywilizacyjnego XXI wieku, ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie.

MIASTO NA HAJU


Wbrew  temu, co się powszechnie sądzi, marihuana, haszysz i grzybki nie są w Holandii legalne. Są za to szeroko społecznie akceptowane i posiadanie małych ilości (do 5g) tych substancji nie jest traktowane jak przestępstwo. W świetle prawa, sławne amsterdamskie coffeeshopy (nie mylić z kawiarniami) prowadzą jednak nielegalny interes, obracając ilościami miękkich narkotyków, jakie znacznie przekraczają limit. Mimo to nad Amsterdamem bezustannie unosi się słodkawy zapach trawki, a na co drugim rogu przeciętnie wyglądający przybytek tonie w białych tumanach dymu.

Coffeeshopy, podobnie jak dzielnice czerwonych latarni, też znalazły się na celowniku skrajnie prawicowych polityków, którzy w ubiegłym roku przeforsowali wprowadzenie przepisów zabraniających wstępu do nich cudzoziemcom. Oficjalnie, aby korzystać z cofeeshopów trzeba być obywatelem Holandii i posiadaczem rocznego karnetu na zioło. W praktyce jak to działa, nie trzeba chyba pisać. Wystarczy powiedzieć, że rządy się zmieniają, a chmura dymu nad Amsterdamem nie rzednie.


OPRÓCZ TEGO

Amsterdam jest także miastem:
- przepysznych frytek,
- przemiłych ludzi,
- Van Gogha i Rembrandta,
- wielokilometrowych kolejek do muzeów wystawiających Van Gogha i Rembrandta,
- pachącym dość intensywnie serami, głównie Goudą,
- pozostawiającym bardzo pozytywne wrażenie.

15.02.2013

W KRAJU LODU I OGNIA


Ponieważ nasza poprzednia noworoczna wyprawa na Szetlandy zakończyła się tylko połowicznym sukcesem i z trzech postawionych sobie celów udało nam się osiągnąć dwa, postanowiliśmy przełożyć ten jeden niezrealizowany – zobaczenie zorzy polarnej – na następny rok. Zaślepieni misją, pojechaliśmy więc w miejsce, które według wszelkich geograficzno-meteorologicznych przesłanek nadawało się do tego celu idealnie... i wylądowaliśmy na Islandii. 

Zanim jednak napiszemy o wszystkich naszych okołosylwestrowych aktywnościach, kilka ciekawostek z Dalekiej Północy: 

- Islandia leży jednocześnie na dwóch płytach kontynentalnych: euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Granica płyt przebiega ukośnie przez środek wyspy (z południowego zachodu na północny wschód) i to na tej linii znajduje się większość islandkich wulkanów. Przemieszczanie się płyt względem siebie jest przyczyną dużej aktywności sejsmicznej, o której nie tak dawno przekonaliśmy się za sprawą wulkanu o pięknie brzmiącej nazwie Eyjafjallajökull.

Źródło: http://volcano.si.edu

- Reykjavik jest najdalej wysuniętą na północ stolicą świata. Miasto leży na 64°08’ północnej szerokości geograficznej i tylko dwa stopnie dzielą je od granicy koła podbiegunowego. 

- Na Islandii występuje tylko jeden rodzimy gatunek ssaka – lis polarny. Cała reszta została przywieziona na wyspę przez człowieka. Zdarza się, że podczas srogich zim na Islandii pojawiają się niedźwiedzie polarne, które przychodzą tu po krach lub przepływają z Grenlandii. 

- Islandzkie książki telefoniczne uporządkowane są alfabetycznie według imion. Powodem tego jest fakt, iż Islandczycy nie posiadają nazwisk. Jeżeli pan Einar Jónsson ma syna, nazywa go, powiedzmy, Halldór Einarsson, dosłownie Halldór, syn Einara. Córka tego samego pana będzie się nazywała Björk Einarsdóttir, czyli Björk, córka Einara. Brat i siostra nie noszą więc wspólnego nazwiska, podobnie jak żona Einara Jónssona nie nazywa się tak jak mąż, ale np. Astrid Baldursdóttir (po swoim ojcu Baldurze). Gdybyśmy chcieli znaleźć te cztery osoby w książce telefonicznej, mamy musielibyśmy szukać pod „A”, taty pod „E”, syna pod „H”, a córki pod „B”. Proste i logiczne... 

- Islandia w ogóle nie posiada armii. Przy całkowitej populacji kraju wynoszącej zaledwie 320 tysięcy, liczebność sił zbrojnych byłaby po prostu śmieszna. Mimo całkowitego braku wojska, Islandia szczyci się wygraną wojną z Wielką Brytanią. Od lat 50. do 70. u islandzkich wybrzeży toczyły się tzw. Wojny Dorszowe, czyli konflikt o łowiska, w którym Islandczycy zwyciężyli, używając jedynie kutrów rybackich i statków straży przybrzeżnej. 

- Tradycyjną potrawą narodową na Islandii (obok owczej głowy) jest płetwa trującego rekina. Przed zjedzeniem należy zakopać ją w ziemi na... pół roku. To jedyny sposób, aby pozbyć się z mięsa śmiertelnej toksyny.

- Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w odniesieniu do kraju leżącego tak blisko bieguna, znaczną część interioru Islandii stanowią pustynie. Ogrome połacie pól lawowych zajmują około 12% powierzchni wyspy i są niemal zupełnie pozbawione wegetacji roślinnej. Jak widać na pustyni nie musi być wcale gorąco. Na pustyni musi być pusto.

