Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architektura i Zabytki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architektura i Zabytki. Pokaż wszystkie posty

3.03.2014

AMSTERDAM


MIASTO ROWERÓW

To prawda, rower jest w Amsterdamie bezapelacyjnie środkiem lokomocji numer jeden. Pedałuje tu każdy, wszędzie, o każdej porze dnia, nocy i roku, w każdych warunkach atmosferycznych.


Najpopularniejszym modelem jednośladu jest rower typu koza (czyli taki, jakim jeździły za okupacji nasze babcie), bezprzerzutkowy i bezhamulcowy (hamuje się pedałując do tyłu). Są też rowery z przyczepką do przewozu zakupów z hurtowni ogrodniczej i drobnego sprzętu budowlanego oraz rowery z czymś w rodzaju zadaszonej taczki z przodu do przewozu dzieci – w liczbie mnogiej – i psów, które nie mieszczą się w koszyku na kierownicy.

Kolarzy obowiązuje strój absolutnie niesportowy, czyli taki, w jakim akurat ma się zamiar wystąpić danego dnia w biurze, na dyskotece, obronie licencjatu, czy weselu kuzyna. W strój wlicza się także obuwie, często lakierki lub na 15-centymetrowej szpilce.

Rowery parkuje się gdzie się da, warstwowo w pionine i poziomie, bo niewiele jest na terenie miasta miejscówek, gdzie jeszcze nie jest zaparkowany jakiś rower.


MIASTO NA PALACH

Jak wiadomo, Amsterdam jest w depresji, czyli poniżej poziomu morza. Miejscami nawet 5,5 metra poniżej. Grunt, na którym został zbudowany, z powodu stopnia nasączenia wodą, trudno nazwać stałym. Jest to raczej grzęzawisko, a stawianie budynków na grzęzawisku  – nie mówiąc nawet o całym miastach – nie może skończyć się dobrze.

Budowniczy Amsterdamu odwołali się jednak do sprawdzonego, praktykowanego przez ludzkość od tysiącleci zabiegu inżynieryjnego i postawili miasto na palach. Kiedyś na drewnianych, teraz na betonowych i Amsterdam stoi do dziś, a jego główny plac wraz z pałacem królewskim znajduje się dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś na rzece Amstel zbudowane tamę.

MIASTO KRZYWYCH DOMÓW


Otóż nie, to nie złudzenie optyczne, nie efekt nadmiernego spożycia napojów wyskokowych czy innych substancji psychoaktywnych – domy w Amsterdamie naprawdę pochylają się nad kanałami. Nie jest to również błąd architekta, lecz celowe i logiczne działanie.

Powód? Amsterdamskie kamienice są bardzo wąskie. Tak wąskie, że ich klatki schodowe muszą być skrajnie strome i klaustrofobiczne. W każdym razie, ciężko się tam minąć na schodach. Wejście z większymi zakupami zaczyna nastęczać niejakich kłopotów, a co dopiero z komodą. Albo z kanapą. Wejście z kanapą jest absolutnie wykluczone. A przecież ludzie chcą mieć w swoich mieszkaniach na piętrach jakieś meble.

I tu się wyjaśnia tajemnica pochyłych domów: Fasadę buduje się pod kątem, nad ostatnim piętrem montuje się hak, przez hak przeczuca się linę i wciąga się dowolnych gabarytów mebel, który właściciel odbiera sobie przez okno swojego apartamentu. Pochyłość fasady jest po to, żeby wciągany mebel nie obijał się o mur i nie tłukł okien sąsiadom poniżej. Voilà! Proste i funkcjonalne. 

MIASTO CZERWONYCH LATARNI

Miasto czerwonych latarni jest obecnie coraz mniej czerwone. Wszystko za sprawą konserwatywnego rządu Holandii, który w ostatnich latach postanowił zlikwidować większość wynajmowanych przez prostytutki okien, pozostawiając dzielnicę cielesnych uciech w bardzo okrojonym wymiarze, skupioną tradycyjnie wokół murów Starej Katedry.


Czy to dobrze, czy źle, można by dyskutować. Naszym skromnym zdaniem usuwanie prostytucji z widoku publicznego jej nie likwiduje, a co najwyżej spycha do podziemia. To eskaluje stręczycielstwo, handel ludźmi, niewolnictwo seksualne i rozprzestrzenianie się chorób wenerycznych.

Po poglądowej wizycie pod Katedrą stwierdzamy, że dziewczyny w oknach mają nieporównywalnie lepsze warunki pracy niż te na ulicach. Nie marzną, nie padają ofiarami gwałtów, mają się gdzie umyć, a przede wszystkim są zarejestrowanymi pracownicami seksualnymi, płacą podatki i przysługuje im opieka zdrowotna.

Wydawałoby się, że lepszym rozwiązaniem niż jałowe usiłowanie likwidowania najstarszego zawodu świata byłaby próba podniesienia go do poziomu cywilizacyjnego XXI wieku, ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie.

MIASTO NA HAJU


Wbrew  temu, co się powszechnie sądzi, marihuana, haszysz i grzybki nie są w Holandii legalne. Są za to szeroko społecznie akceptowane i posiadanie małych ilości (do 5g) tych substancji nie jest traktowane jak przestępstwo. W świetle prawa, sławne amsterdamskie coffeeshopy (nie mylić z kawiarniami) prowadzą jednak nielegalny interes, obracając ilościami miękkich narkotyków, jakie znacznie przekraczają limit. Mimo to nad Amsterdamem bezustannie unosi się słodkawy zapach trawki, a na co drugim rogu przeciętnie wyglądający przybytek tonie w białych tumanach dymu.

Coffeeshopy, podobnie jak dzielnice czerwonych latarni, też znalazły się na celowniku skrajnie prawicowych polityków, którzy w ubiegłym roku przeforsowali wprowadzenie przepisów zabraniających wstępu do nich cudzoziemcom. Oficjalnie, aby korzystać z cofeeshopów trzeba być obywatelem Holandii i posiadaczem rocznego karnetu na zioło. W praktyce jak to działa, nie trzeba chyba pisać. Wystarczy powiedzieć, że rządy się zmieniają, a chmura dymu nad Amsterdamem nie rzednie.


OPRÓCZ TEGO

Amsterdam jest także miastem:
- przepysznych frytek,
- przemiłych ludzi,
- Van Gogha i Rembrandta,
- wielokilometrowych kolejek do muzeów wystawiających Van Gogha i Rembrandta,
- pachącym dość intensywnie serami, głównie Goudą,
- pozostawiającym bardzo pozytywne wrażenie.

