Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty

10.08.2012

ATLAS WYSOKI


Naszą marokańską podróż kończymy w Atlasie Wysokim. Wcześniej, od strony Marrakeszu przekraczamy przełęcz Tizi n’Tichka. Droga, którą w latach 30. zbudowała francuska Legia Cudzoziemska, przecina góry Atlasu na wysokości 2260 m n.p.m. i gwarantuje naprawdę niesamowite widoki.


Ławeczka z widokiem na Atlas.

Ostatecznie lądujemy w jakimś zapomnianym przez bogów i ludzi, acz malowniczym miejscu, którego nazwy za skarby nie możemy sobie przypomnieć. Mamy tu zaledwie trzy deszczowe dni, do których szczerze mówiąc, trochę się nie przygotowaliśmy. Przyjeżdżamy z absurdalnym założeniem, że mapę okolicy kupimy w jakimś kiosku na miejscu. Okazuje się to zupełnie poronionym pomysłem, nie tylko dlatego, że map nie ma w kioskach, ale również i głównie dlatego, że w ogóle nie ma kiosków. W nieodległej wiosce jest jeden sklepik, który z grubsza przypomina nasz Ruch, ale pełni on rolę hurtowni spożywczo-chemicznej, nie kolportera materiałów prasowych.

Nasz hotel także nie jest w stanie nam pomóc. Na stojaku z ulotkami nie ma nawet prowizorycznych mapek okolicy, jakie zwykle udostępniane są turystom, żeby się nie pogubili z nadmiaru wrażeń. Może dlatego, że nadmiaru wrażeń nikt tu nie obiecuje... Hotel bardzo chętnie zorganizowałby nam wycieczkę konną, ale mapki niestety zorganizować nie może.


Po szybkich oględzinach okolicy dochodzimy do wniosku, że mapa z lokalnymi szlakami prawdopodobnie nie istnieje, ponieważ nie istnieją same szlaki. Wciąż zapominamy, że idea turystycznego chodzenia po górach dla samej przyjemności chodzenia jest wynalazkiem kultury zachodnio-atlantyckiej i dla wielu ludzi na świecie jest nie tylko obca, ale również zupełnie niezrozumiała. Sama przyjemność chodzenia jest natomiast uznawana za co najmniej wątpliwą. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak eksplorowanie Atlasu ścieżkami wydeptanymi przez kozy i wieśniaków, będąc wyposażonymi jedynie we wrodzony instynkt zdobywców.


Włóczymy się tak moknąc w ciepłym deszczu i patrząc jak zielona rzeka pełznie leniwie czerwonym wąwozem. Bardzo tu cicho i wszystko się dzieje w zwolnionym tempie. Od czasu do czasu natykamy się na samotne chaty zbite z krzywych desek, przy których zakutane w chusty babinki pielą grządki fasoli. Wszystkie mają wytatuowane na podbródkach niebieskie pionowe linie. Dla Berberów to znak, że kobieta jest zamężna. Młode Berberyjki z miast już tego nie robią, nie chcą się piętnować, ale tutaj w górskich wioskach Altasu tradycje są silne i szanowane, a ludzie odporni na zmiany.

Staramy się omijać te babiny i ich chaty niemal na paluszkach, żeby się nie naprzykrzać, nie zakłócać ich naturalnego trybu pracy, życia i myślenia. Nie fotografujemy, bo one się tego boją jak ognia. Ja zasłaniam wszystko poza głową i wciąż sobie wyrzucam, że kogoś urażą niezakryte włosy. Pewnie niepotrzebnie, ale są takie miejsca, gdzie człowiek czuje jakby się pakował ze swoimi turystycznymi butami w czyjś doskonale ułożony świat.

Niżej, przy głównej drodze nieco młodsze kobiety noszą na plecach olbrzymie pęki chrustu. Ciągną za sobą uczepione spódnic, zasmarkane dzieciaki. Za niektórymi idą też osły. Mają na grzbietach naręcze chrustu prawie tak samo wielkie, jak kobiety. Mężczyzn jakoś w tym świecie nie ma.