23.12.2012

SALONIKI



Po trzech godzinach jazdy autobusem z przygranicznej Floriny docieramy do Salonik. Pierwsze co rzuca nam się w oczy po wjeździe do miasta to fakt, że na co drugim skrzyżowaniu leży rozbity motor albo skuter. Czasem leży również motocyklista i kręci się jakiś policjant. Oprócz tych powypadkowych, motorów i skuterów jeżdżących po ulicach są tu niezliczone roje. Jednoślady jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, co umożliwiają im niewielkie rozmiary, pozwalające przeciskać się między samochodami na jezdniach i między spacerowiczami na chodnikach. Kierowców motorków najwyraźniej nie obowiązuje standardowy kodeks drogowy, a jakiś specyficzny rodzaj kodeksu honorowego, w którym za najwyższy punkt honoru uchodzi wysforować się na czołową pozycję startową przed przejściem dla pieszych lub wjazdem na skrzyżowanie. W praktyce oznacza to, że pasy dla pieszych przestają w ogóle spełniać swoją funkcję, gdyż są tak gęsto zastawione gotowymi do startu motorkami, że praktycznie nie ma możliwości wylawirowania między nimi na druga stronę ulicy. Wiele motorków oczekuje, aby wjechać na rondo bądź skrzyżowanie, stojąc już na samym jego środku, dzięki czemu istnieje mniejsza szansa, że ktoś je prześcignie, gdy zapali się zielone światło. Ruch samochodowy w Salonikach kieruje się bardzo podobnymi zasadami, czyli generalnie teorią chaosu, wprowadzaną w praktykę zwłaszcza przy parkowaniu. Jeszcze nigdy w życiu i nigdzie indziej na świecie nie widzieliśmy samochodów zaparkowanych w tak fantazyjnych konfiguracjach jak w Grecji. Chwilami aż przystawaliśmy ze zdumienia, żeby rozrysować sobie w głowie schemat, według jakiego musiały poruszać się pojazdy, żeby ustawić się w taki konkretny sposób. Czasem jedynym możliwym wytłumaczeniem okazywał się dla nas desant z powietrza.

Druga narzucająca się obserwacja to to, że kryzysu nie widać. Grecy nadal żyją na ulicach. Jedzą na mieście, sączą frappe w kawiarenkach, pogrywając w domino. Są organicznie zrośnięci z takim trybem życia. Poranna kawa i pasztecik w piekarence na rogu w drodze do pracy jest dla nich czymś tak oczywistym, jak dla Polaka sznytka z kiełbasą na śniadanie. Tak po prostu jest. Tak zawsze było i się nie da inaczej.


Jednocześnie Grecy jako ludzie mile nas zaskakują. Przed przyjazdem naczytaliśmy się o nich w samych inwektywach: że są chamscy, leniwi, nieuki i oszuści, że na obcokrajowców patrzą z góry oraz z pogardą, źle traktują kobiety i ogólnie są zakałą Europy. W Helladzie spędzamy wprawdzie tylko cztery dni, z czego dwa w górach, ale musimy powiedzieć, że nic z tego co słyszeliśmy o greckim narodzie się nie sprawdza. Przede wszystkim z zaskoczeniem stwierdzamy, że bez żadnych problemów możemy się dogadać po angielsku, nawet w kiosku, cukierni czy na wiejskiej stacyjce kolejowej z jednym peronem. Ludzie wydają się bardzo pomocni. Widząc cudzoziemców, sami zatrzymują się na ulicy i pytają czy w czymś pomóc. Nikt nas nie próbuje naciągnąć ani okraść, nikt się nie myli, wydając nam resztę, wszędzie dostajemy fiskalne paragony. Piekarz, u którego kupujemy bułki codziennie macha nam przez szybę, gdy przechodzimy chodnikiem, a pan sprzedawca omletów wyposaża nas na drogę w ciasteczka. Tym co może działać in minus jest fakt, że Grecy są trochę impulsywni. Łatwo się ekscytują i denerwują. Każde lekko odbiegające od normy zdarzenie, jak na przykład stłuczka skuterów na rondzie czy spięcie osoby bez biletu z kanarem, wywołuje u ogółu świadków niezdrowe podniecenie, objawiające się wzmożonym słowotokiem i nadmierną gestykulacją. Poza tym nie możemy o nich złego słowa powiedzieć, ale może to dlatego, że na interakcje mieliśmy tylko cztery dni (które na pewno były mniej męczące niż cztery dni interakcji z Hiszpanami z dowolnegu regionu).


Jeśli chodzi o same Saloniki, to również nasłuchaliśmy się o nich niezbyt przychylnych rzeczy. To druga największa metropolia Grecji, stolica regionu macedońskiego, olbrzymie, portowe miasto nad Morzem Egejskim, tłoczne, głośne i wiecznie w budowie. To wszystko prawda, a mimo to jego atmosfera jakoś przypada nam do gustu. Przede wszystkim Saloniki są pełne młodych ludzi, uczących się na największym na całych Bałkanach Uniwersytecie Arystotelesa. Dużo studentów oznacza, że dużo się dzieje, jest dużo rozrywek i zabawy, ale również dużo nowych inicjatyw, duża dynamika i to jest dobre dla miasta.

Poza tym urzeka nas płynność, z jaką współczesne Saloniki zlewają się z tymi starożytnymi. Budowle pamiętające rzymskich cesarzy i epokę hellenistyczną w pełnym rozkwicie, stoją sobie pośród osiedli mieszkaniowych, restauracji i handlowych pasaży. Kolejne tysiąclecie tętni wokół nich codzienne miejskie życie i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to właśnie jest ich miejsce. I nie mówimy tu o wygrzebanych z ziemi pojedynczych korynckich kolumienkach, ale o całych kompleksach architektonicznych porozrzucanych dosłownie po całym mieście. Jesteśmy tym absolutnie zachwyceni.