6.12.2013

PAŁACE SINTRY



Sintra to taka mała, podlizbońska kraina czarów, zrodzona z nadmiaru czasu, pieniędzy i nudy szlachetnie urodzonych Europejczyków różnych nacji, którzy większość stylowo spędzanych tu wakacji trawili na spacerowaniu malowniczymi uliczkami miasteczka, kontemplowaniu naturalnego piękna krajobrazu i wymyślaniu, jakie jeszcze pozbawione praktycznego zastosowania budowle można by postawić w tym urokliwym zakątku świata za bezużytecznie zdeponowane odłogiem rodzinne majątki.


Owocem tych przemyśliwań jest dzisiejsza Sintra, nad którą obok charakterystycznych baniakowatych kominów kuchni Pałacu Miejskiego i kamiennych, autentycznie szaro-burych ruin mauretańskiej twierdzy, góruje różowo-żółty zamek fantasy z XIX wieku, zbudowany bez żadnego ładu i składu, z niepowiązanych ze sobą elementów architektury, jakim akurat zdarzyło się zachwycić arystokratycznego fundatora przy różnych okazjach. W rezultacie Palácio Nacional da Pena wygląda jak złożony z kilku niekompatybilnych zestawów klocków i wzbudza dość nietypowe doznania estetyczne.

Wydaje się, że trudno byłoby znaleźć architekta, który chciałby się dobrowolnie podpisać pod tym projektem, a cała bryła jest po prostu doskonałym potwierdzeniem odwiecznej zasady realizowania zleceń: klient płaci, klient wymaga.


Pałacy i pałacyków jest w Sintrze jeszcze kilka, ale tym, który (obok Palácio da Pena) szczególnie zapada w pamięć ze względu na wybujałą fantazję pomysłodawcy jest Quinta da Regaleira, nie bez kozery nazywana Pałacem Milionera Monteiro – od nazwiska i stanu majątkowego właściciela. Rezydencja nie tyle nawet samym kwiecistym wystrojem wnętrza i zewnętrza wyróżnia się z szeregu, co otaczającym ją rozległym parko-ogrodem w stylu mityczno-mistyczno-gnostyczno-masońskim, więc zdecydowanie intrygującym.


Señor Monteiro najwidoczniej zafascynowamy opowieściami tajemniczymi w nurcie hermetycznym doznaje w przypływie olśnienia genialnej wizji swego ogrodu jako miejsca mitu wcielonego i z pomocą swoich przysłowiowych milionów niezwłocznie wciela w czyn również i tę wizję. Tak więc na pokaźnej, czterohektarowej powierzchni ogrodu, porośniętej florą z wszystkich zakątków ziemi, wśród labiryntu ścieżek, tajnych przejść i grot z podziemnymi chodnikami, porozrzucane stoją świątynki i kaplice bóstw starożytnych i tych bardziej współczesnych, fontanny zwieńczone sylwetkami fantastycznych stworzeń oraz ozdobione alchemicznymi symbolami ukryte miejsca zadumy filozoficzno-egzystencjalnej nad kondycją ludzką i świata.


Pozycję najbardziej wyjątkową na liście atrakcji Quinty stanowi natomiast tzw. Studnia Inicjacyjna – zainspirowana kultem masońskim, jakby odwórcona, wpuszczona wgłąb ziemi wieża, przywodząca na myśl kręgi piekielne lub niebiańskie Dantego (w zależności z której strony się wchodzi). Przemierzając stopnie Studni należy doznać duchowego odrodzenia, co też uczyniliśmy kilkakrotnie, na wszelki wypadek przechodząc drogę w obu kierunkach.

23.12.2012

SALONIKI



Po trzech godzinach jazdy autobusem z przygranicznej Floriny docieramy do Salonik. Pierwsze co rzuca nam się w oczy po wjeździe do miasta to fakt, że na co drugim skrzyżowaniu leży rozbity motor albo skuter. Czasem leży również motocyklista i kręci się jakiś policjant. Oprócz tych powypadkowych, motorów i skuterów jeżdżących po ulicach są tu niezliczone roje. Jednoślady jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, co umożliwiają im niewielkie rozmiary, pozwalające przeciskać się między samochodami na jezdniach i między spacerowiczami na chodnikach. Kierowców motorków najwyraźniej nie obowiązuje standardowy kodeks drogowy, a jakiś specyficzny rodzaj kodeksu honorowego, w którym za najwyższy punkt honoru uchodzi wysforować się na czołową pozycję startową przed przejściem dla pieszych lub wjazdem na skrzyżowanie. W praktyce oznacza to, że pasy dla pieszych przestają w ogóle spełniać swoją funkcję, gdyż są tak gęsto zastawione gotowymi do startu motorkami, że praktycznie nie ma możliwości wylawirowania między nimi na druga stronę ulicy. Wiele motorków oczekuje, aby wjechać na rondo bądź skrzyżowanie, stojąc już na samym jego środku, dzięki czemu istnieje mniejsza szansa, że ktoś je prześcignie, gdy zapali się zielone światło. Ruch samochodowy w Salonikach kieruje się bardzo podobnymi zasadami, czyli generalnie teorią chaosu, wprowadzaną w praktykę zwłaszcza przy parkowaniu. Jeszcze nigdy w życiu i nigdzie indziej na świecie nie widzieliśmy samochodów zaparkowanych w tak fantazyjnych konfiguracjach jak w Grecji. Chwilami aż przystawaliśmy ze zdumienia, żeby rozrysować sobie w głowie schemat, według jakiego musiały poruszać się pojazdy, żeby ustawić się w taki konkretny sposób. Czasem jedynym możliwym wytłumaczeniem okazywał się dla nas desant z powietrza.

Druga narzucająca się obserwacja to to, że kryzysu nie widać. Grecy nadal żyją na ulicach. Jedzą na mieście, sączą frappe w kawiarenkach, pogrywając w domino. Są organicznie zrośnięci z takim trybem życia. Poranna kawa i pasztecik w piekarence na rogu w drodze do pracy jest dla nich czymś tak oczywistym, jak dla Polaka sznytka z kiełbasą na śniadanie. Tak po prostu jest. Tak zawsze było i się nie da inaczej.


