Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty

23.10.2012

MACEDONIA OD KUCHNI


Do Macedonii jedziemy nastawieni na kulinarny wypas. Spodziewamy się rustykalnej kuchni bałkańskiej z dużymi ilościami przetworów warzywnych, o silnych wpływach tureckich i lekkich wpływach śródziemnomorskich, choć z oczywistych przyczyn, bez owoców morza. Nasze oczekiwania umacnia jeszcze lektura przewodnika, zachwalającego niezliczone odmiany macedońskiego ajwaru i wszechobecne targi, gdzie rolnicy każdego dnia sprzedają swoje ekologiczne jarzyny prosto z pola. Taki stan rzeczy wydaje się potwierdzać nasz gospodarz, który niemal wita nas oznajmieniem, że kraj jego oferuje niezapomniane wrażenia smakowe, a zwłaszcza jest rajem dla wegetarian. Aż nie możemy się doczekać poranka.


Nazajutrz pierwsze zaskoczenie. W Macedonii praktycznie nie je się śniadania. Śniadanie się pije. Składa się ono ze szklaneczki mastiki, czyli mocnej, ziołowo-anyżowej wódki oraz naparstka czarnej, gęstej kawy-siekiery po turecku. Wszystko zaraz po przebudzeniu, na pusty żołądek. Jest to od pokoleń kultywowana tradycja, na którą pan gospodarz usiłuje nas nawrócić co dzień o poranku, twierdząc, że to zabija bakterie i dzięki temu Macedończycy nie chorują. Połowa z nas nie daje się przekonać. Druga połowa dzielnie wdraża w czyn tę piękną świecką tradycję, ale po czterech dniach uznaje, że zbawienny wpływ takiej diety na zdrowie jest co najmniej wątpliwy.

Jeśli nie dostanie się wcześniej zapaści alkoholowej lub/i migotania przedsionków, tak około godziny 11:00 zjada się tu obwarzanka z sezamem i popija jogurtem. Ponieważ jednak nalegamy na zagryzienie czymś porannej wódki, gospodarz stwierdza, że koniecznie musimy spróbować burek. To nam nawet odpowiada, bo burek – rodzaj placka z ciasta francuskiego przekładanego różnymi farszami – poznaliśmy i polubiliśmy w Chorwacji. Dzielimy się z nim tą myślą, ale słyszymy, że burek chorwacki nijak się ma do macedońskiego, że to zupełnie inne danie i że tutejszy burek jest bez porównania pyszniejszy. Spieszymy więc do poleconej piekarni posmakować tego super-burka.

Po degustacji spostrzeżenia nasuwają się dwa: 1) Trudno powiedzieć, czy lepszy jest burek macedoński, czy chorwacki, bo są dokładnie takie same. 2) Szeroki wybór farszy chorwackiego burka w Macedonii sprowadza się do wyboru między twarogiem a twarogiem ze szpinakiem.

Wyprzedzając bieg zdarzeń, dodamy w tym miejscu, że w Macedonii generalnie wszystko jest z twarogiem. Potrawy „z serem” (sirenje) zawierają tylko i wyłącznie ser biały. Na określenie żółtego sera używa się tu innego słowa (kaškaval), tłumaczonego na angielski jako „yellow cheese”. Samo „cheese” zawsze, bez wyjątku oznacza twaróg i pojawia się w menu nader często. W połowie naszego pobytu w tym kraju zaczyna nas mdlić po twarogu. Pod koniec uroczyście ślubujemy wykreślić biały ser z jadłospisu na najbliższe kilka miesięcy.


Wracając jednak do głównego wątku, lekko rozczarowani porannym posiłkiem, mówimy sobie: „co kraj to obyczaj” i w nadziei na lepszy posiłek popołudniowy idziemy ponapawać oczy na rynek warzywny. Przeżywamy tam prawdziwy jarzynowy zawrót głowy. Wszystko olbrzymie, soczyste, pachnące, stragany aż się uginają. W dodatku jesteśmy na Bałkanach w czasie zbioru i suszenia papryki na ajwar. W każdym domu, na każdym balkonie, w miastach i wsiach, porozwieszane są bajecznie kolorowe girlandy papryk wszelkiego rodzaju. Ślinka cieknie od samego patrzenia.