Oprócz tego są jeszcze muzea, po których można by chodzić bez końca. My poświęcamy na ich zwiedzanie cały jeden dzień, a udaje nam się obejść zaledwie półtora muzeum. Wychodzimy pod wieczór z niedosytem poznawczym i z konsternacją wspominamy słowa kilkorga napotkanych w podróży osób, twierdzących, że Saloniki nie oferują zupełnie nic ciekawego i wystarczy 12 godzin, by zobaczyć tu wszystko. Otóż nie wystarczy. Dla nas w każdym nawet dwa dni to było zdecydowanie za mało.

8.12.2012

CO NAS WKURZA W MACEDONII


Uwaga, wpis malkontencki! Nie poleca się czytać miłośnikom lukrowanych reportaży podróżniczych, wyidealizowanych wakacyjnych relacji oraz kolorowych katalogów biur podróży. Poleca się przeczytać osobom, które chcą się dowiedzieć jak naprawdę wygląda codzienna Macedonia okiem przyjezdnego, ewentualnie przygotować się do odwiedzenia tego kraju.

Oto subiektywny wykaz rzeczy, które nie spodobały nam się w Macedonii. Kolejność przypadkowa:

- Jedzenie: Do tego stopnia, że poświęciliśmy mu cały odrębny post, do przeczytania tutaj: MACEDONIA OD KUCHNI

- Palenie: Podobnie jak wiele innych „zachodnich mód”, do Macedonii nie dotarła jeszcze moda na niepalenie. Nie chodzi tylko o to, że we wszystkich kawiarniach, barach i restauracjach pierwszą rzeczą jaka pojawia się na stole jest zawsze i niezmiennie popielniczka, a o miejscach dla niepalących nie ma nawet co marzyć, ale o fakt, że pali tu prawie każdy i dosłownie wszędzie. Macedonia jest bez wątpienia krajem o największym (w naszym przypuszczeniu bliskim 100%) odsetku palaczy każdej płci i w każdym wieku, jaki kiedykolwiek odwiedziliśmy. W użyciu są na ogół papierosy, które zapachem przywodzą na myśl te, robiące u nas karierę w głębokim PRL-u, a ponieważ klimat bałkański jest pod każdym względem gorętszy niż klimat PRL-u i sprzyja obfitemu poceniu, należy powiedzieć szczerze i bez ogródek, że wielu ludzi po prostu cuchnie fajami.


- Toalety: Z pominięciem przybytków aspirujących do euro-standardu dominuje styl kucany, do którego po pewnej ilości podróży odbytych w różnych kierunkach łatwo się przyzwyczaić (bo większość świata preferuje ten właśnie styl). W Macedonii wnerwiają nas nie same kibelki, a ich drzwi, które nigdy, przenigdy się nie zamykają. Nie mówimy tu o braku zamka czy klucza. Chodzi o to, że drzwi do toalet zawsze w pewnym stopniu zostają uchylone i nie da się tej szpary w żaden sposób zanihilować. Po prostu taka konstrukcja.

- Roaming: Wysłanie sms-a zjada pół karty. Internet komórkowy jest dla naprawdę zamożnych.

- Smog: Szczególnie uporczywie odczuwalny w Skopje. Początkowo nie możemy zidentyfikować problemu, gdyż po pierwsze stolica Macedonii ze swoimi 500 tysiącami mieszkańców wydaje się za mała, by wyprodukować poważne ilości smogu, po drugie, paradoksalnie, problem nie przejawia się wcale w sferze respiracyjnej, lecz czysto wizualnej. Od pierwszej chwili mamy wrażenie, że powietrze jest podejrzanie nieprzejrzyste jak na tutejszą słoneczną pogodę, bezchmurne niebo i zerową wilgotność. Warunki niby idealne, a wszystko wydaje się jakieś matowe. Później obserwujemy, że słońce zawsze zachodzi tu, a księżyc wschodzi, dziwnie na różowo. Ostatecznie zaczyna zastanawiać nas fakt, iż od czterech dni chodzimy po mieście w piekącym skwarze, nie stosując żadnych kremów z filtrem, a mimo to żadne z nas ani trochę się nie opala. Wyjaśnienie tych tajemniczych zjawisk uderza nas jak obuchem, kiedy wracamy do Skopje z Kuklicy. Przez okna telebiącego się pustą szosą ogórko-busu widzimy w oddali stolicę. Dociera do nas, że miasto leży jakby w niecce otoczenej ze wszystkich stron górami, a nad tą niecką, wyraźnie odcinając się od jasnego nieba, ciężko zwisa kopulasta, różowa łuna smogu. Dalsze obserwacje doprowadzają nas do wniosku, że powodem tak olbrzymiej skali zanieszyszczenia powietrza w tak niewielkim kraiku, nie jest ilość, a jakość i stan jeżdżących po nim wehikułów – kolejny z serii miliona drobiazgów, o jakie Macedonia będzie musiała zadbać przed ewentualnym wstapieniem do Unii.


