Strony

03.03.2014

AMSTERDAM


MIASTO ROWERÓW

To prawda, rower jest w Amsterdamie bezapelacyjnie środkiem lokomocji numer jeden. Pedałuje tu każdy, wszędzie, o każdej porze dnia, nocy i roku, w każdych warunkach atmosferycznych.


Najpopularniejszym modelem jednośladu jest rower typu koza (czyli taki, jakim jeździły za okupacji nasze babcie), bezprzerzutkowy i bezhamulcowy (hamuje się pedałując do tyłu). Są też rowery z przyczepką do przewozu zakupów z hurtowni ogrodniczej i drobnego sprzętu budowlanego oraz rowery z czymś w rodzaju zadaszonej taczki z przodu do przewozu dzieci – w liczbie mnogiej – i psów, które nie mieszczą się w koszyku na kierownicy.

Kolarzy obowiązuje strój absolutnie niesportowy, czyli taki, w jakim akurat ma się zamiar wystąpić danego dnia w biurze, na dyskotece, obronie licencjatu, czy weselu kuzyna. W strój wlicza się także obuwie, często lakierki lub na 15-centymetrowej szpilce.

Rowery parkuje się gdzie się da, warstwowo w pionine i poziomie, bo niewiele jest na terenie miasta miejscówek, gdzie jeszcze nie jest zaparkowany jakiś rower.


MIASTO NA PALACH

Jak wiadomo, Amsterdam jest w depresji, czyli poniżej poziomu morza. Miejscami nawet 5,5 metra poniżej. Grunt, na którym został zbudowany, z powodu stopnia nasączenia wodą, trudno nazwać stałym. Jest to raczej grzęzawisko, a stawianie budynków na grzęzawisku  – nie mówiąc nawet o całym miastach – nie może skończyć się dobrze.

Budowniczy Amsterdamu odwołali się jednak do sprawdzonego, praktykowanego przez ludzkość od tysiącleci zabiegu inżynieryjnego i postawili miasto na palach. Kiedyś na drewnianych, teraz na betonowych i Amsterdam stoi do dziś, a jego główny plac wraz z pałacem królewskim znajduje się dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś na rzece Amstel zbudowane tamę.

MIASTO KRZYWYCH DOMÓW


Otóż nie, to nie złudzenie optyczne, nie efekt nadmiernego spożycia napojów wyskokowych czy innych substancji psychoaktywnych – domy w Amsterdamie naprawdę pochylają się nad kanałami. Nie jest to również błąd architekta, lecz celowe i logiczne działanie.

Powód? Amsterdamskie kamienice są bardzo wąskie. Tak wąskie, że ich klatki schodowe muszą być skrajnie strome i klaustrofobiczne. W każdym razie, ciężko się tam minąć na schodach. Wejście z większymi zakupami zaczyna nastęczać niejakich kłopotów, a co dopiero z komodą. Albo z kanapą. Wejście z kanapą jest absolutnie wykluczone. A przecież ludzie chcą mieć w swoich mieszkaniach na piętrach jakieś meble.

I tu się wyjaśnia tajemnica pochyłych domów: Fasadę buduje się pod kątem, nad ostatnim piętrem montuje się hak, przez hak przeczuca się linę i wciąga się dowolnych gabarytów mebel, który właściciel odbiera sobie przez okno swojego apartamentu. Pochyłość fasady jest po to, żeby wciągany mebel nie obijał się o mur i nie tłukł okien sąsiadom poniżej. Voilà! Proste i funkcjonalne. 

MIASTO CZERWONYCH LATARNI

Miasto czerwonych latarni jest obecnie coraz mniej czerwone. Wszystko za sprawą konserwatywnego rządu Holandii, który w ostatnich latach postanowił zlikwidować większość wynajmowanych przez prostytutki okien, pozostawiając dzielnicę cielesnych uciech w bardzo okrojonym wymiarze, skupioną tradycyjnie wokół murów Starej Katedry.