Jednocześnie Grecy jako ludzie mile nas zaskakują. Przed przyjazdem naczytaliśmy się o nich w samych inwektywach: że są chamscy, leniwi, nieuki i oszuści, że na obcokrajowców patrzą z góry oraz z pogardą, źle traktują kobiety i ogólnie są zakałą Europy. W Helladzie spędzamy wprawdzie tylko cztery dni, z czego dwa w górach, ale musimy powiedzieć, że nic z tego co słyszeliśmy o greckim narodzie się nie sprawdza. Przede wszystkim z zaskoczeniem stwierdzamy, że bez żadnych problemów możemy się dogadać po angielsku, nawet w kiosku, cukierni czy na wiejskiej stacyjce kolejowej z jednym peronem. Ludzie wydają się bardzo pomocni. Widząc cudzoziemców, sami zatrzymują się na ulicy i pytają czy w czymś pomóc. Nikt nas nie próbuje naciągnąć ani okraść, nikt się nie myli, wydając nam resztę, wszędzie dostajemy fiskalne paragony. Piekarz, u którego kupujemy bułki codziennie macha nam przez szybę, gdy przechodzimy chodnikiem, a pan sprzedawca omletów wyposaża nas na drogę w ciasteczka. Tym co może działać in minus jest fakt, że Grecy są trochę impulsywni. Łatwo się ekscytują i denerwują. Każde lekko odbiegające od normy zdarzenie, jak na przykład stłuczka skuterów na rondzie czy spięcie osoby bez biletu z kanarem, wywołuje u ogółu świadków niezdrowe podniecenie, objawiające się wzmożonym słowotokiem i nadmierną gestykulacją. Poza tym nie możemy o nich złego słowa powiedzieć, ale może to dlatego, że na interakcje mieliśmy tylko cztery dni (które na pewno były mniej męczące niż cztery dni interakcji z Hiszpanami z dowolnegu regionu).


Jeśli chodzi o same Saloniki, to również nasłuchaliśmy się o nich niezbyt przychylnych rzeczy. To druga największa metropolia Grecji, stolica regionu macedońskiego, olbrzymie, portowe miasto nad Morzem Egejskim, tłoczne, głośne i wiecznie w budowie. To wszystko prawda, a mimo to jego atmosfera jakoś przypada nam do gustu. Przede wszystkim Saloniki są pełne młodych ludzi, uczących się na największym na całych Bałkanach Uniwersytecie Arystotelesa. Dużo studentów oznacza, że dużo się dzieje, jest dużo rozrywek i zabawy, ale również dużo nowych inicjatyw, duża dynamika i to jest dobre dla miasta.

Poza tym urzeka nas płynność, z jaką współczesne Saloniki zlewają się z tymi starożytnymi. Budowle pamiętające rzymskich cesarzy i epokę hellenistyczną w pełnym rozkwicie, stoją sobie pośród osiedli mieszkaniowych, restauracji i handlowych pasaży. Kolejne tysiąclecie tętni wokół nich codzienne miejskie życie i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to właśnie jest ich miejsce. I nie mówimy tu o wygrzebanych z ziemi pojedynczych korynckich kolumienkach, ale o całych kompleksach architektonicznych porozrzucanych dosłownie po całym mieście. Jesteśmy tym absolutnie zachwyceni.


Oprócz tego są jeszcze muzea, po których można by chodzić bez końca. My poświęcamy na ich zwiedzanie cały jeden dzień, a udaje nam się obejść zaledwie półtora muzeum. Wychodzimy pod wieczór z niedosytem poznawczym i z konsternacją wspominamy słowa kilkorga napotkanych w podróży osób, twierdzących, że Saloniki nie oferują zupełnie nic ciekawego i wystarczy 12 godzin, by zobaczyć tu wszystko. Otóż nie wystarczy. Dla nas w każdym nawet dwa dni to było zdecydowanie za mało.

28.11.2012

TA OSTATNIA NIEDZIELA W BITOLI


Po czterech dniach chilloutowania się w eko-Brajčinie postanawiamy ruszyć dalej do Bitoli. Będzie to dla nas najlepsza miejscówka wypadowa w kierunku Grecji, gdyż to właśnie z tego miasta prowadzi główna droga wylotowa na jedyne otwarte w regionie przejście graniczne. 

Bitola leży dokładnie po przeciwnej stronie masywu Pelisteru. Żeby tam dojechać, musimy ponownie znaleźć się w Resen a dopiero stamtąd wziąć autobus do Bitoli. I to by było ok tylko, że najpierw trzeba wydostać się z Brajčina, co okazuje się wcale nie takie łatwe. 

Lokalny bus, który według miejscowych (rozkładu jazdy w Brajčinie bowiem brak) miał odjeżdżać z nieoficjalnego przystanku na placyku w centrum wioski (oficjalnego przystanku również brak) o 9:30 zjawił się z bagatelnym opóźnieniem o godzinie 12:30. W rezultacie dwie babuszki z wiklinowymi koszami, które początkowo czekały na transport razem z nami już około 11:00 zrezygnowały i bez cienia zdziwienia czy irytacji po prostu rozpłynęły się między chałupami. My spędziliśmy zaś doskonale bezowocne trzy godziny rozłożeni ze wszystkimi naszymi bambetlami pod drewnianym daszkiem (coś jak nasze miejsca piknikowe przy postojach w lasach), który przez większość dnia służył lokalsom do picia piwa i prowadzenia rozmów o sensie egzystencji. W końcu jednak bus się zjawił i bez żadnych przeszkód dowiózł nas na przesiadkę w Resen. O 13:30 wprawdzie, zamiast o 11:00, ale jednak dowiózł.

*    *    *

W Bitoli jesteśmy jakoś po 15:00. Jest piękne, słoneczne popołudnie, niedziela. Z dworca idziemy w kierunku centrum długim deptakiem, nazywanym z turecka Širok Sokak. Pierwsze nasuwa nam się na myśl, że to miasto to urbanistyczny Dr Jekyll i Mr Hyde. Z jednej strony w wyrafinowanym stylu XVIII- i XIX-wiecznych kamienic widać jego dawną elegancję i patrząc na nie łatwo uwierzyć, że Bitola była kiedyś bałkańską stolicą szyku a większość europejskich elit rządzących uważała, że w dobrym tonie jest mieć tutaj choćby konsulat. Z drugiej strony na każdym niemal kroku straszą swoją toporną obecnością zapuszczone blaszano-betonowe relikty socrealizmu – brzydcy, niepożądani świadkowie mniej wytwornego okresu historii. 