- Problemy komunikacyjne: Wiadomo, zdarzają się zawsze i wszędzie, ale przy odrobinie chęci i minimum dobrej woli po obu stronach kanału komunikacyjnego, bywają na ogół bardzo łatwo rozwiązywalne. W przypadku Macedonii należałoby raczej mówić o odgórnym braku inicjatyw, które uczyniłyby z FYROM-u kraj lingwistycznie przyjazny turystom. Dość uciążliwa jest nieznajomość języków u ludzi, których praca z założenia polega na dogadywaniu się z obcokrajowcami, na przykład w informacji turystycznej lub na dworcu. Znacznie bardziej zaskakujący jest jednak brak jakichkolwiek tłumaczeń w muzeach, na tablicach informacyjnych przy zabytkach i atrakcjach turystycznych. Gdy już pojawiają się gdzieś jakieś szczątkowe tłumaczenia na angielski, są tak koślawe, że można się popłakać, jeśli nie z rozgoryczenia, to ze śmiechu. I ewidentnie jest to spowodowane zwykłym niedbalstwem, olewajstwem i pójściem na łatwiznę, bo przecież nie brakuje w Macedonii osób, które potrafiłyby sformułować poprawnie kilka zdań w obcym języku. Dodatkowym utrudnieniem, przynajmniej dla nas, jest zapis macedońskiego cyrylicą, szczególnie wnerwiający na głodniaka, przy ciągnących się godzinami próbach wyboru dania z menu. Nasza umiejętność rozszyfrowywania cyrylicy ogranicza się do odbytego przez Bartka w klasie czwartej szkoły podstawowej kursu czytania tekstów bez zrozumienia, który mimo wszystko okazuje się nad wyraz pomocny. Po trzech dniach ustawicznego, treningowego czytania wszystkiego, od nazw ulic po etykiety na piwie, idzie nam już całkiem nieźle, jak bardzo zdolnym dzieciom ze szkoły specjalnej. Wolno i w skupieniu jesteśmy w stanie odcyfrować większość treści w spisie potraw, żeby przetłumaczyć je sobie ze słowniczkiem na końcu przewodnika. Chwilami jednak zwyczajnie nas to męczy i trochę nam się nie chce poświęcać 10 minut na każdy składnik kanapki, a uznajemy, że nasze „niechcenie się” jest w tym wypadku bardziej uzasadnione niż „niechcenie się” sprzedawców i restauratorów.


- Animozje międzykulturowe na tle wyznaniowym: Niestety wciąż bardzo silnie odczuwalne na całych Bałkanach. Przemycane jakby od niechcenia w postaci złośliwych żarcików, niepotrzebnych uwag, lekceważącego tonu w najbardziej nawet niewinnych wypowiedziach. Niby nic, a jednak powtarzane wciąż od nowa, każdego dnia, przy każdej okazji mogą szybko stać się nie do zniesienia dla kogoś, kto chce tu tylko spędzić urlop, a nie opowiadać się po którejś ze stron.

10.08.2012

ATLAS WYSOKI


Naszą marokańską podróż kończymy w Atlasie Wysokim. Wcześniej, od strony Marrakeszu przekraczamy przełęcz Tizi n’Tichka. Droga, którą w latach 30. zbudowała francuska Legia Cudzoziemska, przecina góry Atlasu na wysokości 2260 m n.p.m. i gwarantuje naprawdę niesamowite widoki.


Ławeczka z widokiem na Atlas.

Ostatecznie lądujemy w jakimś zapomnianym przez bogów i ludzi, acz malowniczym miejscu, którego nazwy za skarby nie możemy sobie przypomnieć. Mamy tu zaledwie trzy deszczowe dni, do których szczerze mówiąc, trochę się nie przygotowaliśmy. Przyjeżdżamy z absurdalnym założeniem, że mapę okolicy kupimy w jakimś kiosku na miejscu. Okazuje się to zupełnie poronionym pomysłem, nie tylko dlatego, że map nie ma w kioskach, ale również i głównie dlatego, że w ogóle nie ma kiosków. W nieodległej wiosce jest jeden sklepik, który z grubsza przypomina nasz Ruch, ale pełni on rolę hurtowni spożywczo-chemicznej, nie kolportera materiałów prasowych.

Nasz hotel także nie jest w stanie nam pomóc. Na stojaku z ulotkami nie ma nawet prowizorycznych mapek okolicy, jakie zwykle udostępniane są turystom, żeby się nie pogubili z nadmiaru wrażeń. Może dlatego, że nadmiaru wrażeń nikt tu nie obiecuje... Hotel bardzo chętnie zorganizowałby nam wycieczkę konną, ale mapki niestety zorganizować nie może.


Po szybkich oględzinach okolicy dochodzimy do wniosku, że mapa z lokalnymi szlakami prawdopodobnie nie istnieje, ponieważ nie istnieją same szlaki. Wciąż zapominamy, że idea turystycznego chodzenia po górach dla samej przyjemności chodzenia jest wynalazkiem kultury zachodnio-atlantyckiej i dla wielu ludzi na świecie jest nie tylko obca, ale również zupełnie niezrozumiała. Sama przyjemność chodzenia jest natomiast uznawana za co najmniej wątpliwą. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak eksplorowanie Atlasu ścieżkami wydeptanymi przez kozy i wieśniaków, będąc wyposażonymi jedynie we wrodzony instynkt zdobywców.


Włóczymy się tak moknąc w ciepłym deszczu i patrząc jak zielona rzeka pełznie leniwie czerwonym wąwozem. Bardzo tu cicho i wszystko się dzieje w zwolnionym tempie. Od czasu do czasu natykamy się na samotne chaty zbite z krzywych desek, przy których zakutane w chusty babinki pielą grządki fasoli. Wszystkie mają wytatuowane na podbródkach niebieskie pionowe linie. Dla Berberów to znak, że kobieta jest zamężna. Młode Berberyjki z miast już tego nie robią, nie chcą się piętnować, ale tutaj w górskich wioskach Altasu tradycje są silne i szanowane, a ludzie odporni na zmiany.

Staramy się omijać te babiny i ich chaty niemal na paluszkach, żeby się nie naprzykrzać, nie zakłócać ich naturalnego trybu pracy, życia i myślenia. Nie fotografujemy, bo one się tego boją jak ognia. Ja zasłaniam wszystko poza głową i wciąż sobie wyrzucam, że kogoś urażą niezakryte włosy. Pewnie niepotrzebnie, ale są takie miejsca, gdzie człowiek czuje jakby się pakował ze swoimi turystycznymi butami w czyjś doskonale ułożony świat.