Czy to dobrze, czy źle, można by dyskutować. Naszym skromnym zdaniem usuwanie prostytucji z widoku publicznego jej nie likwiduje, a co najwyżej spycha do podziemia. To eskaluje stręczycielstwo, handel ludźmi, niewolnictwo seksualne i rozprzestrzenianie się chorób wenerycznych.

Po poglądowej wizycie pod Katedrą stwierdzamy, że dziewczyny w oknach mają nieporównywalnie lepsze warunki pracy niż te na ulicach. Nie marzną, nie padają ofiarami gwałtów, mają się gdzie umyć, a przede wszystkim są zarejestrowanymi pracownicami seksualnymi, płacą podatki i przysługuje im opieka zdrowotna.

Wydawałoby się, że lepszym rozwiązaniem niż jałowe usiłowanie likwidowania najstarszego zawodu świata byłaby próba podniesienia go do poziomu cywilizacyjnego XXI wieku, ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie.

MIASTO NA HAJU


Wbrew  temu, co się powszechnie sądzi, marihuana, haszysz i grzybki nie są w Holandii legalne. Są za to szeroko społecznie akceptowane i posiadanie małych ilości (do 5g) tych substancji nie jest traktowane jak przestępstwo. W świetle prawa, sławne amsterdamskie coffeeshopy (nie mylić z kawiarniami) prowadzą jednak nielegalny interes, obracając ilościami miękkich narkotyków, jakie znacznie przekraczają limit. Mimo to nad Amsterdamem bezustannie unosi się słodkawy zapach trawki, a na co drugim rogu przeciętnie wyglądający przybytek tonie w białych tumanach dymu.

Coffeeshopy, podobnie jak dzielnice czerwonych latarni, też znalazły się na celowniku skrajnie prawicowych polityków, którzy w ubiegłym roku przeforsowali wprowadzenie przepisów zabraniających wstępu do nich cudzoziemcom. Oficjalnie, aby korzystać z cofeeshopów trzeba być obywatelem Holandii i posiadaczem rocznego karnetu na zioło. W praktyce jak to działa, nie trzeba chyba pisać. Wystarczy powiedzieć, że rządy się zmieniają, a chmura dymu nad Amsterdamem nie rzednie.


OPRÓCZ TEGO

Amsterdam jest także miastem:
- przepysznych frytek,
- przemiłych ludzi,
- Van Gogha i Rembrandta,
- wielokilometrowych kolejek do muzeów wystawiających Van Gogha i Rembrandta,
- pachącym dość intensywnie serami, głównie Goudą,
- pozostawiającym bardzo pozytywne wrażenie.

06.12.2013

PAŁACE SINTRY



Sintra to taka mała, podlizbońska kraina czarów, zrodzona z nadmiaru czasu, pieniędzy i nudy szlachetnie urodzonych Europejczyków różnych nacji, którzy większość stylowo spędzanych tu wakacji trawili na spacerowaniu malowniczymi uliczkami miasteczka, kontemplowaniu naturalnego piękna krajobrazu i wymyślaniu, jakie jeszcze pozbawione praktycznego zastosowania budowle można by postawić w tym urokliwym zakątku świata za bezużytecznie zdeponowane odłogiem rodzinne majątki.


Owocem tych przemyśliwań jest dzisiejsza Sintra, nad którą obok charakterystycznych baniakowatych kominów kuchni Pałacu Miejskiego i kamiennych, autentycznie szaro-burych ruin mauretańskiej twierdzy, góruje różowo-żółty zamek fantasy z XIX wieku, zbudowany bez żadnego ładu i składu, z niepowiązanych ze sobą elementów architektury, jakim akurat zdarzyło się zachwycić arystokratycznego fundatora przy różnych okazjach. W rezultacie Palácio Nacional da Pena wygląda jak złożony z kilku niekompatybilnych zestawów klocków i wzbudza dość nietypowe doznania estetyczne.

Wydaje się, że trudno byłoby znaleźć architekta, który chciałby się dobrowolnie podpisać pod tym projektem, a cała bryła jest po prostu doskonałym potwierdzeniem odwiecznej zasady realizowania zleceń: klient płaci, klient wymaga.