Każdego wieczoru chodzimy na kolację do jedynej restauracyjki w pobliskiej wiosce. Zawsze jesteśmy jedynymi klientami. Siadamy przy stoliku na tarasie, gdzie niezmiennie przyłączają się do nas pies i stadko kotów w różnych rozmiarach. Jedzenie jest świetne, a obsługa na tyle przyjazna, że z miejsca zaczynami się czuć jak u cioci na imieninach.

Z kolacji wracamy drogą tak ciemną, że otaczająca nas przestrzeń zdaje się prawie pożerać światło latarki. Kiedy ją gasimy, niebo nad nami rozjarza się jak zaczarowane. Ta noc to nasze pożegnanie z Marokiem. Nigdy wcześniej, ani później, nigdzie indziej na Ziemi, nie widzieliśmy naraz tylu gwiazd.

3.08.2012

ESSAOUIRA, CZYLI MAROKO NIEAFRYKAŃSKIE



Essaouira to jedno z najmilej wspominanych przez nas miejsc w Maroku. Właściwie nic tam nie robimy, nie bierzemy udziału w zinstytucjonalizowanym zwiedzaniu czegokolwiek, po prostu  włóczymy się to tu, to tam. Chłoniemy atmosferę.


Najpierw gapimy się na gęsto utknięte w porcie niebieskie łódki, wpasowane jedna przy drugiej jak kawałki puzzli i na rybaków w białych dżellabach albo w dresach, zwijających sieci. Potem gapimy się na chłopaków, skaczących na główkę z ufortyfikowanych portowych murów, ale to gapienie wkrótce nam się nudzi.


Idziemy pospacerować. Na początku szerokim deptakiem z obu stron obwarowanym rzędami restauracji i sklepików z pamiątkami. Nie czujemy się jak w Afryce. Jest jak w chorwackim Splicie albo gdzieś na południu Hiszpanii. Albo w Kołobrzegu po sezonie. Ludzie też są jacyś bardziej europejscy. Nic nam nie chcą sprzedawać, a w każdym razie nie na siłę, nie osaczają nas. Ogólnie są wyluzowani i nam się to wyluzowanie udziela. 


W atmosferze relaksu dochodzimy do struktury architektonicznej wyglądającej jak skrzyżowanie bramy z łukiem triumfalnym. Tu kończy się deptak. A gdzie kończy się deptak, kończy się też turystyczna Essaouira a zaczyna suk. Tu nie kupuje się widokówek i upominków, tylko wszystko to, czego przeciętny Marokańczyk potrzebuje na co dzień: warzywa, narzędzia, bieliznę, straszliwie słodkie, wysokokaloryczne ciastka specjalnie na Ramadan, kury powiązane w pęczki i plecaki szkolne z lalkami Barbie ubranymi w czadory. Tu się odbywa Maroko marokańskie, nie jakaś śródziemnomorska podróba. Jest głośno, trochę brudno, ścisk i zapachy, ale tym razem nas ten harmider wchłania, jakby adoptuje, bierze nas pod skrzydła jak kwoka kaczęta. Wciąż jesteśmy inni, wciąż się wyróżniamy, ale na tym suku nie jesteśmy białasami, których trzeba wydoić. W ogóle mało kto na nas zwraca uwagę. Bo co oni mają nam tu sprzedać? Ten na wpół żywy z gorąca drób, te kilka marchwi nakopanych pod domem, te chińskie skarpety? Tylko raz ktoś nas zaczepia. Chce odkupić nasze trekkingowe sandały. Oferuje swoje klapki, żebyśmy nie szli boso. Pyta ile chcemy. Podajemy prawdziwą cenę rynkową i to go deprymuje. Wyraźnie nie może pojąć, jak ktoś mógł tyle dać za tak brzydkie buty. 

