Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transport. Pokaż wszystkie posty

19.12.2012

GRANICA


Czas pożegnać się z Macedonią, zmierzamy w kierunku granicy z Grecją, a potem do Salonik.

Zmierzamy osobowym samochodem z wynajętym kierowcą. Nie dlatego, że cenimy sobie wygodę w podróży, czy że zostało nam za dużo niewymienialnych nigdzie indziej denarów, ale dlatego, że nie istnieje żaden środek transportu publicznego, jakim dałoby się przekroczyć tę granicę. Macedonia z Grecją skomunikowana jest tylko jednym jedynym połączeniem kolejowym – ze Skopje. Drugie największe miasto kraju, Bitola, leżąca na południu, niecałe 20 km od przejścia granicznego i 30 km od Floriny, najbliższego greckiego miasta, gdzie właśnie musimy się dostać, nie ma żadnego. Nie ma pociągów, autobusów, ani dyliżansów. Jedyny sposób, aby wydostać się z FYROM-u, to wziąć taksówkę lub prywatnego przewoźnika. My wybieramy to drugie, bo jakoś wolimy dać zarobić zwykłemu obywatelowi z samochodem i inicjatywą, niż taksiarskiej korpo. No i jedziemy z Aleksandrem, kierowcą poleconym nam w hostelu.

Aleksandr jest młodym, sympatycznym człowiekiem. Jeździ całkiem niestarym audi, a nie yugo, więc nie martwimy się o nasze życie i zdrowie. Ma ubezpieczenie, wizę, zieloną kartę i nawet pracował w Niemczech z czterema Polakami na budowie. Jak się okaże jedynym przewinieniem Aleksandra jest właśnie fakt, że nie należy do jednej z dużych taksówkowych korporacji z układami.

Zewnętrzna granica Unii Europejskiej wita nas absolutnie bezproblemową podwójną odprawą paszportową oraz marsową twarzą rozwrzeszczanego greckiego celnika. Pan z plakietką „Hellenic Customs” zatrzymuje po cztery samochody na raz, po czym lata od jednego do drugiego, wymachując rękami i wydzierając się na kierowców i pasażerów z pominięciem „Dzień dobry”. Nie sprawdza bagaży, nie pyta dokąd i po co, i czy coś przemycamy, tylko krzyczy i krzyczy bez końca. Nic z tego nie rozumiemy, bo audio jest po helleńsku, ale zauważamy, że wszystkie zatrzymane auta są na tablicach macedońskich albo greckich. Obserwujemy również ciekawe zjawisko behawioralne: wszyscy shaltowani Grecy momentalnie zaczynają zachowywać się jak pan celnik, czyli wrzeszczeć i wygrażać pięściami. Macedończycy za to, równie natychmiastowo kulą po sobie uszy i jąkają się przepraszajaco. Obie strategie wydają się równie nieskuteczne. Obywatele krajów zachodnich w międzyczasie po prostu przejeżdżają obok nie niepokojeni. Witamy w Europie bez podziałów.

My zza samochodowej szybki bezradnie patrzymy jak Aleksandr obrywa za niewinność. Próbujemy się uśmiechać i wysyłać do pana celnika  pozytywne fluidy. Chcemy tłumaczyć, że nasz kierowca to porządny człowiek jest, wszystkie papiery ma, nawet w Bundesrepublice bywał, że nas tylko jedzie odstawić na dworzec do Floriny i zaraz wraca do siebie, do FYROM-u. A my przecież konfratrzy ze Zjednoczonej Europy, jedziemy was Greków poratować w kryzysie, zostawić wam nasze euro-pieniążki. Wszystkim będzie miło i na rekę... tylko niech nas pan już puści i nie każe drałować z buta 10 km autostradą, bo na to się właśnie zanosi.

Czas mija, zegar tyka, a my zaczynamy snuć plan awaryjny na wypadek, gdyby Aleksandr został zawrócony do Macedonii, a my pozostawieni na pastwę losu u wrót Europy bez granic, kiedy nasz kierowca wsiada do wozu i odjeżdżamy bez słowa oraz bez problemu. Patrzymy po sobie, a potem na Aleksandra, który szybko odczytuje nasze zdumienie: „Grecja. Korruption.” – mówi swoim łamanym niemieckim. – „Dałem mu 5 euro”.