Pałacy i pałacyków jest w Sintrze jeszcze kilka, ale tym, który (obok Palácio da Pena) szczególnie zapada w pamięć ze względu na wybujałą fantazję pomysłodawcy jest Quinta da Regaleira, nie bez kozery nazywana Pałacem Milionera Monteiro – od nazwiska i stanu majątkowego właściciela. Rezydencja nie tyle nawet samym kwiecistym wystrojem wnętrza i zewnętrza wyróżnia się z szeregu, co otaczającym ją rozległym parko-ogrodem w stylu mityczno-mistyczno-gnostyczno-masońskim, więc zdecydowanie intrygującym.


Señor Monteiro najwidoczniej zafascynowamy opowieściami tajemniczymi w nurcie hermetycznym doznaje w przypływie olśnienia genialnej wizji swego ogrodu jako miejsca mitu wcielonego i z pomocą swoich przysłowiowych milionów niezwłocznie wciela w czyn również i tę wizję. Tak więc na pokaźnej, czterohektarowej powierzchni ogrodu, porośniętej florą z wszystkich zakątków ziemi, wśród labiryntu ścieżek, tajnych przejść i grot z podziemnymi chodnikami, porozrzucane stoją świątynki i kaplice bóstw starożytnych i tych bardziej współczesnych, fontanny zwieńczone sylwetkami fantastycznych stworzeń oraz ozdobione alchemicznymi symbolami ukryte miejsca zadumy filozoficzno-egzystencjalnej nad kondycją ludzką i świata.


Pozycję najbardziej wyjątkową na liście atrakcji Quinty stanowi natomiast tzw. Studnia Inicjacyjna – zainspirowana kultem masońskim, jakby odwórcona, wpuszczona wgłąb ziemi wieża, przywodząca na myśl kręgi piekielne lub niebiańskie Dantego (w zależności z której strony się wchodzi). Przemierzając stopnie Studni należy doznać duchowego odrodzenia, co też uczyniliśmy kilkakrotnie, na wszelki wypadek przechodząc drogę w obu kierunkach.

20.11.2013

NASZA LISBOA


„Lizbona za dnia ma sobie coś naiwnie teatralnego, coś, co urzeka i zniewala – nocą natomiast jest to miasto z bajki, spadające tarasami ze wszystkimi swoimi światłami ku morzu, niby odświętnie ubrana dziewczyna pochylająca się ku swemu ciemnolicemu kochankowi.”
[E.M. Remarque „Noc w Lizbonie”]


Tak więc naczytaliśmy się przed wyjazdem peanów na cześć stolicy Portugalii – Remarque’a, Kydryńskiego, znajomych i mniej znajomych, którzy zakochali się w Lizbonie na zabój, od pierwszego wejrzenia i do grobowej deski. Ludzi, którzy opętani czarem tego miasta wracają wciąż i wciąż od nowa, pławić się w niepowtarzalnej atmosferze każdej z unikalnych dzielnic „najpiękniejszej europejskiej stolicy”.

I trzeba oddać sprawiedliwość, że faktycznie, każda dzielnica Lizbony ma swój wyjątkowy klimat, żyje własnym, tak różnym od pozostałych życiem.


Alfama: Przesiąknięta historią kraina zamkowego wzgórza, niekończący się labirynt wąskich, stromych uliczek, miejsce schyłku wielkich Maurów, o których władaniu nic już tu nie przypomina. Za dnia kipiąca bezładnym, gwarnym rojem zwiedzających i kalejdoskopową feerią sklepów z pamiątkami. W nocy królestwo wysuszonych, słaniających się na cienkich nogach prostytutek, typków spod ciemnej gwiazdy, snujących się pod ścianami zawilgłych kamienic ludzi-cieni w narkotycznym półśnie. Może gdzieś tu faktycznie śpiewa się jeszcze fado? Może gdzieś poza odmalowanymi w barwy splinu i bohemy klubo-kawiarniami dla nierozumiejących słów turystów...