Następny dzień – plaża. Szeroka, o białym, miękkim piasku, bez prażących się ciał. Jest wrzesień. Cieplej niż nad Bałtykiem w szczycie sezonu, a na plaży prawie nikogo. Kilka osób się przechadza, jeden pan z tacą sprzedaje słodycze, siedzi kilku miejscowych (nie kilkoro, bo kobiety nie siedzą), a i to tylko bliżej centrum miasta. Później nie ma już nawet tych nielicznych.


Na plaży spotykamy Yusifa. Yusif ma 17 lat, małego brata, który jeszcze nie obchodzi Ramadanu i dwa konie. Te konie wynajmuje turystom na przejażdżki. Takich chłopaków jak on jest tu kilku. Nie wyglądają jakby pracowali. Leżą na piasku, urządzają sobie wyścigi konne, bitwy na ochlapywanie wodą albo po prostu moczą siebie i konie po kolana w morzu.

Kiedy przechodzimy, Yusif przerywa moczenie i pyta czy chcemy się przejechać na tych jego koniach. Normalnie, nie jak klasyczny marokański nagabywacz, z uśmiechem nadziei raczej, niż wyrachowania. Właściwie to nawet chcemy. Postanowiliśmy wcześniej, że damy tym chłopakom zarobić. Pyta akurat Yusif, więc pada na niego. Mówimy więc, zgodnie z prawdą, że tak, chcemy bardzo, tylko taki mały problem jest, bo nie umiemy jeździć, na co Yusif uśmiecha się jeszcze szczerzej. „Don’t worry!” – mówi – „These are horses for tourists”. Dostajemy szybki instruktaż jak wsiąść, jak ruszyć, jak zatrzymać, jak sterować, minuta osiem i jedziemy. W zasadzie tylko wsiąść musimy sami, resztę robią za nas konie. To one są tu od myślenia, dzięki czemu możemy poświęcić całą naszą uwagę na rozmowę z Yusifem. 

Yusif jest Berberem. Nie mieszka w Essaouirze, przyjeżdża tu tylko pracować w wakacje. Jego rodzina pochodzi z Agadiru, gdzie hoduje konie, które biorą udział w lokalnych wyścigach. Nagrodą jest zwykle zapas paszy i zaszczytny tytuł zwycięzcy. Dowiadujemy się, że jeden z naszych wierzchowców wygrywał już takie zawody. „To mądry koń.” – mówi chłopak i klepie kasztana po boku – „Rozumie po arabsku i po berberyjsku”. Nam się wydaje, że z polskim również nieźle sobie radzi.

Sam Yusif też głupi nie jest. Jego pierwszym językiem był berberyjski. Arabskiego i francuskiego nauczył się w szkole. Dobrze mówi po angielsku i trochę po hiszpańsku. Tych dwóch języków uczył się od turystów na plaży. Jego pasją jest surfing, który uskutecznia wraz z kolegami, czekając na potencjalnych klientów. Wygląda, że mają na to sporo czasu. Yusif pokazuje nam swoich znajomych. Surfują. Nie znamy się, ale chyba nie najgorzej, zważywszy, że żaden z nich nie ma deski. Mają stare, ergonomicznie wycięte drzwi i na tych drzwiach poskramiają fale.

Autor: Yusif.

Dzisiaj, kiedy to piszemy, okazuje się, że nie mamy żadnej fotografii Yusifa ani tamtych chłopaków i zaraz przypomina nam się dlaczego. Wtedy na plaży Yusif spytał, czy może nieść nasz aparat i robić nim zdjęcia. Nie potrafiliśmy mu odmówić. Kto wie, jakim byłby fotografem, gdyby miał swój własny aparat. Bo gdyby miał prawdziwą deskę, z pewnością byłby dobrym surferem.