Przejeżdżamy granicę i nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości, takiej zwyczajnej, do jakiej przywykliśmy. Jakby samo minięcie granicznego słupka wyrwało nas z zamglonego wspomnienia PRL-u i przerzucilo w czasie o 30 lat do przodu. Autostrady, pojazdy z naszej epoki, szklany dworzec z budżetu UE, ludzie rozumieją co mówimy po angielsku, segregują śmieci i nie piją wódki na śniadanie. Wszystko jest zapisane alfabetem równie dla nas nieczytelnym, co pismo klinowe i nawet rozszyfrowywane z trudem słowa z niczym nam się nie kojarzą, a jednak to jest świat jaki znamy.

14.10.2012

KUKLICA - KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE


Kuklica jest opiana i obfotografowana w każdym przewodniku po Macedonii. To taka macedońska Kapadocja w miniaturze. W dodatku leży zaledwie 75 km od Skopje – w sam raz na jednodniowy wypad ze stolicy. Wręcz nie wypada się nie wybrać.

Najpierw pytamy o Kuklicę gospodarza naszego hostelu. Nigdy tam nie był, ale to przepiękne miejsce. Pokazuje nam zdjęcia w swoim przewodniku i opowiada legendę o przeklętym ślubnym korowodzie (Jeden pan młody, dwie narzeczone. Ta bardziej zazdrosna sprzymierza się z nieczystymi siłami, rzuca klątwę i zamienia wszystkich weselników w kamień. Nikt nie żyje długo i szczęśliwie. Koniec). Jak tam dojechać? Pan gospodarz nie wie. To jest gdzieś bardzo daleko, we wschodniej Macedonii. Ciężko będzie znaleźć jakiś transport.


Daleko? Toż na mapie, jak w pysk strzelił widać, że 75 kilometrów. Nie rezygnujemy i idziemy na dworzec autobusowy, zasięgnąć rady specjalistów. Zaznaczmy, że to dworzec centralny w stolicy kraju. Podchodzimy do okienka:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. – Pani nawet mówi trochę po angielsku.
- Jak dojechać do Kuklicy?
- A gdzie to jest? – Odpowiada pani pytaniem na pytanie.

Trochę nas to zbija z tropu, bo to ona siedzi po tamtej stronie szyby z napisem „Informacja”, ale grzecznie pokazujemy mapkę z przewodnika. Pani obrzuca książkę krytycznym spojrzeniem i mówi, że tam nie jeżdżą żadne autobusy.

Aha, to my się musimy naradzić w takim razie. Odchodzimy od okienka, wertujemy przewodnik, studiujemy mapę. Przecież tam idzie główna droga do Kratova, jednego z większych miast w regionie. Autobusy do Kratova jeżdżą regularnie i nie mogą jechać inaczej, niż właśnie tamtędy. Postanawiamy wypróbować inną panią:
- Proszę pani, chcieliśmy się dowiedzieć o autobus do Kuklicy. O której odchodzi i jak długo jedzie?
- Tak, oczywiście. O 3:15 rano, jedzie 10 godzin. – Co? Jak 10 godzin!? W tym kraju w żadną stronę nie da się jechać 10 godzin. Ten kraj ma powierzchnię tylko trochę większą od województwa lubelskiego.
- Pani kochana. – Nie dajemy za wygraną. – Pani nas chyba źle zrozumiała. Nam chodzi o tę tutaj Kuklicę, 75 km stąd. Jak tam cokolwiek, poza zaprzęgiem w woły, może jechać tyle godzin?
- A, Kuklica! Bo ja myślałam, że chodzi o Podgoricę.
- Nie, nie, my nie chcemy do Czarnogóry. Chcemy tylko tu, do Kuklicy. To jak tam dojechać?
- Tam się nie da dojechać. – Ręce nam opadają.
- Ale do Kratova się da, tak? To jak kupimy bilet do Kratova i poprosimy kierowcę, żeby nas wysadził w Kuklicy, to chyba nas wysadzi, prawda?
- No, tak to chyba można.