Zaraz potem przychodzi nam do głowy następna myśl, która brzmi mniej więcej: „Gdzie są wszyscy ludzie?” 

Przechodzimy przez opustoszały park w pobliżu autobusowego dworca i mijamy nieco upiorny, żelazny plac zabaw z siermiężnymi drabinkami, na którym nie bawią się żadne dzieci. Širokim Sokakiem nikt nie spaceruje, pozamykane są wszystkie sklepy i kawiarnie, ławki na skwerkach świecą pustkami. Myślimy sobie, że pewnie wszyscy kłebią się gdzieś bliżej centrum, ale gdy dochodzimy do końca deptaku i stajemy na głównym placu miasta okazuje się, że jednak nie.


Plac jest zupełnie wymarły. Na środku stoi tylko fontanna o silnym wydźwięku kształtującym świadomość narodową, otoczona niezliczoną ilością Słońc z Wreginy oraz posąg wiekiego bohatera i dobroczyńcy Bitoli Filipa II (ojca Aleksandra). Chłoniemy więc przez chwilę atmosferę tego „tętniącego życiem” miejsca, po czym idziemy zwiedzić „wyjątkowej urody” zabytek budownictwa ottomańskiego – Kryty Bazar.


Potem przechadzamy się jeszcze „gwarnymi” uliczkami starej tureckiej dzielnicy i nasze myśli zbaczają na coraz dziwniejsze tory. Trochę zaczynamy się czuć jak bohaterzy jakiegoś postapokaliptycznego filmy typu „Jestem Legendą”, gdzie świat, jakim go znamy, jeszcze się ostał, ale gatunek ludzki już jednak nie.



Fenomen tego tajemniczego popołudniowo-niedzielnego wyludnienia drugiej największej metropolii Macedonii do dziś pozostaje dla nas nierozwiązaną zagadką. Ludzie, jakby nigdy nic, materializują się na ulicach tak około 19:00 a ich życie wydaje się nie być w żaden sposób naznaczone apokalipsą ani jakąkolwiek inną klęską.

Nazajutrz, idziemy poznać inną, znacznie bardziej fascynującą, choć częściowo już odkrytą tajemnicę Bitoli. Tajemnica nazywa się Heraclea Lyncestis i jest pozostałością rzymskiego miasta. Obszar, na którym leżą ruiny jest olbrzymi i choć prace archeologiczne prowadzi się dopiero na 12%, znaleziska już są imponujące – od całych budowli jak amfiteatr czy biskupi kompleks pałacowy, po takie detale jak miejska fontanna i gliniane przewody kanalizacyjne, których fragmenty walają się deptane i zupełnie niedoceniane przez zwiedzających, koncentrujących się głównie na fotografowaniu zapierających dech w piersiach podłogowych mozaik.



My też je fotografujemy, bo nie da się ukryć, że są naprawdę piękne i w doskonałym stanie. Zdecydowanie więcej czasu spędzamy jednak zajęci składaniem starożytnego wodociągu z rozrzuconych po ziemi glinianych rurek. Pracujące na miejscu panie archeolożki nie kwitują naszych wysiłków nawet pobieżnym spojrzeniem. Najwidoczniej musimy nie zagrażać jakoś specjalnie dziedzictwu kulturowemu Heraclei. Zresztą pod plandeką obok mają już conajmniej tysiąc takich rurek.

4.11.2012

OCHRYD I WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ



Jezioro Ochrydzkie – obok Bajkału, Titicaca i Tanganiki jedno z najstarszych jezior na Ziemi, najdłużej istniejące w Europie, najgłębsze na całych Bałkanach i prawdopodobnie najbardziej zróżnicowane biologicznie na świecie. Nazywane jest „Macedońskim Morzem” i z przykrością potwierdzamy, że ze względu na przemożną ilość turystów w pełni na to miano zasługuje.

Miasto Ochryd, z powodu legendy o jego 365 kościołach, rozsławione niegdyś jako bałkańska Jerozolima, mimo swoich wszystkich zabytków, pozostałości rzymskiego amfiteatru, twierdzy cara Samuela i niezliczonej ilości historycznych cerkwii i klasztorów, klimatem bardziej przypomina Międzyzdroje albo sopocki Monciak, niż dostojną stolicę minionego imperium.


Nasza pierwsza nieśmiała próba uwolnienia się od zgiełku i przeludnienia spala na panewce. Wystarczy bowiem wyjść tylko kawałek poza odpicowane wybrzeże w elegancką promenadą i rzędami pizzerii, aby przekonać się, że „prawdziwe” brzegi tego wyjątkowego jeziora nie mają nic wspólnego z sielanką. Poodgradzane od siebie drutem kolczastym skrawki plaży należących do popadających w ruinę socjalistycznych ośrodków wczasowych, zasypane są śmieciami wszelkiego rodzaju, od pojedynczych plastikowych woreczków i potłuczonych butelek, po całe torby odpadów domowych i budowlanych. Ze smutkiem i zdziwieniem wspominamy bogato ilustrowane internetowe artykuły, w których zachwyceni podróżnicy wychwalali nieskalane, rajskie plaże i krystaliczne wody Ochrydu. Autorzy tych lukrowanych reportaży musieli najwyraźniej nie pokusić się o opuszczenie odnowionego na potrzeby zagranicznych turystów centrum starego miasta, tudzież regularnie sprzątanych, imprezowych plaż przy lansiarskich klubach Kadmo i Cuba Libre.


Trochę zawiedzeni, podejmujemy jednak jeszcze jedną próbę ucieczki od „Ochrydu, który nas nie urzekł” i płyniemy do jego źródeł. Niewielki stateczek dowozi nas do odległego o jakieś 20 km klasztoru świętego Nauma, który pomysłowo obudowano ze wszystkich stron olbrzymim hotelem. Zanim dotrze się do malutkich, mrocznych pomieszczeń dawnego monastyru, w których rzekomo da się usłyszeć wciąż bijące serce świętego, można się niemal zgubić wśród hotelowych gmachów. Dodatkowo należy wystrzegać się pawii, które według tutejszych tablic ostrzegawczych są zwierzętami wyjątkowo agresywnymi i mogą dotkliwie poranić, w szczególności dzieci. Mimo wszystko udaje nam się nie zaginąć i nie zostać napadniętymi przez bestie. Bicia serca mnicha Nauma co prawda nie słyszymy, ale sam monastyr na tyle nam się podoba, że całą wizytę uznajemy za bardzo udaną.