Niżej, przy głównej drodze nieco młodsze kobiety noszą na plecach olbrzymie pęki chrustu. Ciągną za sobą uczepione spódnic, zasmarkane dzieciaki. Za niektórymi idą też osły. Mają na grzbietach naręcze chrustu prawie tak samo wielkie, jak kobiety. Mężczyzn jakoś w tym świecie nie ma.


Każdego wieczoru chodzimy na kolację do jedynej restauracyjki w pobliskiej wiosce. Zawsze jesteśmy jedynymi klientami. Siadamy przy stoliku na tarasie, gdzie niezmiennie przyłączają się do nas pies i stadko kotów w różnych rozmiarach. Jedzenie jest świetne, a obsługa na tyle przyjazna, że z miejsca zaczynami się czuć jak u cioci na imieninach.

Z kolacji wracamy drogą tak ciemną, że otaczająca nas przestrzeń zdaje się prawie pożerać światło latarki. Kiedy ją gasimy, niebo nad nami rozjarza się jak zaczarowane. Ta noc to nasze pożegnanie z Marokiem. Nigdy wcześniej, ani później, nigdzie indziej na Ziemi, nie widzieliśmy naraz tylu gwiazd.

3.08.2012

ESSAOUIRA, CZYLI MAROKO NIEAFRYKAŃSKIE



Essaouira to jedno z najmilej wspominanych przez nas miejsc w Maroku. Właściwie nic tam nie robimy, nie bierzemy udziału w zinstytucjonalizowanym zwiedzaniu czegokolwiek, po prostu  włóczymy się to tu, to tam. Chłoniemy atmosferę.


Najpierw gapimy się na gęsto utknięte w porcie niebieskie łódki, wpasowane jedna przy drugiej jak kawałki puzzli i na rybaków w białych dżellabach albo w dresach, zwijających sieci. Potem gapimy się na chłopaków, skaczących na główkę z ufortyfikowanych portowych murów, ale to gapienie wkrótce nam się nudzi.


Idziemy pospacerować. Na początku szerokim deptakiem z obu stron obwarowanym rzędami restauracji i sklepików z pamiątkami. Nie czujemy się jak w Afryce. Jest jak w chorwackim Splicie albo gdzieś na południu Hiszpanii. Albo w Kołobrzegu po sezonie. Ludzie też są jacyś bardziej europejscy. Nic nam nie chcą sprzedawać, a w każdym razie nie na siłę, nie osaczają nas. Ogólnie są wyluzowani i nam się to wyluzowanie udziela. 


W atmosferze relaksu dochodzimy do struktury architektonicznej wyglądającej jak skrzyżowanie bramy z łukiem triumfalnym. Tu kończy się deptak. A gdzie kończy się deptak, kończy się też turystyczna Essaouira a zaczyna suk. Tu nie kupuje się widokówek i upominków, tylko wszystko to, czego przeciętny Marokańczyk potrzebuje na co dzień: warzywa, narzędzia, bieliznę, straszliwie słodkie, wysokokaloryczne ciastka specjalnie na Ramadan, kury powiązane w pęczki i plecaki szkolne z lalkami Barbie ubranymi w czadory. Tu się odbywa Maroko marokańskie, nie jakaś śródziemnomorska podróba. Jest głośno, trochę brudno, ścisk i zapachy, ale tym razem nas ten harmider wchłania, jakby adoptuje, bierze nas pod skrzydła jak kwoka kaczęta. Wciąż jesteśmy inni, wciąż się wyróżniamy, ale na tym suku nie jesteśmy białasami, których trzeba wydoić. W ogóle mało kto na nas zwraca uwagę. Bo co oni mają nam tu sprzedać? Ten na wpół żywy z gorąca drób, te kilka marchwi nakopanych pod domem, te chińskie skarpety? Tylko raz ktoś nas zaczepia. Chce odkupić nasze trekkingowe sandały. Oferuje swoje klapki, żebyśmy nie szli boso. Pyta ile chcemy. Podajemy prawdziwą cenę rynkową i to go deprymuje. Wyraźnie nie może pojąć, jak ktoś mógł tyle dać za tak brzydkie buty. 

Następny dzień – plaża. Szeroka, o białym, miękkim piasku, bez prażących się ciał. Jest wrzesień. Cieplej niż nad Bałtykiem w szczycie sezonu, a na plaży prawie nikogo. Kilka osób się przechadza, jeden pan z tacą sprzedaje słodycze, siedzi kilku miejscowych (nie kilkoro, bo kobiety nie siedzą), a i to tylko bliżej centrum miasta. Później nie ma już nawet tych nielicznych.


Na plaży spotykamy Yusifa. Yusif ma 17 lat, małego brata, który jeszcze nie obchodzi Ramadanu i dwa konie. Te konie wynajmuje turystom na przejażdżki. Takich chłopaków jak on jest tu kilku. Nie wyglądają jakby pracowali. Leżą na piasku, urządzają sobie wyścigi konne, bitwy na ochlapywanie wodą albo po prostu moczą siebie i konie po kolana w morzu.

Kiedy przechodzimy, Yusif przerywa moczenie i pyta czy chcemy się przejechać na tych jego koniach. Normalnie, nie jak klasyczny marokański nagabywacz, z uśmiechem nadziei raczej, niż wyrachowania. Właściwie to nawet chcemy. Postanowiliśmy wcześniej, że damy tym chłopakom zarobić. Pyta akurat Yusif, więc pada na niego. Mówimy więc, zgodnie z prawdą, że tak, chcemy bardzo, tylko taki mały problem jest, bo nie umiemy jeździć, na co Yusif uśmiecha się jeszcze szczerzej. „Don’t worry!” – mówi – „These are horses for tourists”. Dostajemy szybki instruktaż jak wsiąść, jak ruszyć, jak zatrzymać, jak sterować, minuta osiem i jedziemy. W zasadzie tylko wsiąść musimy sami, resztę robią za nas konie. To one są tu od myślenia, dzięki czemu możemy poświęcić całą naszą uwagę na rozmowę z Yusifem. 