Baixa: W Baixy naprawdę jest coś teatralnego. Bardziej udawanego i nieautentycznego jednak, niż serwującego alternatywną rzeczywistość. Rozległa, pusta przestrzeń Praça do Comércio i wybiegający z placu jak proscenium szeroki, biały deptak sprawiają wrażenie jakby z założenia nigdy nie miało się tu toczyć prawdziwe życie. Ono toczy się zupełnie gdzie indziej, na dalekich od białości chodnikach i po tej nieodremontowanej stronie fasad.  Na wypolerowanej do połysku estradzie deptaków i placy z pomnikami pierwszoplanowe role grają natarczywi kelnerzy, wciskający ci w ręce swoje menu oraz jeszcze bardziej natarczywi handlarze haszyszu i kokainy.

Chiado: Tylko przechodzimy wieczorem. Zaglądamy przez szyby do restauracji, w których nie stać nas chyba nawet na zupę. Bardzo tu miło i ładnie, tak świetliście. Nikt nam nie próbuje wciskać menu, nikt nas nie zaprasza do środka. W naszych szortach i zakurzonych sandałach, tutaj to my jesteśmy z tej drugiej, mniej kolorowej strony fasady.


Bairro Alto: Górna Dzielnica, dzielnica na górze, dzielnica słynnych tramwajów-elewadorów i niezliczonej ilości stopni. Pełna opuszczonych, popadających w ruinę kamienic, oślepionych zamurowanymi oknami i pokneblowanych zabarykadowanymi wejściami do klatek schodowych, z których rigor mortis bezskutecznie walczą najróżniejszej maści artyści graffiti. Dzielnica skrajnie wąskich ulic z zakazami wjazdu, skrętu i parkowania, których nikt nie przestrzega oraz setek barów, gdzie gwoździem programu niezmiennie pozostaje ginjinha – mocny likier z kwaśnych wiśni.


Lizbona ma więcej dzielnic i szczerze przyznajemy, że nie odwiedziliśmy wszystkich. Nie z braku czasu czy możliwości. Po prostu, te w których byliśmy zmęczyły nas wystarczająco. Może było za gorąco i kłujące promienie słoneczne na wyślizganym bruku placy i chodników za bardzo porażały nasze nawykłe do szarości oczy. Może widzieliśmy za mało. Może za dużo – w Lizbonie, poza Lizboną... Jedno wiemy na pewno: dla nas to nie jest najpiękniejsza stolica Europy.

Nie zakochaliśmy się w Lizbonie.

21.10.2013

OBJAWIENIA FATIMSKIE


10:30, Leiria, dworzec autobusowy. 

Autobus do Fatimy, zapowiedziany wprost do bezprzewodowego mikrofonu przez wąsatego pana o dykcji i aparycji konferansjera telewizyjnych gali oskarowych, podjeżdża na stanowisko. Nie jest szczególnie oblegany. Sześć, może osiem osób niespiesznie zajmuje kilka frontowych foteli.  

Na chwilę przed odjazdem wokół autobusu robi się nagle tłoczno. Do środka hałaśliwie wtacza się gęsiego długi rządek Cyganek. Idą prosto na sam tył, rozsiadają się każda w osobnym rzędzie i kontynuują zażyłą dysputę, pokrzykując do siebie między siedzeniami. Tym głośniej, im głośniej pracuje silnik. I tak przez całą godzinę jazdy. 

Z dworca w Fatimie stadnie kierują się prosto do Sanktuarium Cudownego Objawienia. 

*   *   * 

16:40, Fatima, dworzec autobusowy. 

W hali odjazdów tasiemcowe kolejki do kas. Wydają się nie poruszać ani o jotę. Na czele każdego ogonka Cyganka. Po drugiej stronie każdego okienka kasjer o zmęczonych oczach, cierpliwie odliczający 3,25 w jedno- i pięciocentowych miedziakach z dziennego utargu Romek. Jak co dnia nastał fajrant ich niedługiej, pięciogodzinnej zmiany. Jak co dnia musiało się opłacać wydać 6,50 na dojazd. 