Fantastycznie! Sprawa rozwiązana. Bierzemy nasze bilety i udajemy się na peron, z którego odchodzi PKS do Kratova. Pokazujemy kierowcy, gdzie chcemy wysiąść. Kierowca nic z tego nie rozumie. Przychodzi drugi pan, kontroler-nawigator. On też nie rozumie, ale ten autobus jedzie do Kratova, nie do Kuklicy. Komunikacja w polsko-macedońsko-angielskim idzie nam bardzo opornie.
- To nie możemy z niego wysiąść w Kuklicy?
- Nie. Musimy dojechać do Kratova, a potem wrócić tą samą drogą do Kuklicy. Najlepiej taksówką.
- Taksówką? Panie, toż to jest ponad 20 km. Czy my wyglądamy na milionerów? Przecież nie mogą mieszkańcy tej części kraju między Skopje a Kratovem być odcięci od świata i podróżować wszędzie taksówkami.  – Już nam naprawdę nerwy puszczają.

I wtedy z nieba spada nam Lide. Lide studiuje filologię angielską, jest przewodniczką turystyczną po Macedonii i przypadkowym świadkiem tej frustrującej dyskusji. Brawurowo wkracza do akcji, zamienia kilka słów z panem nawigatorem, a chwilę później cała nasza trójka siedzi już w autobusie i zmierza we właściwym kierunku.

Okazuje się, że panowie zwyczajnie nie mają pojęcia, w którym miejscu na ich codziennej trasie znajduje się ta unikalna atrakcja turystyczna (mimo wyraźnych oznaczeń po drodze), więc woleli nas bezpiecznie dowieźć do końca kursu autobusu. Na szczeście Lide obejmuje dowodzenie nad pojazdem, mówi panom gdzie stanąć i nakazuje zatrzymać się w tym samym miejscu, żeby zabrać nas z powrotem do Skopje, kiedy będą wracać ostatnim kursem. Dziękujemy, Lide!

No to jesteśmy. Teraz musimy jeszcze tylko trafić do miejsca, gdzie znajdują się te niesamowite skalne formacje. To prosta droga, jakieś 3-4 km w jedną stronę. Niestety musimy się spieszyć, bo dojechanie tu, zamiast zapowiadanych 45 minut, zajęło naszemu ogórowi bite dwie godziny. Jest 15:00, a musimy zdążyć wrócić na ostatni kurs z Kratova, czyli na 17:00 (jest niedziela i według logiki transportu publicznego ludzie nie powinni przemieszczać się po nocy).


Idziemy więc sprężystym krokiem, najpierw przez wioskę, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają, tudzież diabeł mówi dobranoc, potem przez dzikie pola, z których nie wyrasta nic poza kościotrupem autobusu. Klimat trochę jak z „Into the Wild” tylko, że tu się bardziej nie powiodło. Raz mija nas zachustowana babina jadąca na ośle, drugi raz chudy dziadek z kijkiem i stadem równie chudych kóz. Oboje dużo do nas mówią i nie zraża ich fakt, że nie wiemy o czym. Uśmiechamy się do nich i maszerujemy twardo, choć upał nas dobija, pot zalewa oczy, a suchy piach zatyka dziurki w nosie. W końcu docieramy.


Faktycznie Kuklica jest jak mikro-Kapadocja. Fantazyjne kamienne twory, ukształtowane przez wieki procesów geologicznych działających na miękkie wulkaniczne skały mogłyby zrobić powalające wrażenie na kimś, kto nie był wcześniej w Kapadocji. My niestety byliśmy i to nam trochę psuje doświadczenie Kuklicy. Nadal nam się podoba i twierdzimy, że warto, nie możemy jednak powiedzieć, żeby na ten widok opadły  nam szczęki. W dodatku mamy trochę mało czasu. Kręcimy się chwilę między skalnymi „kukłami”, włazimy na skraj urwiska, pstrykamy fotki w stylu paparazzi kolesiowi pozującemu z motorem i udajemy się ponownie na pylisty szlak w kierunku głównej szosy.


Teraz musimy już iść naprawdę dziarsko, bo 17:00 zbliża się nieubłaganie. Perspektywa spędzenia nocy pod gołym niebem w środku niczego działa na nas jednak dość motywująco i docieramy do asfaltówki na czas. Pan kierowca z panem nawigatorem, bogatsi o wiedzę na temat lokalizacji Kuklicy, zatrzymują się we wskazanym przez Lide punkcie, tuż przy wielkiej tablicy z napisem „Skalne Kukły, wieś Kuklica”. Z niedowierzaniem w głosie pytają, czy znaleźliśmy to tajemnicze miejsce, a nasza twierdząca odpowiedź wyraźnie napawa ich dumą. W końcu nie kto inny, jak właśnie oni dowieźli nas do tego sławnego na całą Macedonię cudu natury.