Yusif jest Berberem. Nie mieszka w Essaouirze, przyjeżdża tu tylko pracować w wakacje. Jego rodzina pochodzi z Agadiru, gdzie hoduje konie, które biorą udział w lokalnych wyścigach. Nagrodą jest zwykle zapas paszy i zaszczytny tytuł zwycięzcy. Dowiadujemy się, że jeden z naszych wierzchowców wygrywał już takie zawody. „To mądry koń.” – mówi chłopak i klepie kasztana po boku – „Rozumie po arabsku i po berberyjsku”. Nam się wydaje, że z polskim również nieźle sobie radzi.

Sam Yusif też głupi nie jest. Jego pierwszym językiem był berberyjski. Arabskiego i francuskiego nauczył się w szkole. Dobrze mówi po angielsku i trochę po hiszpańsku. Tych dwóch języków uczył się od turystów na plaży. Jego pasją jest surfing, który uskutecznia wraz z kolegami, czekając na potencjalnych klientów. Wygląda, że mają na to sporo czasu. Yusif pokazuje nam swoich znajomych. Surfują. Nie znamy się, ale chyba nie najgorzej, zważywszy, że żaden z nich nie ma deski. Mają stare, ergonomicznie wycięte drzwi i na tych drzwiach poskramiają fale.

Autor: Yusif.

Dzisiaj, kiedy to piszemy, okazuje się, że nie mamy żadnej fotografii Yusifa ani tamtych chłopaków i zaraz przypomina nam się dlaczego. Wtedy na plaży Yusif spytał, czy może nieść nasz aparat i robić nim zdjęcia. Nie potrafiliśmy mu odmówić. Kto wie, jakim byłby fotografem, gdyby miał swój własny aparat. Bo gdyby miał prawdziwą deskę, z pewnością byłby dobrym surferem.

14.07.2012

FEZ VS MARRAKESZ


Dwa miasta, dwie medyny, dwa suki – niby to samo, ale... Fez i Marrakesz jakoś nam się utrwaliły jako największa marokańska dychotomia. Nic ich nie łączy, wszystko dzieli, a jednak nie sposób mówić o jednym, nie wspominając drugiego. Przy tym, paradoksalnie i wbrew przewidywaniom a priori, wszelkie próby porównywania niezmiennie wypadają na korzyść Fezu.


Na początek medyny, stare dzielnice bazarów, meczetów i riadów, urbanistyczne kolebki arabskich miast, przez które arteriami ekstremalnie wąskich, zagmatwanych uliczek przepływa codzienne życie Maroka. W obu miejscach podobnie, przepływa wśród ciągłych nawoływań kupców i sporadycznych, choć regularnych jak w zegarku nawoływań muezinów, wśród feerii zapachów i kolorów, wszędobylskich kotów, bogactwa wystawionego na pokaz i ubóstwa skrzętnie ukrytego za rogiem. Z tą różnicą, że w Fezie życie medyny toczy się niespiesznym, naturalnym tempem osiołków, podczas gdy w Marrakeszu mknie warcząc i trąbiąc na wszelkiej maści motorach, motorkach i motorynkach. A w każdym razie mknąć usiłuje, co zważywszy na przeciętną szerokość tutejszych uliczek jest absolutnie niewykonalne i kończy się zazwyczaj utknięciem gdzieś między ścianą, straganem a staruszką, vis-a-vis drugiego zniecierpliwionego motorka.

Z punktu widzenia turysty-spacerowicza (przez socjologów kultury zwanego flâneurem) o wiele przyjemniej jest być na każdym kroku potrącanym przez jucznego osiołka, niż przez piętrowo załadowany, pierdzący jednoślad. Smutniejszą stroną powszechnego użycia osiołków jest fakt, iż mają one w tym kraju status zbliżony do motorków, czyli należny raczej maszynie transportowo-budowlano-rolniczej, niż żywej istocie.


Elementem w pewnym stopniu przywracającym wiarę w ludzi jest pan Sprzedawca Kapci, z którym targujemy się zajadle, ale po przyjacielsku, przeprowadzając jednocześnie dogłębną krytykę polityki zagranicznej polskiego rządu. Pan nie tylko orientuje się świetnie w wydarzeniach na arenie międzynarodowej, ale również zna nazwiska prezydenta oraz obecnego i poprzedniego premiera Polski, czym wzbudza nasz niemały szacunek, nawet jeśli na trzy osoby przypadają tylko dwa nazwiska (przypomnijmy jest rok 2008, krajem do niedawna dowodzili Kaczyński i Kaczyński). Zastanawia nas przy tym, ilu Polaków – ogółem, nie tylko handlarzy-obuwników z rynku – wie chociażby jaki ustrój panuje w Maroku.

Pan Sprzedawca Kapci potwierdza nasze wcześniejsze obserwacje, że Marokańczycy mają dość dużą wiedzę o świecie i całkiem sensowne przemyślenia. Nie stawiamy tu oczywiście wielkiego kwantyfikatora, ale generalnie są niegłupim narodem. Ponieważ dodatkowo udaje nam się osiągnąć porozumienie cenowe i zakupić super-bambosze, pan Sprzedawca Kapci zdobywa duży punkt na korzyść Fezu.

To nie jest ten pan, ale to jest w Fezie.