Żmudny rytuał kupowania biletów dobiega końca i kobiety gromadą wsiadają do autobusu powrotnego do Leirii. Znowu okupują cały tył pojazdu i krzyczą do siebie niemiłosiernie. Kierowca kilka razy zwraca im uwagę, próbuje uciszać, ale w końcu daje za wygraną. I tak przez całą godzinę jazdy. Każdego dnia. 

*   *   * 

W międzyczasie w Fatimie.


Sanktuarium Matki Bożej, która przed wiekiem objawiła się tu w koronie drzewa trojgu pastuszkom. Gigantyczny, niemal porażący oczy odbijanymi promieniami słonecznymi plac ze specjalną, białą linią po środku. Po linii idzie się tylko na kolanach. Właściwie, to sunie się na przywiązanych do nóg poduszkach, wszelkiej maści ochraniaczach, specjalnie przystosowanych podkładkach ogrodniczych i innych nakolannikach. Ruch poduszkowy przebiega całkiem wartko.

Na placu, z jednego krańca ultranowoczesna, minimalistyczna architektura. Kościół na dziewięć tysięcy wiernych ze zdalnie przesuwanymi ścianami. Na przeciwnym końcu strzelista neoklasycystyczna bazylika. Ani ładna, ani brzydka. Bardziej w stronę ogólnie przyjętej i szekoro akceptowalnej estetyki sakro-kiczu, ale do Lichenia jej jeszcze daleko.


Lekko z boku wiata buchająca otwartym ogniem, do którego wrzuca się świece w intencjach. Świece są różne. Zwykłe, jak to świece, albo takie dwumetrowe. W różnych cenach.  Zależy od intencji. Są też woskowe kończyny, narządy wewnętrzne i zewnętrzne. Są dzieci-świece w dwóch płciach. Przy spalaniu zdecydowanie najbardziej tłoczno, gorąco i się trudno pozuje do zdjęć z iPhona przy wrzucaniu.



Na lewo, kawałek za płomienną wiatą – zadaszenie, a pod nim ołtarz i ławki, jak w kościele. To jest Kaplica Objawienia, najistotniejsze miejsce w Fatimie. To tu się odbywał cały cud. Pod drzewem, którego już nie ma, które zostało po kawałeczku rozniesione na wszystkie strony świata, bo każdy chciał mieć trochę tego cudu dla siebie. W kaplicy taśmowo odbywają się msze, jedna po drugiej, na okrągło. Wśród tłumnego zgromadzenia, gdzieś na jego marginesach, za filarami kilkoro ludzi usiłuje się modlić naprawdę. Te osoby są tu dziwnie nie na miejscu. To miejsce nie sprzyja skupieniu. 

Wokół placu rzędy stoisk z pamiątkami, których asortyment osiąga – a nawet przekracza – wyżyny wszelkiego znanego ludzkości kiczu i tandety oraz porozsiadane na betonie Cyganki. Zakutane w chusty i spódnice, kołyszące się, jęczące smętnie swą żebraczą mantrę nad wyciągniętą po pieniądze ręką. Interes kwitnie, jednym słowem. Biznes się kręci, jest popyt, jest podaż.


*   *   * 

Miejsce skazane na objawienia.


Matka Boska Meszna, objawiająca się na pniu drzewa tuż przed bazyliką. Aż dziw, że nikt tego jeszcze nie zgłosił do kurii.

15.06.2013

ISLE OF SKYE - CUILLINS


Droga na Skye nie jest krótka, ale bynajmniej nam się nie dłuży. Jest wyjątkowo słoneczny dzień, więc postanawiamy wykorzystać go najlepiej jak możemy, nie spędzając całego w aucie i zbaczając nieco z trasy, żeby posilić się nad brzegami Loch Ness.


Posiłek spożywamy przyczajeni na nadwodnych kamieniach, nie spuszczając oczu z tafli jeziora, nie dostrzegamy jednak żadnych nienaturalnych ruchów, jeśli nie liczyć kilku stateczków z turystami również niespuszczającymi oczu z tafli jeziora. 