4.01.2011

SUPERBUSEM Z KANDY DO NUWARA ELIYA


Znaleźć właściwy autobus na dworcu w Kandy nie jest rzeczą łatwą. Pomijając nawet milczeniem odwiecznie panujący tam chaos, już sama ilość pojazdów zgromadzonych na stosunkowo niedużym prostokącie błotnistego placu manewrowego sprawia, że można się pogubić. Nie tylko w domysłach, ale i całkiem fizycznie.

W myśl zasady „kto pyta, nie błądzi (albo błądzi trochę krócej)”, chodzimy i pytamy. W końcu kierują nas w najdalszy kąt dworca. Idziemy. Autobusy do Nuwara Eliya stoją dwa; jeden normalny, czyli biały, drugi intercity – mały, klimatyzowany busik, o jakich czytaliśmy w przewodnikach, a na jakie nie udało nam się wcześniej natknąć w naturze. Źródła pisane podają, że jazda takim superbusem jest niezwykle komfortowa, gdyż z uwagi na wysokie opłaty biletowe, ten środek lokomocji nie cieszy się szczególną popularnością. Pytamy o cenę – 170 rupii (niecałe 5 zeta). Wsiadamy. 

W środku faktycznie luksus. Klima chodzi, kierowca ma buty, każdy siedzi na swoim miejscu, nikt nikomu nie siedzi na kolanach, nie zwisa nad głową, nie leży na ramieniu. Jechać, nie umierać.

Prujemy przestrzeń. 

W jednej trzeciej drogi nasz busik nagle staje. Kierowca z konduktorem otwierają klapę w podłodze, pociągają coś w środku, pompują, stukają. Ruszamy. Jedziemy chwilę i znowu to samo. Za trzecim razem zatrzymujemy się przy przydrożnej lepiance. 

Jakiś półnagi pan usypuje sobie na podwórku kupki czarnego żwiru. Kierowca i konduktor wyskakują z superbusa, biegną do pana i wszyscy trzej zaczynają latać wkoło lepianki, przewalając graty i puste worki po cemencie. Dzwonią gdzieś z komórki, a chwilę później przyjeżdża tuk-tukiem dwóch innych panów z półką. Wkładają półkę do autobusu i idą pomóc. Teraz już w pięciu krzątają się po podwórku. Co jakiś czas któryś z nich bezskutecznie próbuje odpalić nieżywy silnik. 

W pewnym momencie znikają pod wiatą, po czym wracają z lejkiem i małym kanistrem benzyny. Lejek się nie nadaje, bo jest opiaszczony, więc na prędce konstruują wlew paliwa z gumowej wycieraczki (która też jest opiaszczona, ale mniej). Tankują. Ruszamy i jedziemy dalej. Z półką. 

Busik ledwo ciągnie pod górkę, ale udaje mu się dotrwać do najbliższego miasteczka, gdzie... staje dwa metry przed stacją benzynową. Obsługa ochoczo i bez większego zaskoczenia dopycha go do pierwszego z brzegu dystrybutora, a po chwili, napojony odżywczą etyliną, znowu mknie jak strzała przez zielone wzgórza herbacianych plantacji, przez Lebukale do Nuwara Eliya.

17.12.2010

O TUK-TUKACH


Najpopularniejszym środkiem transportu na Sri Lance jest tuk-tuk, czyli motoriksza. Tuk-tuki dzielą się na towarowe i osobowe, przy czym te ostatnie w przeważającej ilości pełnią rolę taksówek, które w żadnej innej formie w tym kraju nie istnieją. Pytanie: „Need a taxi?” jest najczęściej padającą frazą na ulicach lankijskich miast i zawsze, bez wyjątku oznacza: „Czy podwieźć cię gdzieś motorikszą?”. Postoje taksówek wyglądają jak poniżej, ale naprawdę nie ma potrzeby ich szukać, gdyż z reguły to taksówki pierwsze znajdują swoich pasażerów. Często zanim ci zdążą choćby pomyśleć, że potrzebują taxi.