Maluteńkim mankamentem fezkiej medyny jest fakt, że śmierdzi, ale tylko w dwóch sektorach. O jednym wszyscy wiedzą, bo to właśnie specyficzny aromat ma bezpośredni związek z jego turystyczną atrakcyjnością. Mowa o sektorze garbarni, w którym tradycyjnymi, niezmienionymi od średniowiecza metodami wyprawia i farbuje się skóry. Skąd ta woń? Otóż z krowiego moczu i gołębiej kupy. Po co im zwierzęce odchody? To właśnie sekret niespotykanej miękkości marokańskich wyrobów skórzanych. Nic tak nie uszlachetnia, jak długotrwałe leżakowanie w guanie.



Drugi sektor woniejący nie jest tak popularny wśród zwiedzających i raczej mało kto tu dociera, a trzeba przyznać, że wrażenia zmysłowe są o wiele silniejsze niż w garbarniach. Chodzi o sektor frutti di mare i nie wiemy, jak zwerbalizować doznawane tu bodźce. Żeby je sobie wyobrazić, proponujemy po prostu zakopać się razem z głową w rybich wnętrznościach tydzień po ich zdysponowaniu na wysypisku śmieci w 30-stopniowym upale.

Zdecydowanym minusem Marrakeszu jest natomiast jego uświęcona tradycją turystyczność. Co najmniej od lat 60. miasto było i jest, w zależności od aktualnie panujących trendów, mekką hippisów, new age’owców, podróżników, reporterów-amatorów, cyklistów i hipsterów oraz wszelkich innych odmian wagabundów i zwiedzaczy, co zaowocować musiało przemianami w trybie myślenia jego mieszkańców. Dość powiedzieć, że Marrakesz nauczył się nie tylko z tym żyć, ale również żyć z tego.


Plagą tego miasta są więc tłumy marrakeszan różnych profesji i proweniencji o zdolności niespodziewanego materializowania się w pobliżu obcokrajowców z żądaniem pieniędzy za wszystko, od półminutowego ulicznego występu, którego nawet nie zauważyłeś, po przypadkowe ujęcie na zdjęciu straganu z bułkami i gaciami. Proceder ten w szczególnym natężeniu odbywa się oczywiście na sławnym placu Jemaa el-Fna i potrafi skutecznie zniechęcić mniej asertywnych i odpornych psychicznie turystów do dalszego poznawania Maroka. Dlatego nie polecamy zaczynać od Marrakeszu. Jest duża szansa, że opuści się go z głęboko zakorzenioną awersją do nacji północno-afrykańskich.

W naszym przypadku szalę przeważył pan usiłujący wcisnąć nam małpę na łańcuchu. Kiedy uprzejme propozycje nie zakończyły się sukcesem, pod pretekstem pożegnalnego uścisku dłoni, pan szybkim ruchem przepchną przerażonego zwierzaka ze swojego ramienia na Bartka, licząc prawdopodobnie, że towar dotknięty uznamy za kupiony. Nie uznaliśmy, co zakomunikowaliśmy mu w dość dosadny i niewyszukany sposób. Pan odszedł wkurzony z ogromnym, niezmazywalnym minusem na konto Marrakeszu. I tylko małpki żal...

Stragan z bułkami i marrakeskie motorki.

Żeby jednak napisać też coś pozytywnego, musimy przyznać, że: 

- Marrakesz w pełni zasługuje na swój przydomek „Różowego Miasta” i prezentuje się bajecznie zwłaszcza o zachodzie słońca.

- Po zmroku cały główny plac przeistacza się w jedną wielką restaurację pod gołym niebem, gdzie wybór dań jest praktycznie nieograniczony, a zapachy z gigantycznych grilli uwodzą tak, że trudno się im oprzeć. My byliśmy w Maroku akurat w Ramadanie, więc wielkie żarcie po ostatniej modlitwie rozpoczynało się ze zdwojoną siłą.

- Świeżo wyciskane soki pomarańczowe, sprzedawane z wszechobecnych wózków na Jemaa el-Fna nie mają sobie równych prawdopodobnie nigdzie na świecie.

Różowe Miasto ze sznurem bielizny.

Mimo wszystko, mimo całej tej różowości i pomarańczy, w naszym ostatecznym nieobiektywnym rozrachunku, konkurs na bardziej przyjazne miejsce na Ziemi jednogłośnie i bezapelacyjnie wygrywa Fez.

(Fanfary!)

13.07.2012

MAROKO JEST SPOKO


O Maroku nigdzie nic nie napisaliśmy, bo to było cztery lata temu, a więc w zamierzchłej przeszłości technologii komunikacyjnych, kiedy idea blogowania była nam tak samo obca, jak kontynent afrykański... jest nam obcy do dziś.


W ferworze sieciowej przeprowadzki poznajdowały się jednak stare fotografie, poutykane w najmroczniejszych zakamarkach kompów i wrócił – jak to mówią – wspomnień czar. Całkiem przypadkowo, zbiegło się to w czasie z przeczytaniem przez nas na jednym z popularnych portali podróżniczych relacji z Maroka pewnej pary, która najwidoczniej pojechała tam prosto po wakacjach w Sopocie lub Krynicy Zdroju oraz po lekturze „Baśni Tysiąca i Jednej Nocy”. Para wróciła zawiedziona i zniesmaczona, że na ulicach brudno, że się je kozie głowy i w nich rzucano owocami, i proponowano seks homoseksualny za pieniądze.

Zastanowiło nas, podobnie jak większość czytelników portalu, dokąd państwo zawędrowali w tym Maroku, bo nam się szczęśliwie nic takiego nie przydarzyło, ani nawet nie słyszeliśmy, żeby się przydarzyło komuś innemu.

To znaczy, kozie głowy się faktycznie je czasami, jak zresztą całą resztę kozy. I czasem jest brudno, jak w Manchesterze i w Będzinie. A z rzeczy szemranych za pieniądze, to nam tylko proponowano haszysz i dziwne dynie, ale nie wzięliśmy i nikt nas niczym nie obrzucił. Nawet kalumnią.