25.07.2012

AUTENTYCZNIE JAK W FILMIE


Ksar Aït Benhaddou to, obok placu Jemaa el-Fna, prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalne miejsce w Maroku. Wiele można by napisać o tej osadzie-fortecy: że ją zbudowano w XVII wieku w charakterystyczny południowomarokański sposób, z ziemi i drewna, że stała na ważnym szlaku handlowym z Marrakeszu do Sudanu, że teraz jest zabytkiem światowego dziedzictwa UNESCO, czy wreszcie, że mimo iż dawno opustoszała, w obrębie jej glinianych murów nadal mieszka dziesięć rodzin – bez kanalizacji i elektyczności, prawie jak w czasach świetności ksaru. My nie o tym jednak chcieliśmy, bo o tym to można sobie poczytać w Lonely Planet i na Wikipedii. My chcieliśmy o czymś zgoła innym, co się wydarzyło w Aït Benhaddou kiedy tam byliśmy.


Ksar leży nad rzeką. Wioska, w której wszyscy obecnie mieszkają, bo dochodzi tam prąd, jest na jej przeciwnym brzegu. Tu też zatrzymaliśmy się na noc poprzedzającą naszą wizytę w historycznej twierdzy.

Budzimy się rano. Idziemy umyć zęby, ostrożnie omijając w łazience mrówkową autostradę, która z podłogi ciągnie się na ścianę z lustrem i niknie w kabinie prysznicowej. Autostrada jest bardzo ruchliwa i trzeba uważać, żeby nieopatrznym postawieniem klapka nie spowodować katastrofy w ruchu lądowym.

Lekko odświeżeni, ale jeszcze trochę zaspani wyglądamy przez okno, a naszym niedobudzonym oczom ukazuje się taka oto scena: Na piaszczysty placyk w centrum wioski, wzniecając tumany kurzu, podjeżdża autokar. Otwiera drzwi i ze środka wysypuje się oddział starożytnych wojowników w hełmach z czubeczkiem i z szablami u pasa. Oddział przez kilka minut kręci się chaotycznie, jakby lekko zniecierpliwiony po podwórzu, po czym ustawia się karnie w ogonku do wypatrzonego przez kogoś domku z serduszkiem. Każdy kolejno, w pełnym rynsztunku, znika w jego wnętrzu, by po chwili wyłonić się, jakże szczęśliwszy, z wyrazem ulgi na wąsatej twarzy. Kiedy z wygódki powraca ostatni wojownik, wszyscy pakują się do autokaru i odjeżdżają.

Idziemy z powrotem do łazienki jeszcze raz przepłukać oczy i wysmarować się kremem z filtrem 30. Zaczynamy podejrzewać, że ostre słońce Maghrebu mogło nam zaszkodzić podczas pobytu na pustyni.


Niedługo potem przekraczamy wyschniętą niemal całkiem rzekę i docieramy do ksaru. Przy pierwszej bramie wita nas elegancki, śniady pan i mówi, że niczego nie wolno nam fotografować, bo to jest teraz plan filmowy i tu się kręci „Księcia Persji”, a nasze zdjęcia z wakacji niechybnie pogwałcą niezbywalne prawa autorskie Wytwórni Disneya.

To wyjaśnia wojowników pod naszym oknem. Nie wyjaśnia natomiast, jak obiekt kulturowego dziedzictwa ludzkości może przejściowo stać się wyłączną własnością jednego koncernu. Cóż, jak to mówią: biznes jest biznes...

Snujemy się więc po tym gigantycznym zamku z piasku, od czasu do czasu strzelając nielegalne fotki z biodra i zastanawiając się ile z tego co widzimy jest autentyczne, a ile tylko gra w filmie. Dla uściślenia, podczas naszej wizyty nic się w Aït Benhaddou nie dzieje. Żadnej akcji, żadnych klapsów ani świateł jupiterów. Poza śniadym panem, nie ma żadnych oznak Hollywoodu. Pod ścianami przemykają zgarbione dziadki bez zębów. Noszą wełniane marynarki w 30-stopniowym upale. Wygladają na prawdziwych.