Przystanek drugi fundujemy sobie przy ikonicznym, obfotografowanym już chyba przez wszystkich i z każdego kąta, zamku Eilean Donan.


Trzynastowieczna twierdza, położona malowniczo na maleńkiej wysepce na Loch Duich i połączona ze stałym lądem jedynie wąską groblą, jest obiektem kolektywnych westchnień i zachwytu tysięcy autokarowych wycieczek „w poszukiwaniu romantycznej / celtyckiej / mistycznej / starożytnej / tajemniczej (niepotrzebne skreślić, pożądane dodać) Szkocji” rocznie. Nic dziwnego, nasze pokolenie pamięta wszak z polskiego tłumaczenia pierwszej części „Nieśmiertelnego”, że w pobliżu Elean Donan nawet najtwardszym wojom robi się „mokro pod kitlem”. 

Szkoda tylko, że ten historyczny zamek bitnych góralskich klanów, późniejszy szaniec jakobickiej rewolty od 300 lat nie istnieje. W 1719 roku został doszczętnie zburzony przez trzy rządowe okręty gromiące powstanie, w rezultacie czego najbardziej fotogeniczny, najromantyczniejszy zamek Szkocji jest faktycznie dwudziestowieczną, niekoniecznie wierną rekonstrukcją.


Od Eilean Donan już tylko żabi skok przez most i jesteśmy na Skye. Późnym popołudniem pogoda nadal pozostaje absolutnie nie szkocka, dlatego decydujemy nadrobić tego dnia pewną zaległość. Zamiast udać się prosto w Cuillins, jedziemy na północ, na Półwysep Trotternish, czyli tam gdzie już byliśmy. Jedziemy zobaczyć Quiraing. 

Słowo „zobaczyć” ma tu kluczowe znaczenie, ponieważ sam szlak przeszliśmy już w poprzednim razem. Niestety nisko zalegające, gęste jak śmietana chmury uniemożliwiły nam wtedy zobaczenie czegokolwiek z tego niezwykłego krajobrazu. Przez cały czas widzieliśmy mniej więcej tyle Quiraing, ile Wy na zdjęciu z ostatniego wpisu. 

Tym razem jest zupełnie inaczej. Olśniewające pięknie.



Podobnie pięknie jest gdy wreszcie docieramy w Cuillins. Góry nie rozpieszczają nas może pogodą – zdarza nam się obficie zmoknąć i straszliwie zmarznąć – ale nie można powiedzieć, żeby jakoś szczególnie się nad nami znęcały. W porównaniu z poprzednią wizytą na Skye, aura wydaje nam się niemal sielankowa i pozwala zrealizować większość naszych planów szwędaczych, tych z góry ustalowych oraz tych ad hoc. 


Z rzeczy zaplanowanych, wspinamy się na Sgurr na Banachdich, ponoć najłatwiejszego Munrosa (czyli szczyt powyżej 3000 stóp) w Cuillins. Sgurr – jak wszystkie szkockie góry – może nie powalać wysokością, może natomiast powalać warunkami atmosferyczno-geomorfologicznymi, z któregoż to względu trudność prowadzącego na niego szlaku wynosi na Walkhighlands 4 w 5-cio stopniowej skali. 

Nam się udaje trafić w dość dobre okienko pogodowe, zwłaszcza tuż przed samym szczytem, dzięki czemu Sgurr na Banachdich zostaje naszym ósmym wspólnie zdobytym Munrosem i nagradza nas (co się nie zdarza często w Szkocji) monumentalnym widokiem ze swego wierzchołka.


Mimo całej radości i satysfakcji, pamiętając jeszcze przebieg drogi w górę, postanawiamy na razie zrezygnować z robienia szlaków 5/5, a tylko takimi da się dojść na innej Munrosy w Cuillins. Chodzimy więc szlakami okołoszczytowymi oraz pomiędzyszczytowymi i nie możemy się napatrzyć na te wszytkie urocze szczyty.