Później robi się już tylko fajniej, bo z ustawionego na nabrzeżu planu okolicy dowiadujemy się, że do samych źródeł Jeziora Ochrydzkiego można spokojnie dojść spacerkiem za darmo, zamiast wynajmować płatnego pana z łódką. Wypad ten od dawna wpisany mamy na listę obowiązkowych rzeczy do zrobienia, gdyż pod wzdględem źródeł Ochryd również jest unikatowy. Mianowicie, w całości dosłownie wybija spod ziemi. Nie ma żadnych dopływów, nie zasilają go żadne rzeki ani strumienie, bierze swój początek wyłącznie z kilku niepozornych, podskórnych źródełek i wyraźnie widać, w których miejscach wytryskują one z głębi ziemi.


Widzimy to na własne oczy i czyjemy się fantastycznie. Prawie jak odkrywcy źródeł Amazonki. Zwłaszcza, że w podobnym stopniu zjadają nas żywcem roje upierdliwych insektów oraz dlatego, że jedynymi obecnymi tu oprócz nas istotami ludzkimi jest dwóch pojawiających się znienacka tubylców, czerpiących wodę pitną.

W drodze powrotnej natykamy się na jakąś opuszczoną, malowniczo zaniedbaną osadę i zdziczałe sady, gdzie bez opamiętania opychamy się słodkimi, wygrzanymi w bałkańskim słońcu jeżynami i węgierkami.

Dzień jest leniwy i upalny. Jeden z najlepszych w całej naszej macedońskiej wyprawie.

3.10.2012

PRZYSTANEK PIERWSZY - STOLICA


Zaczynamy w Skopje. Z dwóch milionów wszystkich Macedończyków, jedna czwarta mieszka właśnie tutaj i te 500 tysięcy czyni ze Skopje największą metropolię kraju. Miasto z zachodu na wschód przecina na pół mało imponująca rzeka Wardar (generalnie jest tu niewiele wody), która spełnia rolę naturalnego bufora oddzielającego chrześcijan na południu od muzułmanów na północy. Brzegi rzeki spina kilka mostów, w tym historyczny Kamienny Most, który z powodu animozji między mieszkańcami przeciwnych brzegów rzeki, był na przestrzeni wieków częściej burzony, niż odbudowywany. Obecnie stoi, a nawet pięknieje w oczach, gdyż jako budowla jakby nie było zabytkowa, załapał się na realizowany z wielkim rozmachem (i z równie wielkim rozmachem krytykowany) program „Skopje 2014”.

Program idzie pełną parą. Muzeum Narodowe już prawie gotowe.

O co chodzi w Programie? Trzeba zacząć od tego, że w 1963 roku Skopje nawiedziło straszne trzęsienie ziemi. Zauważyliśmy, że zdarzenie to miało tak silny wpływ na sposób myślenia mieszkańców, że mówiąc o wydarzeniach z przeszłości, dzielą czas na „przed trzęsieniem” i „po trzęsieniu”. Nie ma się co dziwić, żywioł obrócił w pył 80% miasta. Coś takiego nie może łatwo umknąć uwadze. Skopje odbudowano, jak przystało na tamte czasy, w duchu socrealizmu, a potem Macedonia miała na głowie istotniejsze – niż natury estetycznej –  problemy. Dwa lata temu rząd niepodległej, rozkwitającej Republiki zreflektował się jednak, że stolica jest szara i z wielkiej płyty, nie ma czym przyciągać turystów ani budzić narodowej dumy i się ogólnie wizualnie nie nadaje. Postanowiono więc w ciągu najbliższych czterech lat ją umonumentalnić i tak powstał program „Skopje 2014”.

No i Skopje się buduje. Można właściwie powiedzieć, że jest w tej chwili jednym wielkim placem budowy – rozkopanym, nieprzejezdnym, ginącym pod rusztowaniami, zasypanym gruzem. Za to za dwa lata wyłoni się jak Feniks z popiołów i olśni wszystkich całą masą nowiusieńkich zabytków i największym na kuli ziemskiej zagęszczeniem pomników na metr kwadratowy powierzchni.


Przedsmak stylu daje już dziś główny plac miasta, zwany – jakże oryginalnie – Placem Macedonii, z kolosalną fontanną przedstawiającą anonimowego wojownika na koniu (oficjalna wersja dla Grecji: wszelkie skojarzenia z Aleksandrem Wielkim na Bucefale są czysto przypadkowe), na której cokole wyryto sceny z życia i podbojów owego wojownika (skojarzenia z podbojami Aleksandra również są przypadkowe). Wokół cokołu ustawiono natomiast rzeźby starożytnych żołnierzy walczących z lwami, dzierżących włócznie i tarcze z gwiazdą do złudzenia przypominającą Słońce z Werginy, ale skojarzenia z falangitami zapewne są tu zupełnie przypadkowe. Fontanna wytryska skomplikowane układy taneczne w rytm lecącej z kołchoźników patetycznej muzyki, jednocześnie zmieniając kolory wystrzeliwanych strumieni wody. Jesteśmy tak oszołomieni, że aż nie wiemy, jak się ustosunkować.


Jeszcze bardziej nie wiemy co myśleć o „rodzinnym” domu Matki Teresy. Otóż Matka Teresa wcale się w nim nie urodziła. Mało tego, ten budynek nawet tu wtedy nie stał. Oryginalny dom, w którym przyszła na świat Gonxha Bojaxhiu, Albanka z pochodzenia, znana szerzej jako Matka Teresa z Kalkuty, też nigdy nie znajdował się w tym miejscu. Znajdował się zupełnie gdzie indziej, ale go zburzono, bo budowano centrum handlowe. Potem ktoś stwierdził, że jednak fajnie by było mieć taki dom, bo Matka Teresa sławną postacią była, a nic tak nie przyciąga do miasta jak celebryci. Postawiono więc dom, który ani nie stoi tam, gdzie stać powinien, ani nie wygląda jak rodzinna chata Siostry Miłosierdzia, ale prezentuje się ładnie oraz nowocześnie, i na pewno Matka Teresa chciałaby taki mieć i się w nim urodzić, gdyby mogła.

Tak wygląda dom Matki Teresy od frontu i od drugiej strony.