Jeden z nich widząc, że nadchodzimy, wybiega przed swój dom. Uśmiecha się szeroko i zaprasza na herbatę. Uśmiechamy się również i grzecznie odmawiamy. Pamiętamy słowa Haddou, miejscowego przewodnika: „Jak ktoś w ksarze będzie was zapraszał do siebie, nie idźcie. To będzie najdroższa herbata w waszym życiu”. Niestety, uprzejmość rodzin z Aït Benhaddou nie ma już nic wspólnego z islamskim prawem gościnności. Ci ludzie nie mieszkają tu bez prądu i bieżącej wody dlatego, że muszą, ale dlatego, że im się to opłaca.

Turyści w takich miejscach uparcie szukają autentyczności. Chcą, żeby ściany były z gliny, nie z betonu, żeby zakupy z rynku wożono na wielbłądach, a nie samochodem, żeby herbatę zrobiła im baba w chustce i nie z torebki, ale z miętki, którą przed chwilą zerwała w ogrodzie. Turyści chcą doświadczać prawdziwie, a co może być bardziej autentycznego od bycia przyjętym przez tubylca w jego własnym domu? Właśnie dlatego w Aït Benhaddou wciąż są tubylcy.

Dolina Róż - mniej autentycznie, bo mają prąd.

P.S. Dwa lata później „Książę Persji” wszedł do kin. Poszliśmy zobaczyć jak Aït Benhaddou się prezentuje na dużym ekranie. Wśród efektów specjalnych i komputerowych animacji nie rozpoznaliśmy ani jednego miejsca. I film był kiepski. Autentycznie.

19.07.2012

SAHARA OKUPOWANA



Sahara Zachodnia – nieurodzajny, piekielnie suchy obszar pomiędzy Marokiem, Mauretanią, Algierią i Oceanem Atlantyckim. Nie bezkresne, złote morze piasku z fantazyjnymi w swych kształtach diunami gnanymi wiatrem. Nie sentymentalno-literackie wyobrażenie pustyni poznaczonej szlakami karawan i zielonymi plamami daktylowych oaz z powieści kolonialnych. Taka Sahara mogłaby uwodzić, pociągać, mogłaby nawet być nazwana piękną. Ale taka Sahara prawie nie istnieje. Taka Sahara jest w zaledwie kilku, niemal uchodzących uwadze miejscach, gdzieś na swoich krańcach.


Cała reszta, obezwładniający ogrom przestrzeni, jest daleką od romantycznej wizji hamadą – czarnym, kamiennym pustkowiem, gdzie trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek życie i o którym niewiele więcej można powiedzieć poza tym, że przeraża.


Ten spalony słońcem skrawek skalistej ziemi to od 1976 roku Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna, niezależne, uznane przez ONZ państwo z własną flagą, hymnem i rządem w obozie dla uchodźców w algierskim Tinduf. Obecnie pod zaborem marokańskim.

Obywatele tego kraju nazywają się Sahrawi i są etniczną mieszanką Arabów, Berberów i czarnych Afrykanów. Od pokoleń niezmiennie, czy to z konieczności, z przyzwyczajenia, czy też z przyrodzenia są nomadami i wielu po dziś dzień prowadzi koczowniczy tryb życia. Jedynym domem jaki znają są namioty rozbijane tam, gdzie kozy i wielbłądy są się w stanie przez jakiś czas wyżywić skąpą pustynną roślinnością i przenoszone, gdy z okolicy zniknie ostatnie źdźbło trawy. W interwałach między przenosinami, gdy mężczyźni wypasają stada w sobie tylko znanych miejscach, kobiety próbują dorobić kilka groszy parząc miętową herbatę dziwnym, bladoskórym turystom, którzy od czasu do czasu przyjeżdżają jeepami, żeby fotografować tę jałową ziemię i dziwić się, że jednak jest tu możliwe jakieś życie.