Z rzeczy nie zaplanowanych na Rubh an Dunain odkrywamy bardzo spektakularną zrujnowaną osadę, gdzie automatycznie uruchamia nam się nasz tradycyjny tryb przypuszczający, w którym snujemy liczne mniej lub bardziej prawdopodobne scenariusze z życia i opuszczenia wioski.


Ostatniego dnia natomiast odkrywamy jedno z najmagiczniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy - wąwóz jak z bajki o wróżkach, czarodziejach i gadających zwierzętach. Jego brzegi obsypane są małymi kwiatkami we wszystkich kolorach tęczy, porośniete miękkim dywanem mchu i leszczyną. Dnem płynie krystalicznie przejrzysta rzeka, dlatego można iść tylko przeskakując po kamieniach. Wąwóz kończy się olbrzymim, huczącym wodospadem, który spływa na skalny taras, gdzie rozlewa się w jaskrawo turkusową plamę i to właśnie stąd bierze swój początek rzeka.



Siedzimy tam w przedwieczornym złotym świetle, gapiąc się w hipnotyzujący błękit wody i czekając aż do nas przemówi Bambi albo jakiś mały ptaszek, ale ptaszki tylko zawzięcie śpiewają, a my nic z tego nie rozumiemy. 

Zgodnie zaliczamy to miejsce do naszych najulubieńszych na świecie. I całą Isle of Skye awansem też.

29.05.2013

ISLE OF SKYE - PÓŁWYSEP TROTTERNISH


Wygląda na to, że będzie to dla nas rok powrotów na szkockie wyspy. Tym razem wracamy na Isle of Skye. Poprzedni raz nie był aż tak bardzo dawno, bo w 2011 roku. Wtedy przedreptaliśmy większość północnej części wyspy – Półwysep Trotternish.

*   *   *

Tak więc jest wrzesień 2011, gdy lądujemy w Portree. Szybko zauważamy, że w miasteczku panuje dziwne poruszenie, polegające głównie na tym, że wszyscy krzątają się po swoich ogródkach, poletkach, werandach, podjazdach i balkonach zbierając i chowając wszystko, od dziecięcych zabawek po meble ogrodowe i mniejsze maszyny rolnicze. Zaznaczmy, że oczywiście pada, jak zawsze kiedy wybieramy się pod namiot. Pada bardzo, bardzo mocno. Wystarczająco mocno, żeby nasz plan biwakowy wziął w łeb.

Tę noc spędzimy więc w ciepłym i suchym pokoiku u przemiłych starszych państwa, którzy zapytani o powszechną bieganinę odpowiadają zaskoczeni:

- No jak to? Przecież dzisiaj w nocy w wyspę uderzy huragan Katia.

Aha, to trzeba było jednak sprawdzić tę prognozę pogody...

W nocy faktycznie strasznie wieje, ale chyba obywa się bez większych szków, bo jak się później okaże, huragan prześlizgnął się dołem, lekko tylko zahaczając Skye i z całym impetem uderzył w Glasgow, gdzie narobił więcej bałaganu. Niestety, mimo zmienionego kursu, Katia przyniosła ze sobą jeszcze więcej ulewnego deszczu.


Nasza wędrówka po Półwyspie Trotternish odbywa się, co za tym idzie, tradycyjnie w warunkach z grubsza niesprzyjających, do których zdążyliśmy już poniekąd przywyknąć. Zresztą, gdyby w Szkocji czekać na odpowiednią pogodę, większość życia trzeba by spędzić czekając. My nie lubimy czekać.

Quiraing

Następną noc prześpimy za to w wyjątkowym miejscu – w Lookout Bothy.

Jesteśmy na Rubha Hunish, na najdalej wysuniętym na północ cyplu Wyspy Skye. Tu, na skraju omywanego morskimi bałwanami klifu, stoi malutki domeczek, który zanim został bothy, służył za poterunek obserwacyjny straży przybrzeżnej. Stąd jego nazwa. Kwatera, a zwłaszcza widok z okna, generuje przeromantyczną atmosferę. Bo czy ktoś z Was kiedyś spał w równie spektakularnym miejscu?