Resztki autentyzmu Skopje ratuje trochę turecka dzielnica – Čaršija. Trzęsienie ziemi obeszło się z nią nieco łagodniej, dzięki czemu zachowała chociaż część historycznych budynków, włącznie z X-wieczną twierdzą Skopsko Kale, która jest jednakże zamknięta dla zwiedzajądzych, gdyż się odbudowuje w ramach Programu. Generalnie Čaršija wygląda jak kwartał wycięty z Istambułu i większość czasu (ku wyraźnej irytacji naszego prawosławnego gospodarza) staramy się spędzać właśnie tam, bo czujemy się jakoś bardziej swojsko i mają tam lepsze jedzenie.

Čaršija.

Skopsko Kale.

Na koniec musimy jeszcze wrócić do wspomnianej wcześniej rzeki. Senny i niezbyt interesujący za dnia Wardar, nagle ożywa o zachodzie słońca. I nie chodzi tu bynajmniej o sam nurt, chodzi o to, co się dzieje na brzegu. Kiedy tylko nastaje wieczór, tłumy skopijczyków wylegają na nadrzeczną promenadę, aby... ćwiczyć. Poważnie! Sami nie mogliśmy uwierzyć, jak olbrzymie masy biegających, pedałujących, rozciągających się na karimatach, grających w gry zespołowe i wykonujących inne aktywności fizyczne ludzi mijaliśmy podczas wieczornego spaceru nad Wardarem. Szczerze mówiąc, nigdy nie spodziewalibyśmy się po słowiańskiej nacji takiego zamiłowania do lekkoatletyki. Zupełnie jakby cały naród przygotowywał się do Olimpiady.


A kiedy naród się już naćwiczy, Skopje idzie spać. Wtedy w ciemności skrywającej gruzy i wykopki, w starannie zaaranżowanych światłach reflektorów można sobie wyobrazić, jak stolica Macedonii będzie wyglądała w 2014.

25.07.2012

AUTENTYCZNIE JAK W FILMIE


Ksar Aït Benhaddou to, obok placu Jemaa el-Fna, prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalne miejsce w Maroku. Wiele można by napisać o tej osadzie-fortecy: że ją zbudowano w XVII wieku w charakterystyczny południowomarokański sposób, z ziemi i drewna, że stała na ważnym szlaku handlowym z Marrakeszu do Sudanu, że teraz jest zabytkiem światowego dziedzictwa UNESCO, czy wreszcie, że mimo iż dawno opustoszała, w obrębie jej glinianych murów nadal mieszka dziesięć rodzin – bez kanalizacji i elektyczności, prawie jak w czasach świetności ksaru. My nie o tym jednak chcieliśmy, bo o tym to można sobie poczytać w Lonely Planet i na Wikipedii. My chcieliśmy o czymś zgoła innym, co się wydarzyło w Aït Benhaddou kiedy tam byliśmy.


Ksar leży nad rzeką. Wioska, w której wszyscy obecnie mieszkają, bo dochodzi tam prąd, jest na jej przeciwnym brzegu. Tu też zatrzymaliśmy się na noc poprzedzającą naszą wizytę w historycznej twierdzy.

Budzimy się rano. Idziemy umyć zęby, ostrożnie omijając w łazience mrówkową autostradę, która z podłogi ciągnie się na ścianę z lustrem i niknie w kabinie prysznicowej. Autostrada jest bardzo ruchliwa i trzeba uważać, żeby nieopatrznym postawieniem klapka nie spowodować katastrofy w ruchu lądowym.

Lekko odświeżeni, ale jeszcze trochę zaspani wyglądamy przez okno, a naszym niedobudzonym oczom ukazuje się taka oto scena: Na piaszczysty placyk w centrum wioski, wzniecając tumany kurzu, podjeżdża autokar. Otwiera drzwi i ze środka wysypuje się oddział starożytnych wojowników w hełmach z czubeczkiem i z szablami u pasa. Oddział przez kilka minut kręci się chaotycznie, jakby lekko zniecierpliwiony po podwórzu, po czym ustawia się karnie w ogonku do wypatrzonego przez kogoś domku z serduszkiem. Każdy kolejno, w pełnym rynsztunku, znika w jego wnętrzu, by po chwili wyłonić się, jakże szczęśliwszy, z wyrazem ulgi na wąsatej twarzy. Kiedy z wygódki powraca ostatni wojownik, wszyscy pakują się do autokaru i odjeżdżają.

Idziemy z powrotem do łazienki jeszcze raz przepłukać oczy i wysmarować się kremem z filtrem 30. Zaczynamy podejrzewać, że ostre słońce Maghrebu mogło nam zaszkodzić podczas pobytu na pustyni.


Niedługo potem przekraczamy wyschniętą niemal całkiem rzekę i docieramy do ksaru. Przy pierwszej bramie wita nas elegancki, śniady pan i mówi, że niczego nie wolno nam fotografować, bo to jest teraz plan filmowy i tu się kręci „Księcia Persji”, a nasze zdjęcia z wakacji niechybnie pogwałcą niezbywalne prawa autorskie Wytwórni Disneya.

To wyjaśnia wojowników pod naszym oknem. Nie wyjaśnia natomiast, jak obiekt kulturowego dziedzictwa ludzkości może przejściowo stać się wyłączną własnością jednego koncernu. Cóż, jak to mówią: biznes jest biznes...

Snujemy się więc po tym gigantycznym zamku z piasku, od czasu do czasu strzelając nielegalne fotki z biodra i zastanawiając się ile z tego co widzimy jest autentyczne, a ile tylko gra w filmie. Dla uściślenia, podczas naszej wizyty nic się w Aït Benhaddou nie dzieje. Żadnej akcji, żadnych klapsów ani świateł jupiterów. Poza śniadym panem, nie ma żadnych oznak Hollywoodu. Pod ścianami przemykają zgarbione dziadki bez zębów. Noszą wełniane marynarki w 30-stopniowym upale. Wygladają na prawdziwych.


Jeden z nich widząc, że nadchodzimy, wybiega przed swój dom. Uśmiecha się szeroko i zaprasza na herbatę. Uśmiechamy się również i grzecznie odmawiamy. Pamiętamy słowa Haddou, miejscowego przewodnika: „Jak ktoś w ksarze będzie was zapraszał do siebie, nie idźcie. To będzie najdroższa herbata w waszym życiu”. Niestety, uprzejmość rodzin z Aït Benhaddou nie ma już nic wspólnego z islamskim prawem gościnności. Ci ludzie nie mieszkają tu bez prądu i bieżącej wody dlatego, że muszą, ale dlatego, że im się to opłaca.