Bez względu na to, czy dany tuk-tuk wozi ludzi, czy worki manioku, jego karoseria jest zawsze odzwierciedleniem estetycznej wrażliwości właściciela oraz manifestem jego filozofii życiowej. Tuk-tuki są więc bogato zdobione frędzelkami, naklejkami, sztucznymi kwiatami i fluorescencyjnymi gadżetami, świecącymi na różne kolory z różną częstotliwością. Oprócz tego pokrywają je napisy o głąbokiej treści egzystencjalno-moralnej, które w zależności od zapatrywań religijnych kierowcy, mogą brzmieć: „Jezus zawsze zwycięża”, „Nie ma boga nad Allaha”, „Buddyzm drogą do wolności” lub „God bless Barack Obama”. Zdarzają się też hasła bardziej uniwersalne typu: „Uczciwość najlepszą polisą” czy „Życie nie jest usłane różami”. Pomimo drobnych różnic światopoglądowych, wszyscy tuktukowcy wyznają jednak przede wszystkim filozofię bezwzględnego korzystania z okazji do maksymalizacji zysku. Potrafią przy tym załatwić wszystko, od noclegu po wycieczkę objazdową wokół kraju (co jest pomysłem dość optymistycznym, zważywszy możliwości trzykołowego pojazdu z zasłonką zamiast drzwi i silnikiem niewiele mocniejszym od kosiarki).

Częstą praktyką jest zawieranie sojuszy między rikszarzami i właścicielami hoteli, którzy płacą drobną prowizję, za każdego dostarczonego pod drzwi przybytku gościa. Prowizja, choć niewielka, musi być korzystniejsza, niż opłata za przejazd, bo taksówkarze wolą zawieźć cię za darmo, niż dać ci się przespać w innym miejscu. 

W Mirissie daliśmy się namówić na darmową podwózkę trzysta metrów,  żeby chudy taksówkarz bez zębów mógł dostać swoją działkę. Decyzja okazała się zgubna w skutkach, bo kierowca o skłonnościach psychopatyczno-maniakalnych prześladował nas bez wytchnienia przez trzy kolejne dni. Widmo zielonego tuk-tuka było pierwszą rzeczą, jaką widzieliśmy rano, gdy otwieraliśmy oczy i ostatnią jaka migała za oknem przed snem. Prawdziwie osaczeni poczuliśmy się jednak dopiero, gdy natknęliśmy się na niego w środku bananowego lasu na górce za wsią.

16.12.2010

O AUTOBUSACH


Po lankijskich drogach jeżdżą trzy rodzaje autobusów: czerwone, białe i luksusowe. Te ostatnie występują niezmiernie rzadko, toteż nie będziemy się nimi zajmować jako kategorią. W późniejszym czasie poświęcimy natomiast wpis egzemplarzowi, z którym splotły się nasze losy.


Autobusy czerwone to te państwowe, najwolniejsze i najbardziej zdezelowane. Białe ekspresy są w lepszym stanie technicznym, więc poruszają się troszeczkę szybciej. Niewiele jednak, bo nie na wiele pozwala nawierzchnia (średnia prędkość  jazdy wynosi oszałamiające 30 km/h). 100% autobusów jest marki TATA i wszystkie wydają się pamiętać czasy kolonialne. Prawda jest taka, że niezależnie od koloru, żaden z tych wehikułów pod żadnym względem nie nadaje się do ruchu drogowego i według żadnych znanych nam standardów nie powinien być do niego dopuszczony. Standardy jednak to pojęcie względne.

Najlepiej funkcjonującą częścią tutejszych autobusów jest radio oraz wielkie kolumny rozmieszczone równomiernie ponad siedzeniami. Z kolumn przez całą drogę i w czasie postojów płynie syngaleskie disco polo. Z głośnością, która wprawia szyby w wibracje i trwale uszkadza błony bębenkowe. Dobrze też działają autobusowe ołtarzyki – umieszczone tuż obok kierowcy neonowe panteoniki bóstw o estetyce automatów do gry z elementami  choinkowymi.


Lankijskie autobusy zawsze jeżdżą z otwartymi drzwiami. Początkowo sądziliśmy, że to forma wentylacji, szybko jednak empirycznie przekonaliśmy się o prawdziwej tego przyczynie. Otóż drzwi pozostają otwarte, aby w czasie jazdy nadmiar masy ludzkiej ze środka pojazdu mógł swobodnie zwisać przez nie na zewnątrz.