W każdym razie, sprowokowani tą koincydencją, postanowiliśmy dorzucić swoje cztery grosze o Maroku, a z racji, że to było dość dawno, to zamiast sadzić farmazony, napiszemy co nam w głowach utkwiło jako najważniejsze.

Zdjęcia z „małpki”, więc będą miały większą wartość sentymentalną niż artystyczno-fotoreporterską, ale bądźcie z nami.

28.12.2011

PRAGA ODŚWIĘTNA


Grudzień. Okołoświąteczne napięcie zaczyna narastać. Szał hurtowego kupowania w imię miłości bliźniego, amok polerowania każdego skrawka powierzchni mieszkaniowej, wysyp służbowych, niemal dobrowolnych spotkań opłatkowych. Czujemy, że trzeba uciekać, by oddalić od siebie widmo szaleństwa.

Uciekamy nie bardzo daleko, żeby jednak nie stracić kontaktu z rzeczywistością, ale wystraczająco, by skierować myśli na inne tory. Do Pragi.


Praga w grudniu cała przeistacza się w świąteczny jarmark. Na każdym wolnym kawałku chodnika, skwerku czy placyku pojawiają się obwieszone światełkami budki i stragany z asortymentem bożonarodzeniowym z założenia, choć nie zawsze w praktyce. Jarmark główny ulokowany jest na Starym Rynku. Tam pod błogosławiącym spojrzeniem posągowego Jana Husa, w brukowanej niecce między Tyńskim Chramem z jednej, a ratuszową wieżą ze sławnym astronomicznym zegarem z drugiej strony, wyrasta prowizoryczna mini-osada drewnianych domków, sprzedających całe mnóstwo atrakcyjnych i zupełnie niepraktycznych rzeczy.


Dwa rodzaje budek wydają nam się jednak całkiem praktyczne: te z grzanym winem i drugie z napisem „Trdlo”. W chatkach opatrzonych tym tajemniczym szyldem wyrabiane są trdelniki – pyszne, słodkie rury pieczone na wielkich rusztach. Jeśli już kupować coś na praskim jarmarku, to warto nabyć sobie trdelnika.


Nabywamy i udajemy się kierunku Hradczanów. Przez Wełtawę, jak wiadomo, przeprawić się należy Mostem Karola. Most znany jest z szeregu ustawionych na nim posągów świętych i błogosławionych w pozach mniej lub bardziej biblijnych oraz „wielowiekowej” tradycji dotykania różnych świętych w różne miejsca w celu spełnienia rozmaitych intencji. Nawet nie będąc znawcą obyczaju, łatwo domyślić się, że dotykać należy zawsze najbardziej wyślizganej na złoto części ciała świętego.


Po drugiej stronie rzeki, już na zamkowym wzgórzu, rozwinęła się najwidoczniej nowa świecka tradycja dotykania posągów nieświętych w miejscach jednoznacznie wskazujących na intencję, której zwerbalizowanie bywa krępujące.


Praski Hrad z majestatyczną Katedrą św. Wita, spektakularnymi zmianami warty  i zaskakującym brakiem śmieci, niezmiennie prezentuje się godnie. Nie będziemy się jednak rozwodzić nad historyczno-architektonicznymi atutami Pragi, gdyż wystarczająco dużo zostało już o nich napisane w źródłach wszelakich i każdy z łatwością może się dowiedzieć, co w stolicy Czeskiej Republiki trzeba zwiedzić oraz dlaczego Hradczany, Józefów, Wyszehrad i Plac Wacława.


Z rzeczy, których może nie być w przewodnikach:

- Czesi kochają mięso. Dział „dania bezmięsne” zwykle w ogóle nie figuruje w menu. W bardziej postępowych knajpach znajduje się w nim jedna potrawa – smażony ser. Daniem, z którego Czesi są najbardziej dumni jest świńskie kolano.

- Czeskie piwo jest (subiektywnie) najlepsze na świecie. Są go niezliczone rodzaje i warto je kupować do każdego posiłku, choćby dlatego, że jest o wiele tańsze niż herbata.

- Czeska telewizja na okrągło nadaje kroniki filmowe. Przy czym te komunistyczne należą do najnowszych. W hotelu mamy co prawda tylko cztery kanały i telewizor, który odbiera w podczerwieni (nasz hotel był bardzo tani), kiedykolwiek go jednak nie włączamy, któryś program nadaje właśnie newsy o oddaniu kolejnego osiedla z wielkiej płyty i anykapitalistycznych protestach w NRD. Generalnie mamy wrażenie, że najświeższe wiadomości są z ’89.

Skoro jesteśmy w latach 80., warto jeszcze wspomnieć Lennonową Ścianę. Znajduje się ona na Malej Stranie, koło francuskiej ambasady i nie polecamy szukać jej z przewodnikiem AA, który pokazuje, że jest zupełnie gdzie indziej.


Ściana stała się Lennonową po śmierci Johna, kiedy to ktoś namalował na niej wizerunek artysty. Potem zaczęło się pojawiać więcej graffiti, więcej lennonów, coś o miłości, pokoju i wolności, więc władze Czechosłowacji wszystko zamalowały. I znowu ktoś coś narysował, napisał, a władze znowu, że remont. I tak bez końca, jedni malowali nocą, drudzy w dzień. Później była Aksamitna Rewolucja i ambasador Francji poprosił, żeby nie robić już więcej remontów. Od tamtej pory każdy może na Lennonowej Ścianie pisać to, co chce.

A jeśli już jesteśmy przy tym: Dwa dni po naszym powrocie z Pragi zmarł Václav Havel i było nam bardzo przykro.