Turyści w takich miejscach uparcie szukają autentyczności. Chcą, żeby ściany były z gliny, nie z betonu, żeby zakupy z rynku wożono na wielbłądach, a nie samochodem, żeby herbatę zrobiła im baba w chustce i nie z torebki, ale z miętki, którą przed chwilą zerwała w ogrodzie. Turyści chcą doświadczać prawdziwie, a co może być bardziej autentycznego od bycia przyjętym przez tubylca w jego własnym domu? Właśnie dlatego w Aït Benhaddou wciąż są tubylcy.

Dolina Róż - mniej autentycznie, bo mają prąd.

P.S. Dwa lata później „Książę Persji” wszedł do kin. Poszliśmy zobaczyć jak Aït Benhaddou się prezentuje na dużym ekranie. Wśród efektów specjalnych i komputerowych animacji nie rozpoznaliśmy ani jednego miejsca. I film był kiepski. Autentycznie.

14.06.2012

EAST HIGHLAND WAY - DZIEŃ 5. I 6.


Dzisiaj z rana czeka nas wyzwanie.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, nasze bothy stoi nad rzeką. East Highland Way wiedzie przez tę rzekę – na drugą jej stronę, znaczy się – a potem dalej na wschód. Przewodnik podaje, iż przeprawa jest łatwa zarówno latem, jak i zimą, gdyż nurt posiada płycizny, które bez trudu pokonać można kilkoma zaledwie przeskokami z kamienia na kamień. Ot, igraszka dziecięca, rzekłbyś.

Najwidoczniej autor nie wziął jednak pod uwagę przeprawy wiosną, bo my w kwietniu, nie jesteśmy w stanie zlokalizować żadnego miejsca, które pod płyciznę mogłoby się chociaż podszywać. Nie znajdujemy też wspomnianej w przewodniku kładki 300 metrów w górę strumienia (chyba, że była nią kiedyś roztrzaskana o przybrzeżne skały sterta zmurszałych desek). Chodzimy tak więc w tę i we w tę, tracąc powoli nadzieję i moknąc niemal doszczętnie zanim w ogóle na dobre wyruszymy na szlak. Ostatecznie, w akcie desperacji zaczynamy wrzucać do wody kamienie w miejscu, które wydaje nam się, że przy zastosowaniu odrobiny prymitywnej inżynierii, ma największe szanse stać się brodem. I już po półtorej godziny ciężkiej jak w kamieniołomoch pracy, przy znacznej asekuracji kijkami trekkingowymi, z ledwością udaje nam się przeprawić plecaki i siebie.


Jeszcze raz sprawdzamy opis w przewodniku, porównujemy zdjęcie ze stanem faktycznym i szczerze powątpiewamy w tożsamość rzeki na obrazku z tą, którą właśnie przeszliśmy. Topografia jednak nie kłamie – jesteśmy tam, gdzie powinniśmy i rzeka też jest, tylko dwa razy głębsza i cztery razy szybsza. Zakładamy plecaki, wyciskamy marznący szlam z rękawiczek i idziemy na wschód. Do przejścia mamy kolejne trzy strumienie, z których tylko jeden da się przeskoczyć. Dwa pozostałe wymagają ekwilibrystyki i ponownie zaimprowizowanych kamiennych mostków, ale tym razem budowa idzie nam szybciej, bo strumienie są trochę węższe, a my już mamy wprawę. Później jeszcze tylko parę kilometrów bagnistym, totalnie rozmytym przez ulewę, niewidzialnym szlakiem, który w zależności od odcienia zieleni tudzież brązu pokrywającej go roślinności, zapada się tylko po kostki lub aż po kolana i... voilà!

Od tej pory będziemy na powrót zbliżać się do cywilizacji. Każdy dzień będzie kończył się w skupisku ludzkim bez zastrzeżeń zasługującym na miano wsi, albo nawet miasteczka. Sklepy stracą swój dotychczasowy status białych kruków i wysp skarbów, a nocleg w czterech ścianach stanie się jak najbardziej możliwy.


Pierwszym „cywilizowanym” miejscem, do jakiego docieramy jest Newtonmore, gdzie według naszego przewodnika, jest dużo jedzenia i warto zostać na noc. Możliwe, my jednak obfitości pożywienia w Newtonmore nie zaznamy, gdyż jesteśmy tam o godzinie 2:30 po południu, a to jest czas, kiedy w Newtonmore się nie je. Przypominają nam się ciężkie chwile spędzone na poszukiwaniu pokarmu w Hiszpanii podczas sjesty (czyli przez większość dnia). Próbujemy doszukać się iberyjsko-piktyjskich koneksji kulturowych, ale nic sensownego nam z tego nie wychodzi, więc postanawiamy udać się do Kingussie – o 5 km dalej na północny wschód od Hiszpanii. Tam znajdujemy wszystko, czego nam trzeba: bar, sklep oraz przytulną noclegownię w standardzie czeczeńskiego akademika, gdzie spędzamy najbliższą noc.

Nowy dzień wita nas jak zwykle deszczem, dla odmiany jednak zacinającym tradycyjnie po szkocku, czyli horyzontalnie. Biczowani żywiołem jak pontnicy, z mozołem, choć bardzo prostą drogą docieramy z Kingussie do Ruthven Barracks.


Tutaj na górce, wśród rozległych mokradeł stoi brytyjski garnizon, jeden z tych, które po Pierwszym Powstaniu Jakobitów (w 1719) rząd zbudował, by umocnić swoją linię obrony od strony Highlandów. Garnizon miał szansę sprawdzić się już przy Drugiej Wielkiej Rebelii (w 1745), kiedy to obronił się siłą zaledwie 12 żołnierzy przed atakiem armii 200 powstańców ze stratą tylko jednego strzelca. Ów dzielny, acz podobno niezbyt bystry obrońca mógł ponoć cieszyć się dobrym zdrowiem na długo jeszcze po oblężeniu, gdyby bezmyślnie i zupełnie niepotrzebnie nie wychylił się ponad parapet i – dosłownie oraz w przenośni – nie stracił głowy.

Obok samego fortu warto również wspomnieć otaczające Ruthven Barracks bagna i moczary. Stanowią one Rezerwat Przyrody Insh Marshes i uchodzą za najrozleglejsze oraz najbardziej dziewicze tereny podmokłe Wielkiej Brytanii, a także jedne z najważniejszych w ekosystemie całej Europy. East Highland Way wije się przez te piękne i dzikie obszary, po czym wyprowadza nas na zabytkowy kamienny most na rzece Tromie.