Więc po co ktoś chciałby okupować taki kraj? Po co komu ziemia, która nie rodzi, klimat który zabija, lud, który nie sieje i nie buduje? Odpowiedź może być  jedna, bo tylko jedna jest tutaj rzecz, na której warto położyć łapy: surowce. W przeciwieństwie do większości zjedzonych konfliktami arabskich krajów, przekleństwem Sahary Zachodniej nie jest jednak ropa, bo jest jej tak mało, że wydobycie nie byłoby wcale opłacalne. Na swoje nieszczęście region ten ma za to jedne z najbogatszych na świecie złoża fosforanów i to w imię minerałów ludzie strzelają do siebie nawzajem, mimo trwającego od 11 lat zawieszenia broni. Dla minerałów jednych wypędza się z tych nieprzyjaznych terenów, które jak by nie było, są jednak ich domem, drugich zaś na gwałt się osiedla, żeby gdy przyjdzie czas, właściwie zagłosowali w referendum.

Opuszczona kopalnia w pobliżu Merzougi.

Przemieszczając się po obrzeżach pustyni, co i rusz dostrzec można olbrzymie, ciągnące się wzdłuż dróg napisy. Zgrabne arabskie litery ułożone są z kamyków i głoszą: „Sahara jest nasza”. I tylko spłowiałe resztki kolorowych farb, jakimi wprost na czarnej skale wymalowano flagę, pozwalają domyślać się czyj jest ten konkretny, spękany upałem spłachetek ziemi.

14.07.2012

FEZ VS MARRAKESZ


Dwa miasta, dwie medyny, dwa suki – niby to samo, ale... Fez i Marrakesz jakoś nam się utrwaliły jako największa marokańska dychotomia. Nic ich nie łączy, wszystko dzieli, a jednak nie sposób mówić o jednym, nie wspominając drugiego. Przy tym, paradoksalnie i wbrew przewidywaniom a priori, wszelkie próby porównywania niezmiennie wypadają na korzyść Fezu.


Na początek medyny, stare dzielnice bazarów, meczetów i riadów, urbanistyczne kolebki arabskich miast, przez które arteriami ekstremalnie wąskich, zagmatwanych uliczek przepływa codzienne życie Maroka. W obu miejscach podobnie, przepływa wśród ciągłych nawoływań kupców i sporadycznych, choć regularnych jak w zegarku nawoływań muezinów, wśród feerii zapachów i kolorów, wszędobylskich kotów, bogactwa wystawionego na pokaz i ubóstwa skrzętnie ukrytego za rogiem. Z tą różnicą, że w Fezie życie medyny toczy się niespiesznym, naturalnym tempem osiołków, podczas gdy w Marrakeszu mknie warcząc i trąbiąc na wszelkiej maści motorach, motorkach i motorynkach. A w każdym razie mknąć usiłuje, co zważywszy na przeciętną szerokość tutejszych uliczek jest absolutnie niewykonalne i kończy się zazwyczaj utknięciem gdzieś między ścianą, straganem a staruszką, vis-a-vis drugiego zniecierpliwionego motorka.

Z punktu widzenia turysty-spacerowicza (przez socjologów kultury zwanego flâneurem) o wiele przyjemniej jest być na każdym kroku potrącanym przez jucznego osiołka, niż przez piętrowo załadowany, pierdzący jednoślad. Smutniejszą stroną powszechnego użycia osiołków jest fakt, iż mają one w tym kraju status zbliżony do motorków, czyli należny raczej maszynie transportowo-budowlano-rolniczej, niż żywej istocie.