Problem w tym, że na patrzeniu się kończy. Nigdzie nie da się bowiem skosztować tego dobrodziejstwa natury. Macedońskie restauracje nic z tych rzeczy nie serwują. Odnosimy wrażenie, że ogólnie obowiązującym w całym kraju typem restauracji jest pizzeria. Nieskończone rzędy poupychanych jedna przy drugiej pizzerii obklejają deptaki i bulwary większych i bardziej turystycznych miast, jak Ochryd czy Bitola. Wszystkich poza Skopje. Tutaj, jak na ironię, oferta gastronomiczna jest szczególnie uboga. W stolicy jedynymi rodzajami jadłodajni są luksusowa restauracja przyhotelowa lub kebap w tureckiej dzielnicy. W obu można zjeść głównie sztukę mięsa. Różnica jest w zasadzie tylko cenie, bo mięso prawie zawsze przyrządzone będzie w ten sam sposób: upieczone z solą.

Generalnie po wielu próbach zapoznania się z kuchnią macedońską, niestety stwierdzamy, że w kwestii kulinarnej panuje w tym kraju absolutny brak wyobraźni. Właściwie nie używa się żadnych ziół czy przypraw, które nadawałyby jedzeniu jakiś konkretny smak i aromat. Nawet te szalenie popularne pizze podawane są bez szczypty oregano. Jedyne znane tu sosy to ketchup i majonez. Dressingi do sałatek nie istnieją. Same sałatki też zresztą prawie nie.


Wegetarianizm jest w Macedonii zjawiskiem nie tyle rzadkim, co niespotykanym. Olbrzymia większość menu w ogóle nie przewiduje, że ktoś może nie jeść mięsa. Jedyną jarską potrawą, jaką oferuje nam się wszędzie jest tavče gravče – fasola Głupi Jaś pływająca w oliwie, zapiekana w glinianym naczynku. Doskonałe, wysokokaloryczne danie na syberyjską zimę. Tylko, że tu jest 30°C i oleiste tavče gravče, spożywane w piekącym słońcu, wchodzi raczej ciężko. Przesławnego ajwaru udaje nam się spróbować dopiero na głębokiej wsi, w gospodarstwie agroturystycznym. Później, żeby przypomnieć sobie jego smak, nabywamy słoik w supermarkecie. To jedyna opcja, bo żadna restauracja nie serwuje tego skarbu narodowego.

Ajwar z supermarketu jest naprawdę pyszny, ale prawdopodobnie nie o takie doświadczenie kulinarne chodzi większości turystów. Nam w każdym razie nie do końca o takie chodziło.

14.12.2010

O JEDZENIU


Lankijska kuchnia funkcjonuje pod znakiem absolutnej i niepodzielnej supremacji curry. 

Tradycyjne śniadanie składa się ze string hoppersów (kulek z ryżowego makaronu) lub roti (rodzaju naleśnika) z sambolem (pastą z kokosa, cebuli i chilli) oraz jajka/ryby/kurczaka/wołowiny w curry. Na obiad zwykle jada się ryż z którymś z powyżej wspomnianych curry, a na kolację to samo, co na obiad, albo roti z curry. Doskonały deser stanowią chipsy z manioku i markizy z nadzieniem curry.

Pomimo pewnej monotonii smaku, jedzenie na Sri Lance jest smaczne. Oczywiście pod warunkiem, że komuś nie przeszkadza fakt, iż jest ostre. Bardzo ostre. I pisząc „ostre” nie mamy bynajmniej na myśli poziomu ostrości europejskich sosów pikantnych, lecz poziom graniczący z progiem jadalności.

Poważnym minusem lankijskich potraw jest niesłychanie długi czas ich przygotowania. W przypadku śniadania to przeciętnie 45 minut, obiadu – półtorej godziny. Gwarancja świeżości okupiona niemal śmiercią głodową, ale czekać warto.


My, z racji częstego przemieszczania się po kraju, nie zawsze możemy pozwolić sobie na komfort oczekiwania. Często polegamy więc na gotowych przekąskach sprzedawanych z ulicznych budek lub wprost z wielkich koszy na dworcach, w autobusach i w pociągach. Absolutnym hitem śniadaniowym są dla nas pączki z cebulą. Pycha! Oprócz tego mleczne bułeczki z farszem swą pikantnością wypalającym oczy, do których przywyka się po kilka dniach regularnej konsumpcji. Bułeczki mają różne nadzienia: z jajkiem, z warzywami, z rybą... Nie należy jednak dać się zwieść pozorom, ponieważ wszystkie te składniki i tak są w curry.