Załoga autobusu składa się z kierowcy i konduktora. Konduktor sprzedaje bilety i upycha pasażerów w taki sposób, aby we wnętrzu TATY nie marnował się ani jeden milimetr kwadratowy przestrzeni, ani centymetr sześcienny powietrza. Konduktor ma przy tym także zdolności ninja, gdyż nawet w tak skrajnie nieprzychylnych warunkach potrafi, tylko sobie znanymi sposobami, przecisnąć się z jednego końca pojazdu w drugi, aby zaopatrzyć każdego w stosowny bilet.

Funkcja kierowcy nie wymaga obszernych tłumaczeń. Na Sri Lance kierowca, gdy prowadzi jest z reguły bosy i żuje betel, przez wiele kilometrów bezustannie plując przez okno czerwono-brązową mazią. Jego siedzenie wraz z gigantyczną pokrywą silnika otoczone jest niską barierką, za którą podróżni układają swoje torby i tobołki. W rezultacie kierowca prowadzi autobus zabudowany z jednej strony ustawicznie rosnącą ścianą bagaży, które co jakiś czas opadają mu na lewe ramię i dźwignię zmiany biegów. Mniejsze bagaże układa się wzdłuż przedniej szyby na desce rozdzielczej.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że podróżowanie autobusami na Sri Lance, nawet jak na tutejsze warunki, jest kuriozalnie tanie. Za około trzy złote można tu spokojnie przejechać 150 km. To jakieś 4,5 godziny jazdy.

2.06.2010

O AUTOBUSACH - KUPIĆ BILET


Zjawiliśmy się na dworcu Harem w Istambule trzy dni przed planowaną podróżą do Göreme. W miarę szybko udało nam się w gąszczu kolorowych transparentów odnaleźć biuro, obsługującej trasy do Kapadocji, kompanii Nevşehir, gdzie szerokim uśmiechem powitał nas okrąglutki, wąsaty pan w drucianych okularkach, mówiący tylko po turecku. Mimo bariery językowej, a za sprawą dobrej woli wszystkich zaangażowanych interlokutorów, zakup biletu przebiegł jednak nad podziw sprawnie. 

Odbywał się on głównie zaskakująco skuteczną metodą gestykulacyjno-piktograficzną, do momentu gdy pan (wskazując każde z nas długopisem) zasugerował, iż potrzebuje naszych nazwisk, po czym napisał na kartce bardzo długie słowo, zaczynające się od: „SIGN...” Błyskawicznie zadziałała nasza niebagatelna kompetencja językowa, nakazująca wnioskować, że chodzi o podpis. Podpisaliśmy się ku wielkiej uciesze pana, który uznał widocznie, iż nasza nieznajomość tureckiego ogranicza się tylko do języka mówionego i zaczął na piśmie, w zdaniach wielokrotnie złożonych, dawać nam szczegółowe wskazówki dotyczące wyjazdu. Tu jednak nasz poliglotyzm okazał się niewystarczający. Wzięliśmy więc karteczkę i, serdecznie dziękując, rozstaliśmy się w atmosferze obopólnego zadowolenia.

Kiedy trzy dni później ponownie przybyliśmy na dworzec, pan wyłowił nas spośród tłumu podróżnych stosów i bagaży. Schował nasze plecaki w swym bezpiecznym kantorku, a gdy przyszedł czas, wskazał właściwy autobus i pomachał na pożegnanie.

Może się powtarzamy, ale Turcy są naprawdę skrajnie mili.

O AUTOBUSACH


Sieć kolejowa w Turcji jest bardzo słabo rozwinięta, w wyniku czego wszelkie migracje wewnętrzne odbywają się tu autobusami. Wzdłuż i wszerz kraju przemieszczają się tym środkiem lokomocji nie tylko turyści, ale także (a właściwie głównie) całe tureckie rodziny wraz z dywanami, skrzyniami sadzonek  pomidorów, kartonami z 60-cio elementową zastawą stołową i całym dobrodziejstwem inwentarza.