Na Rubha Hunish późnym popołudniem jest również jeden z dwóch magicznych momentów naszego pobytu na wyspie, gdy przestaje padać. Ten krótki bezopadowy czas postanawiamy zużyć na zacieśnianie więzi z lokalną florą i fauną.



Druga z tych czarodziejskich chwil, dziwnym zbiegiem okoliczności, ma miejsce w najbardziej niesamowitej lokalizacji na Skye. Niebo nagle przejaśnia się, kiedy akurat docieramy do niezwykłych skalnych formacji, zwanych Old Man of Storr. Te charakterystyczne kamienne iglice możecie kojarzyć z licznych, mniej lub bardziej udanych, holywoodzkich produkcji fantasy i science-fiction, w których niezmiennie grają role najprzeróżniejszych mistycznych miejscówek oraz starożytnych lądowisk UFO.


Żeby jednak nie popaść w nadmierny mistycyzm dodajmy, że poprawa pogody jest nader niestabilna i krótkotrwała oraz, że nie obejmuje urywającej głowę wichury. Pozwala nam jednak zrobić kilka całkiem udanych zdjęć bez kropel na obiektywie, a nawet jedno z tęczą (bez jednorożca).

Old Man of Storr


*   *   *

Teraz wybieramy się w południowo-zachodnią, znacznie bardziej górzystą część Wyspy Skye, gdzie rozciąga się poszarpane pasmo Cuillins. Mamy nadzieję, że aura będzie dla nas łaskawsza niż poprzednio i że uda nam się zdobyć choćby kilka, choćby niewielkich szczytów.

Damy znać jak poszło.

20.05.2013

ARRAN 2013


Tym razem pogoda na Arran nas nie zaskakuje. Jest przepięknie słoneczna, wręcz magiczna w ciepłym, wieczornym świetle.

Jest taka od chwili, gdy zjeżdżamy z promu do momentu, w którym... prawie mamy już rozbity namiot. Czyli przez jakąś godzinę. Potem zaczyna padać, a nawet lać, wiać i zacinać. I tak przez calutki weekend. Do tego robi się zimno, tak zimno, że chodzimy ubrani niemal identycznie jak w styczniu na Islandii. 

Przez noc łąka, na której jesteśmy rozbici zamienia się w grzęzawisko z rozległymi oczkami wodnymi, gdzie z furkotem i rozplaskiem lądują kaczki krzyżówki, żeby podpływać pod nasz namiot i ciekawie zaglądać nam do środka.


Mimo, że warunki atmosferyczne wykluczają wyprawy wysokogórskie, staramy się wycisnąć z tego weekendu ile się da. Chodzimy więc, moknąc i marznąc, najpierw w Glen Rosa, później w Gleann Diomhan, jeszcze później na najdalszej arrańkiej północy pod klifami Newton i w malowniczym dawnym przyczółku wikingów, zwanym Kingscross Point.

Glen Rosa

Żmija - bestia z lasu

Gleann Diomhan

Idziemy też pomoknąć i pomarznąć na Wrzosowisku Machrie, żeby sprawdzić, czy megality  stoją tak, jak je tam zostawiliśmy pięć lat temu po obiedzie.


Na koniec próbujemy jeszcze objechać wyspę, ale jedyna droga wiodąca dookoła okazuje się być zamknięta (chyba z powodu zalania), więc jesteśmy zmuszeni udać się objazdem, czyli drugą jedyną drogą – przez środek – do Brodick i stamtąd forsować południe Arran z przeciwnego kierunku. Tracimy przez to trochę czasu, ale i tak udaje nam się dojechać na późny lunch do Kildonan, to jest na sam dół. Projekt „Północ-Południe” uważamy tym samym za wykonany.

Stanowisko przyrządzania posiłku z widokiem na Pladda

Aha, do Zamku Brodick znowu nam nie po drodze.