Elementem w pewnym stopniu przywracającym wiarę w ludzi jest pan Sprzedawca Kapci, z którym targujemy się zajadle, ale po przyjacielsku, przeprowadzając jednocześnie dogłębną krytykę polityki zagranicznej polskiego rządu. Pan nie tylko orientuje się świetnie w wydarzeniach na arenie międzynarodowej, ale również zna nazwiska prezydenta oraz obecnego i poprzedniego premiera Polski, czym wzbudza nasz niemały szacunek, nawet jeśli na trzy osoby przypadają tylko dwa nazwiska (przypomnijmy jest rok 2008, krajem do niedawna dowodzili Kaczyński i Kaczyński). Zastanawia nas przy tym, ilu Polaków – ogółem, nie tylko handlarzy-obuwników z rynku – wie chociażby jaki ustrój panuje w Maroku.

Pan Sprzedawca Kapci potwierdza nasze wcześniejsze obserwacje, że Marokańczycy mają dość dużą wiedzę o świecie i całkiem sensowne przemyślenia. Nie stawiamy tu oczywiście wielkiego kwantyfikatora, ale generalnie są niegłupim narodem. Ponieważ dodatkowo udaje nam się osiągnąć porozumienie cenowe i zakupić super-bambosze, pan Sprzedawca Kapci zdobywa duży punkt na korzyść Fezu.

To nie jest ten pan, ale to jest w Fezie.

Maluteńkim mankamentem fezkiej medyny jest fakt, że śmierdzi, ale tylko w dwóch sektorach. O jednym wszyscy wiedzą, bo to właśnie specyficzny aromat ma bezpośredni związek z jego turystyczną atrakcyjnością. Mowa o sektorze garbarni, w którym tradycyjnymi, niezmienionymi od średniowiecza metodami wyprawia i farbuje się skóry. Skąd ta woń? Otóż z krowiego moczu i gołębiej kupy. Po co im zwierzęce odchody? To właśnie sekret niespotykanej miękkości marokańskich wyrobów skórzanych. Nic tak nie uszlachetnia, jak długotrwałe leżakowanie w guanie.



Drugi sektor woniejący nie jest tak popularny wśród zwiedzających i raczej mało kto tu dociera, a trzeba przyznać, że wrażenia zmysłowe są o wiele silniejsze niż w garbarniach. Chodzi o sektor frutti di mare i nie wiemy, jak zwerbalizować doznawane tu bodźce. Żeby je sobie wyobrazić, proponujemy po prostu zakopać się razem z głową w rybich wnętrznościach tydzień po ich zdysponowaniu na wysypisku śmieci w 30-stopniowym upale.

Zdecydowanym minusem Marrakeszu jest natomiast jego uświęcona tradycją turystyczność. Co najmniej od lat 60. miasto było i jest, w zależności od aktualnie panujących trendów, mekką hippisów, new age’owców, podróżników, reporterów-amatorów, cyklistów i hipsterów oraz wszelkich innych odmian wagabundów i zwiedzaczy, co zaowocować musiało przemianami w trybie myślenia jego mieszkańców. Dość powiedzieć, że Marrakesz nauczył się nie tylko z tym żyć, ale również żyć z tego.


Plagą tego miasta są więc tłumy marrakeszan różnych profesji i proweniencji o zdolności niespodziewanego materializowania się w pobliżu obcokrajowców z żądaniem pieniędzy za wszystko, od półminutowego ulicznego występu, którego nawet nie zauważyłeś, po przypadkowe ujęcie na zdjęciu straganu z bułkami i gaciami. Proceder ten w szczególnym natężeniu odbywa się oczywiście na sławnym placu Jemaa el-Fna i potrafi skutecznie zniechęcić mniej asertywnych i odpornych psychicznie turystów do dalszego poznawania Maroka. Dlatego nie polecamy zaczynać od Marrakeszu. Jest duża szansa, że opuści się go z głęboko zakorzenioną awersją do nacji północno-afrykańskich.