Potem idziemy przez lasy, łąki i wioski ścieżkami od kilku dni sukcesywnie rozmiękczanymi przez obfite opady. Błoto sięga nam przeciętnie do kostek i rozmazuje się po przeciwdeszczowych portkach aż po pupę. Po niedługim czasie zaczynamy wyglądać, jakbyśmy przeczołgali się przez kambodżański poligon w porze monsunowej i w takim właśnie stanie docieramy do Kincraig, gdzie wzbudzamy niepohamowane uczucie litości w przesympatycznej pani sklepikarce. Pani sklepikarka wyciąga spod lady telefon, dzwoni do innej przesympatycznej pani i chwilę później mamy już nocleg w miejscowym centrum chrześcijańskim.

Wieczorem idziemy jeszcze do lokalnego baru, gdzie dostajemy największe porcje jedzenia na świecie, a przed zaśnięciem czytamy – dostępny przy każdym piętrowym łóżku – egzemplarz biblii, co owocuje koszmarami sennymi o krwawych pogromach, ludobójstwach i zwierzętach w łodzi.

28.12.2011

PRAGA ODŚWIĘTNA


Grudzień. Okołoświąteczne napięcie zaczyna narastać. Szał hurtowego kupowania w imię miłości bliźniego, amok polerowania każdego skrawka powierzchni mieszkaniowej, wysyp służbowych, niemal dobrowolnych spotkań opłatkowych. Czujemy, że trzeba uciekać, by oddalić od siebie widmo szaleństwa.

Uciekamy nie bardzo daleko, żeby jednak nie stracić kontaktu z rzeczywistością, ale wystraczająco, by skierować myśli na inne tory. Do Pragi.


Praga w grudniu cała przeistacza się w świąteczny jarmark. Na każdym wolnym kawałku chodnika, skwerku czy placyku pojawiają się obwieszone światełkami budki i stragany z asortymentem bożonarodzeniowym z założenia, choć nie zawsze w praktyce. Jarmark główny ulokowany jest na Starym Rynku. Tam pod błogosławiącym spojrzeniem posągowego Jana Husa, w brukowanej niecce między Tyńskim Chramem z jednej, a ratuszową wieżą ze sławnym astronomicznym zegarem z drugiej strony, wyrasta prowizoryczna mini-osada drewnianych domków, sprzedających całe mnóstwo atrakcyjnych i zupełnie niepraktycznych rzeczy.


Dwa rodzaje budek wydają nam się jednak całkiem praktyczne: te z grzanym winem i drugie z napisem „Trdlo”. W chatkach opatrzonych tym tajemniczym szyldem wyrabiane są trdelniki – pyszne, słodkie rury pieczone na wielkich rusztach. Jeśli już kupować coś na praskim jarmarku, to warto nabyć sobie trdelnika.


Nabywamy i udajemy się kierunku Hradczanów. Przez Wełtawę, jak wiadomo, przeprawić się należy Mostem Karola. Most znany jest z szeregu ustawionych na nim posągów świętych i błogosławionych w pozach mniej lub bardziej biblijnych oraz „wielowiekowej” tradycji dotykania różnych świętych w różne miejsca w celu spełnienia rozmaitych intencji. Nawet nie będąc znawcą obyczaju, łatwo domyślić się, że dotykać należy zawsze najbardziej wyślizganej na złoto części ciała świętego.


Po drugiej stronie rzeki, już na zamkowym wzgórzu, rozwinęła się najwidoczniej nowa świecka tradycja dotykania posągów nieświętych w miejscach jednoznacznie wskazujących na intencję, której zwerbalizowanie bywa krępujące.


Praski Hrad z majestatyczną Katedrą św. Wita, spektakularnymi zmianami warty  i zaskakującym brakiem śmieci, niezmiennie prezentuje się godnie. Nie będziemy się jednak rozwodzić nad historyczno-architektonicznymi atutami Pragi, gdyż wystarczająco dużo zostało już o nich napisane w źródłach wszelakich i każdy z łatwością może się dowiedzieć, co w stolicy Czeskiej Republiki trzeba zwiedzić oraz dlaczego Hradczany, Józefów, Wyszehrad i Plac Wacława.


Z rzeczy, których może nie być w przewodnikach:

- Czesi kochają mięso. Dział „dania bezmięsne” zwykle w ogóle nie figuruje w menu. W bardziej postępowych knajpach znajduje się w nim jedna potrawa – smażony ser. Daniem, z którego Czesi są najbardziej dumni jest świńskie kolano.

- Czeskie piwo jest (subiektywnie) najlepsze na świecie. Są go niezliczone rodzaje i warto je kupować do każdego posiłku, choćby dlatego, że jest o wiele tańsze niż herbata.

- Czeska telewizja na okrągło nadaje kroniki filmowe. Przy czym te komunistyczne należą do najnowszych. W hotelu mamy co prawda tylko cztery kanały i telewizor, który odbiera w podczerwieni (nasz hotel był bardzo tani), kiedykolwiek go jednak nie włączamy, któryś program nadaje właśnie newsy o oddaniu kolejnego osiedla z wielkiej płyty i anykapitalistycznych protestach w NRD. Generalnie mamy wrażenie, że najświeższe wiadomości są z ’89.

Skoro jesteśmy w latach 80., warto jeszcze wspomnieć Lennonową Ścianę. Znajduje się ona na Malej Stranie, koło francuskiej ambasady i nie polecamy szukać jej z przewodnikiem AA, który pokazuje, że jest zupełnie gdzie indziej.


Ściana stała się Lennonową po śmierci Johna, kiedy to ktoś namalował na niej wizerunek artysty. Potem zaczęło się pojawiać więcej graffiti, więcej lennonów, coś o miłości, pokoju i wolności, więc władze Czechosłowacji wszystko zamalowały. I znowu ktoś coś narysował, napisał, a władze znowu, że remont. I tak bez końca, jedni malowali nocą, drudzy w dzień. Później była Aksamitna Rewolucja i ambasador Francji poprosił, żeby nie robić już więcej remontów. Od tamtej pory każdy może na Lennonowej Ścianie pisać to, co chce.

A jeśli już jesteśmy przy tym: Dwa dni po naszym powrocie z Pragi zmarł Václav Havel i było nam bardzo przykro.