Firm przewoźniczych są tu dziesiątki, jeśli nie setki. Z tego powodu dworce autobusowe często nie stanowią jakiejś zwartej architektonicznie bryły, są natomiast zlepkim malutkich pokoików-kas biletowych z transparentami kompanii tak ciasno i chaotycznie poupychanymi jeden przy drugim, że nadmiar bodźców wizualnych przyprawia o zawrót głowy. Bądź przynajmniej o lekką konfuzję. Tak, na przykład, wygląda stambulski dworzec w porcie Harem, po azjatyckiej stronie miasta, z którego wyruszają autobusy na całą Turcję. 


Znalezienie odpowiedniej kasy może zająć „chwilę”, dobrze więc zawczasu dowiedzieć się który przewoźnik obsługuje interesującą nas trasę, jak wygląda jego logo i dać sobie czas. Z uwagi na duże zainteresowanie, warto też kupić bilet z kilkudniowym wyprzedzeniem. 

Kiedy jednak żmudny proces nabywania biletu zostanie uwieńczony sukcesem, gwarantujemy, że standard tureckich usług transportowych nie zawiedzie nawet najbardziej wybrednych. Przede wszystkim żadnych „ogórów”. Autobusy są nowoczesne, czyste i aerodymiczne jak statki kosmiczne. Na pokładzie bez przerwy urzęduje steward w białej koszuli i pod krawatem, serwujący wodę, kawę, herbatę i ciasteczka oraz wilgotne ręczniczki i wonne olejki odświeżające. Wszystko w cenie biletu! Podróż umila nam również wyświetlany w czasie jazdy film, a jeśli dworzec główny w jakimś mieście znajduje się w dużym oddaleniu od centrum, przewoźnik zapewnia nam również darmowy transport w jego okolice. Cud, miód i orzeszki...

Pozostaje nam tylko życzyć PKS-owi przejęcia przez tureckiego udziałowca.

26.05.2010

O JEŻDŻENIU I TRĄBIENIU


Stambulski ruch uliczny jest już chyba legendarny. Specyfika jego polega głównie na korkach, które trudno opisać słowami, a żeby wyrobić sobie o nich choć nikłe pojęcie, wystarczy wyobrazić sobie, że w mieście wielkości dziesięciu Warszaw każdy dojeżdża i wraca z pracy mniej więcej o tej samej porze. Każdy próbuje przy tym wywalczyć sobie choćby skrawek wolnej przestrzeni, lawirując, wymijając, wyprzedzając, zajeżdżając drogę i wpychając się swym pojazdem gdzie tylko się da.

Klasyczne pojęcie pasa ruchu w Istambule nie funkcjonuje. Istnieje w zasadzie tylko w teorii, a właściwie w formie dobrze nam znanej linii malowanej na asfalcie, ale rzeczywiste zasady jazdy wyznacza tu murek wbetonowany po środku jezdni, odgradzajacy od siebie dwie wzburzone, kotłujące się rzeki samochodów podążające w przeciwnych kierunkach.

Bezpieczeństwo pieszych zapewniają krawężniki półmetrowej wysokości, na które trudno wejść, nie mówiąc nawet o wjechaniu wózkiem inwalidzkim lub dziecięcym. Krawężniki te nie tylko chronią życie i zdrowie mieszkańców miasta, ale również utrzymują ich w świetnej kondycji fizycznej (zupełnie jak stepper gimnastyczny i za darmo). Przejścia dla pieszych są, z zebrą i światłami, ale przechodzi się wtedy, gdy na skraju rwącej ulicy uzbierze się wystarczająco duży tłumek, by wylec na nią ławą i masą swą wstrzymać ruch albo – w przypadku tłumku niewystarczająco licznego – gdy wyłoni się spośród niego lider o nerwach ze stali i charakterze dość silnym, by porwać resztę za sobą.

I jeszcze sprawa kluczowa: klaksony. Klakson jest w Turcji urządzeniem absolutnie niezbędnym, bez którego pojazd uważa się za niesprawny i niezdolny do uczestnictwa w ruchu drogowym. Trąbi się bowiem niemal bezustannie od momentu przekręcenia kluczyka w stacyjce, do chwili zgaszenia silnika. Pojazd w ruchu onacza pojazd trąbiący, a po Istambule porusza się jednocześnie ok. 1,6 miliona samochodów i każdego dnia rejestruje się 640 nowych. Nie wiemy, ile to decybeli.

Na zdjęciu inwalida-kamikadze.