W naszym przypadku szalę przeważył pan usiłujący wcisnąć nam małpę na łańcuchu. Kiedy uprzejme propozycje nie zakończyły się sukcesem, pod pretekstem pożegnalnego uścisku dłoni, pan szybkim ruchem przepchną przerażonego zwierzaka ze swojego ramienia na Bartka, licząc prawdopodobnie, że towar dotknięty uznamy za kupiony. Nie uznaliśmy, co zakomunikowaliśmy mu w dość dosadny i niewyszukany sposób. Pan odszedł wkurzony z ogromnym, niezmazywalnym minusem na konto Marrakeszu. I tylko małpki żal...

Stragan z bułkami i marrakeskie motorki.

Żeby jednak napisać też coś pozytywnego, musimy przyznać, że: 

- Marrakesz w pełni zasługuje na swój przydomek „Różowego Miasta” i prezentuje się bajecznie zwłaszcza o zachodzie słońca.

- Po zmroku cały główny plac przeistacza się w jedną wielką restaurację pod gołym niebem, gdzie wybór dań jest praktycznie nieograniczony, a zapachy z gigantycznych grilli uwodzą tak, że trudno się im oprzeć. My byliśmy w Maroku akurat w Ramadanie, więc wielkie żarcie po ostatniej modlitwie rozpoczynało się ze zdwojoną siłą.

- Świeżo wyciskane soki pomarańczowe, sprzedawane z wszechobecnych wózków na Jemaa el-Fna nie mają sobie równych prawdopodobnie nigdzie na świecie.

Różowe Miasto ze sznurem bielizny.

Mimo wszystko, mimo całej tej różowości i pomarańczy, w naszym ostatecznym nieobiektywnym rozrachunku, konkurs na bardziej przyjazne miejsce na Ziemi jednogłośnie i bezapelacyjnie wygrywa Fez.

(Fanfary!)

13.07.2012

MAROKO JEST SPOKO


O Maroku nigdzie nic nie napisaliśmy, bo to było cztery lata temu, a więc w zamierzchłej przeszłości technologii komunikacyjnych, kiedy idea blogowania była nam tak samo obca, jak kontynent afrykański... jest nam obcy do dziś.


W ferworze sieciowej przeprowadzki poznajdowały się jednak stare fotografie, poutykane w najmroczniejszych zakamarkach kompów i wrócił – jak to mówią – wspomnień czar. Całkiem przypadkowo, zbiegło się to w czasie z przeczytaniem przez nas na jednym z popularnych portali podróżniczych relacji z Maroka pewnej pary, która najwidoczniej pojechała tam prosto po wakacjach w Sopocie lub Krynicy Zdroju oraz po lekturze „Baśni Tysiąca i Jednej Nocy”. Para wróciła zawiedziona i zniesmaczona, że na ulicach brudno, że się je kozie głowy i w nich rzucano owocami, i proponowano seks homoseksualny za pieniądze.

Zastanowiło nas, podobnie jak większość czytelników portalu, dokąd państwo zawędrowali w tym Maroku, bo nam się szczęśliwie nic takiego nie przydarzyło, ani nawet nie słyszeliśmy, żeby się przydarzyło komuś innemu.

To znaczy, kozie głowy się faktycznie je czasami, jak zresztą całą resztę kozy. I czasem jest brudno, jak w Manchesterze i w Będzinie. A z rzeczy szemranych za pieniądze, to nam tylko proponowano haszysz i dziwne dynie, ale nie wzięliśmy i nikt nas niczym nie obrzucił. Nawet kalumnią.


W każdym razie, sprowokowani tą koincydencją, postanowiliśmy dorzucić swoje cztery grosze o Maroku, a z racji, że to było dość dawno, to zamiast sadzić farmazony, napiszemy co nam w głowach utkwiło jako najważniejsze.

Zdjęcia z „małpki”, więc będą miały większą wartość sentymentalną niż artystyczno-fotoreporterską, ale bądźcie z nami.